Na ziemi, w centralnym punkcie słabo oświetlonej sceny leży nieruchome spowite całunem ciało kobiety. Dopiero gdy widzowie zajmą miejsca i zaczną rozbrzmiewać pierwsze dźwięki spektaklu, na scenie pojawia się mężczyzna w czerni. "Souffle" to po francusku "oddech", "podmuch". I rzeczywiście. Wszystko, co obejrzę przez następną godzinę nosi w sobie znamiona ulotności, sprawia wrażenie nietrwałego. Wrażenie potęguje ascetyczna scenografia - białe, wyłożone miękkimi materacami ściany i podłoga w tym samym kolorze. Lekkie ruchy aktorów, którzy w ostatniej scenie krążą samotnie po scenie targani nieznaną siłą, by po chwili wspólnie, acz niezdarnie splatać swoje ciała. Ale po kolei...
Vincent Dupont "Souffles" [recenzja]
Zobacz również
Krótki lont, długi lot
Kiedy koziołki wróciły do domu
Wędrowne artystki