Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Sanatorium ze spektaklu przygotowanego przez Karinę Adamczak-Kasprzak i Agatę Ambrozińską-Rachutę leży gdzieś pomiędzy snem a jawą.

. - grafika artykułu
Fot. materiały organizatorów

Wbrew dość powszechnej opinii, że proza Schulza jest ciężkim materiałem do przełożenia na język sceny, kiedy dowiedziałam się, że Karina Adamczak-Kasprzak i Agata Ambrozińska-Rachuta zamierzają zrealizować "Sanatorium", uznałam, że jest to za świetna materia właśnie dla tańca. Wydaje się, że opowiadania Schulza w wielu miejscach przecinają się z pojęciem teatru tańca. Poetyckość wyrazu, niedopowiedzenia, czy - tak istotny element "Sanatorium pod klepsydrą" - nielinearność czasu są równocześnie ważnymi aspektami spektaklu tanecznego.

Choreografki świetnie wykorzystały te możliwości, tworząc spektakl, który jednocześnie oddaje atmosferę schulzowskich opowiadań i wyciąga z nich nową jakość, łącząc taniec, efekty wizualne i muzykę. Odniosłam wrażenie, że przedstawienie skupia się bardziej na klimacie czy idei samego sanatorium niż na fabule opowiadań. O czym świadczyć może samo ograniczenie tytułu do jednego słowa "Sanatorium". Mimo tego mamy wyraźny podział na postaci (chociaż w większości przypadków jeden tancerz odgrywa kilka ról). Trochę żałowałam, że pominięto postać ojca Józefa. Była natomiast scena z matką. Duet tancerzy nie potrzebował żadnych werbalnych dopowiedzeń, wystarczyło pokazać kanciaste i zaborcze ruchy matki. Ich relacja opowiedziana wyłącznie za pomocą gestów była niezwykle wyraźna. Ruchowo jednak najwyraźniejsze wydają się sceny grupowe, kiedy tancerze okupują scenę i współgrają ze sobą. Grają całym ciałem od czubka palców u rąk aż do stóp.

Mocnym elementem spektaklu jest warstwa wizualna: scenografia, światło i projekcje stworzone przez Daniela Stryjeckiego. Widać w niej inspiracje filmową adaptacją "Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Jerzego Hasa, mimo że efekt oniryczności czy nasyconej czerni i wszechpanujących cieni zostały osiągnięte zupełnie innymi środkami. Na scenie nie ma przecież, jak w filmie, mnóstwa zaskakujących, często pokazanych w momencie rozkładu przedmiotów martwych, a jedynie dwa proste stoły. To projekcje pełnią rolę scenografii. Labirynt sanatorium tworzony jest głównie przez światło, a właściwie głębię ciemności, ale jego przestrzeń rozszerzają właśnie wizualizacje. Początkowo widać na nich osoby, które snują się gdzieś, jakby poza naszą rzeczywistością. Później pojawiają się wyjęte z czasu i przestrzeni elementy samego sanatorium, jak tajemnicze i zwielokrotnione drzwi. Projekcje pełnią również istotną rolę przy budowaniu postaci, chociażby jako nakładające się na tancerzy szumy. Dzięki temu widzowie mogą jednocześnie zobaczyć znane z rzeczywistego świata postaci i przedmioty, ale w pewien sposób zmienione, nieprzystające do niego. W tym onirycznym pejzażu pojawiają się niczym osoby z innego wymiaru, jak duchy.

Wszystkie elementy spektaklu współgrają ze sobą, nawzajem się dopełniając. Ruch tancerzy podkreślony ostrą, rockową muzyką wywołuje psychodeliczny klimat sanatorium, mobilne elementy scenografii razem ze światłami tworzą skomplikowaną przestrzeń, która ukazuje się gdzieś pomiędzy różnymi cieniami. Całość dopełniają projekcje i kostiumy nawiązujące do epoki, zabierając nas gdzieś pomiędzy sen a rzeczywistość. I możemy za Schulzem powiedzieć "Czy to się zdarzyło? I tak, i nie".

Katarzyna Prus-Zajączkowska

  • "Sanatorium" Polskiego Teatru Tańca
  • Sala Wielka CK Zamek
  • premiera: 9.10