Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

JA TU TYLKO CZYTAM. Operacja się udała, pacjent nie umarł

Gdy byłam mała, marzyłam o zostaniu weterynarzem i nie byłam w tym odosobniona. Bardzo wiele dzieciaków zalicza w życiu ten etap, kiedy ukradkiem przynoszą do domu ranne niebożątko i ratują ten piszczący żywot jak mogą - co często kończy się jak w powiedzeniu "operacja się udała, pacjent umarł".

. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

Łukasz Łebek również był takim dzieciakiem i staje w obronie nas wszystkich, pisząc że dostęp do wiedzy był dawniej ograniczony i dysponowaliśmy wszyscy jedynie dobrymi intencjami. Od razu czuję do niego sympatię, która z każdą kolejną stroną będzie rosła - co wcale jednak nie znaczy, że jest Co gryzie weterynarza książką doskonałą.

Ludzie w rzeczywistości pandemicznej najwidoczniej zaadoptowali i wykupili dwa razy więcej zwierzaków niż przed pandemią. Świadczy o tym chociażby rosnąca liczba poradników dla opiekunów futrzaków, które są wydawane w każdym miesiącu, jako efekt uważnej analizy rynku i potrzeb czytelników. Skoro czytelnik zapragnął mieć psa czy kota i dowiedzieć się o tych rasach jak najwięcej - dajmy mu nie jeden, nie dwa, ale kilkadziesiąt poradników napisanych przez wziętych behawiorystów. Na całym tym tle Co gryzie weterynarza wygląda bardzo skromnie, ale też całkiem świeżo. Bo Łukasz Łebek wcale nie udaje, że ma dla nas 30 porad na każdą zwierzęcą przypadłość. Jego książka to raczej dziennik i to dziennik pełen anegdot i dykteryjek, a czasami też nieco posępnych opowieści z życia i pracy weterynarza.

A jest o czym opowiadać! Bo zastanawialiście się na przykład, jak leczy się najmniejsze gryzonie, takie które mieszczą się w dłoni? Co robić, gdy chomik wielkości ogryzka złamie łapkę, która jest z kolei wielkości okruszka? Dlaczego małe pieski wydają się wiecznie wkurzone i czemu tak wiele zwierzaków to grubasy? Dużo jest w Co gryzie weterynarza odpowiedzi na te pytania w formie pełnych rozdziałów o konkretnych, najpowszechniejszych problemach i zwierząt, i ich ludzi. Dużo jest także kulisów pracy weterynarza, która bywa tak interesująca, jak naprawdę niebezpieczna! Nie brakuje też chętnie podejmowanej ostatnio perspektywy rodem ze starego portalu internetowego "Piekielny klient". Tam, lata temu, pracownicy różnych sektorów opisywali swoje nieprawdopodobne, ale jednak prawdziwe, codzienne perypetie z wyjątkowo trudnymi typami ludzi. Łebek również w niemal każdym rozdziale poświęca sporo miejsca na ucieranie nosa byłym "piekielnym" klientom - bo przecież ktoś musi te wszystkie koty, psy i gryzonie do niego przyprowadzać - często aroganckim, wszystkowiedzącym, nadmiernie spanikowanym lub niesłychanie skąpym (okazuje się, że niemal codziennie ktoś próbuje wyleczyć zwierzaka "poradą telefoniczną", byle tylko nie płacić za wizytę u specjalisty). To prawdziwy chichot losu, że autor, który uciekał z medycyny właśnie z powodu mizantropii, jako weterynarz nadal ma do czynienia przede wszystkim z ludźmi, których często trzeba prośbą i groźbą przekonywać do swoich racji. Bywają te historie przezabawne, ale bywają też przerażające - zwłaszcza, kiedy brak właściwego postępowania właściciela kończy się dla zwierzaka najgorszym z możliwych scenariuszy.

Nie jest jednak Co gryzie weterynarza lekturą ciężką i ponurą, co to to nie. Autor ma ujmująco zabawny, gawędziarski styl, a jego emocje niekiedy aż kipią pomiędzy słowami. Na samym końcu Łebek dziękuje redakcji za tonowanie tych emocji, które w pierwotnej wersji tekstu aż krzyczały ze stron - i rzeczywiście daję temu wiarę, bo nawet po redakcji nie sposób ich nie wyczuć. Prywatnie autor jest blogerem i Co gryzie weterynarza rzeczywiście przypomina trochę przeniesiony do druku, bardzo osobisty blog - zawiedzie się ten, kto oczekuje szerszego spojrzenia na zawód weterynarza. Książka jest od A do Z mocno zindywidualizowanym ciągiem myśli, historii i marudzeń samego autora i choć dostarcza dzięki temu wspaniałej rozrywki, to zabrakło mi jednak jakiejś osobnej perspektywy, może krótkich relacji kolegów po fachu, dzięki którym Co gryzie weterynarza mogłoby nabrać większych walorów edukacyjnych?

A właśnie! Ja sama mogłabym się teraz narazić na prztyczek ze strony Łukasza Łebka, bo aż do ostatniego akapitu popełniałam error facti, który bezwiednie robi większość z nas. Nazwa "weterynarz" to, jak się okazuje, niepoprawny kolokwialny skrót nazwy zawodu, która powinna brzmieć "lekarz weterynarii" lub "technik weterynarii". Gdy już to wiemy i gdy sami do takiego lekarza uczęszczamy, to warto przeczytać szczególnie uważnie ostatni rozdział książki - poświęcony pracy zespołowej pomiędzy każdym klientem a specjalistą weterynarii. Zatem, choć daleko Co gryzie weterynarza do poradnika, to jednak może znacząco ułatwić życie. I kto wie, może niejeden z nas odnajdzie się wśród listy piekielnych klientów i to również zadziała jak kubeł zimnej wody?

Izabela Zagdan

  • Łukasz Łebek, Co gryzie weterynarza?
  • Wydawnictwo Poznańskie

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021