Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Obrażajcie mnie jak chcecie

- Nazywajcie mnie najgorzej, jak tylko potraficie, ale i tak nie przebijecie dwóch najgorszych obelg w historii: Michael Jackson i Jimmy Savile - podpuszczał widownię John Lydon, pionier punka i jeden najbardziej wpływowych muzyków drugiej połowy XX wieku. Wokalista znany też jako Johnny Rotten, zagrał w środę wraz ze swoim zespołem w Tamie. Poznański gig Public Image Ltd. był jednym z czterech polskich koncertów na europejskiej trasie zespołu "This Is Not The Last Tour". To były prawie dwie godziny post-punku, rocka eksperymentalnego i obrzydliwości.

Zespół gra na scenie w klubie. - grafika artykułu
fot. Jacek Adamiec

Scena pusta, nie licząc rozstawionych instrumentów i pulpitu w jej centralnej części. Na nim duży czarny zeszyt do nut, księga lub kajet. Z tyłu czerwona kotara z charakterystycznym logo PiL pośrodku. W głowach niektórych może pojawiać się skojarzenie z Trzecią Rzeszą i sztandarami ze swastyką. To skojarzenia poniekąd słuszne - punkowcy od lat 70. prowokowali symbolami i modą przywodząca na myśl hitleryzm, niemniej nigdy nie było w tym cienia afirmacji, a jedynie chęć szokowania opinii publicznej. Do naszych uszu dobiega łamiący się sopran Florence Foster Jenkins, amerykańskiej muzyczki z początku wieku XX, nazywanej "najgorszą śpiewaczką świata", która zrobiła wielką karierę głównie dlatego, że ludzie lubili się z niej śmiać. Nagle żałosna muzyka cichnie. Burza oklasków i gwizdów. Na scenie, za pulpitem, staje korpulentny blondyn z irokezem na głowie. Marynarka w luźnym fasonie - paradoks - ciasno opina jego ciało. Spod niej niechlujnie wystaje biała koszula. Mężczyzna ma 70 lat, ale z odległości kilku rzędów wygląda już na 55. Znać, że jest mistrzem ceremonii. Za jego plecami na swoich stanowiskach rozsiadają się członkowie świty: "strunowcy" (bo nie tylko gitarzyści) Lu Edmonds i Scott Firth oraz perkusista Mark Roberts. - To było prawdziwe śpiewanie - mówi Lydon. - To była Florence. A teraz witajcie na PiL! Dzień dobry Polsko!. Przy akompaniamencie instrumentów zaczyna śpiewać "Better days will never be", refren utworu "Home", mocnego antywojennego manifestu, idealnego na obecne czasy.

Jednym z najważniejszych punktów line-upu tegorocznej Rockowizny jest zespół Sex Pistols. Nie umniejszając pozostałym muzykom zespołu (i mając na uwadze, że Sid Vicious, legenda formacji i gatunku, grał na basie), esencją formacji rockowej jest wokal. A ten oryginalny, znany nam świetnie z "God Save The Queen" czy "Anarchy In The UK" należy do Johna Lydona, który od rozpadu pierwszego składu zespołu w okolicach 1978 roku (z krótkimi przerwami) działa artystycznie w formacji Public Image Ltd., zrywającej z garażowym punkowym brzmieniem na rzecz bardziej dopracowanych, multiinstrumentalnych kompozycji z obszaru post-punku, rocka progresywnego, elektroniki czy metalu. Zespół nagrał jedenaście albumów, z czego ostatni w 2023 roku. Przez kilkadziesiąt lat obecności na scenie Lydon podtrzymywał wizerunek skandalisty, nie tylko w warstwie wizualnej, ale też m.in. poprzez swoje kontrowersyjne wypowiedzi na temat mniejszości, czy też popierając Donalda Trumpa. A te, przyznajmy, średnio przystoją ikonie antyestablishmentu.

Nie zważając na tę dysharmonię trzeba zaznaczyć, że pod kątem muzycznym Lydon wraz z towarzyszami spełnia z nawiązką oczekiwania, jakie słuchacze mogą wiązać z jego występami. Środowy koncert trwał imponujące dwie godziny bez dziesięciu minut (wliczając pięciominutową przerwę na papierosa), a zespół grał bez ustanku, nie wypełniając ciszy między utworami pogadankami, ponieważ nie pozwalał sobie na ciszę dłuższą niż ta niezbędna do wzięcia przez Lydona łyczka wysokoprocentowego alkoholu prosto z butelki i wydmuchania nosa prosto na scenę. Jedno i drugie Lydon robił przynajmniej 10 razy podczas całego występu.

Public Image zagrało najważniejsze utwory ze swojej dyskografii, czyli m.in. tytułowe "Public image" z debiutanckiego materiału, "Swan song" z drugiej płyty (oparte na świetnie brzmiącym na gitarze elektrycznej samplu z "Jeziora łabędziego" Piotra Czajkowkiego), "Flowers of romance" z krążka trzeciego, czy też hitowe "This is not a love song" z albumu czwartego. Były też oczywiście numery dużo późniejsze, jak np. "Warrior" (- Cześć Polsko, chyba nie będziecie mieć problemu z tym utworem? - Lydon nawiązywał do naszej historii), a nawet coś z repertuaru elektronicznej kapeli Leftfield, którą wokalista wsparł w przeboju "Open Up". Na scenie pozostało mnóstwo miejsca na improwizację i eksperymenty - zarówno wzbogacone względem oryginałów aranżacje, jak i insturmentalne solówki czy śmiałe wokalizy Lydona.

Choreografia wokalisty, oszczędna, aczkolwiek wyrazista, stanowiła połączenie elementów tańca robotycznego i misteryjnego, co dodatkowo budowało nieco transcendentalny wymiar widowiska (skoro było już zasmarkane profanum, musiało być i podniosłe sacrum!). Wokalista czasami "nie dociągał" wyższych partii wokalnych, ale biorąc pod uwagę, że ma na karku siedem dych i gra trzeci koncert z rzędu (i dziesiąty od początku maja - swoją drogą na całej europejskiej trasie, trwającej do połowy lipca, przystanków jest łącznie 30), jego forma okazała się godna pozazdroszczenia. Jak już pisałem - obyło się bez przemówień, ale mimo to artyście udawało się utrzymywać świetny kontakt z publiką, chociażby jej dogryzając (- Wiem, że mój polski jest słaby, ale wasz angielski jest o wiele gorszy!), co oczywiście pozostaje wierne konwencji. Na końcu znalazło się miejsce na dodatkowe miłe polskie akcenty - przypomnienie o polskich korzeniach basisty Lu Edmondsa i polskich lotnikach, którzy podczas II wojny światowej walczyli na niebie nad Wielką Brytanią. - Z tej strony PiL. Przez ostatnie 2-3 lata przechodziliśmy przez pieprzone piekło, przez które nie powinniśmy nawet istnieć. Ale nie ma tu miejsca na kapitulację. Dzięki za to, że nas gościliście! - tak John Lydon pożegnał się z fanami.

Jacek Adamiec

  • Koncert Public Image Ltd.
  • Tama
  • 13.05

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Odwiedź także: