O czym można rozmawiać po seansie? O przyrodzie Kanady. O wychowywaniu dzieci w zgodzie z naturą. O niedźwiedziach, bieługach, zorzy polarnej. W końcu też o Inuitach, czyli rdzennych mieszkańcach arktycznych obszarów np. Kanady, dokąd udali się twórcy "Kłopotliwego niedźwiedzia". Centrum tej opowieści znajduje się w Churchill w Manitobie, miasteczku położonym nad brzegiem Zatoki Hudsona, nazywanym "Światową Stolicą Niedźwiedzi Polarnych".
Kilka pierwszych kadrów filmu - mnie akurat bulwersuje. Masa turystów przemierza szmat kilometrów, żeby, nie oszukujmy się, wkurzyć niedźwiedzia i zrobić mu parę zdjęć. Jest we mnie na to silna niezgoda. Ale nie tylko o tym jest ten film. Jego tytułowym bohaterem jest rzeczywiście niedźwiedź, który z racji tego, że zbyt często odwiedza przydomowe tereny mieszkających w okolicy ludzi, zostaje schwytany. I najpierw odsiaduje swoje w "więzieniu" dla niedźwiedzi. To "więzienie", to kara wymyślona przez mieszkańców miasteczka, wcześniej pozwalano na to, żeby niedźwiedzie odstrzeliwać. Na kolejnym etapie kłopotliwy więzień trafia na dalekie "przedmieścia", co jest bezpiecznie zarówno dla niego, jak i ludzi. Opowieść o niedźwiedziu toczy zaciętą rywalizację z historią mieszkańców miasteczka i ich zebrań - na jednym odbywa się losowanie, kto może zapolować na to majestatyczne zwierzę - oraz tych bardziej prywatnych. Tych ostatnich jest jak na lekarstwo. Nie jest to jednak wada obrazu, wręcz przeciwnie. Bo w filmie, jak i na wspomnianych obradach Inuitów, portretowana jest cała społeczność. Ludzi, którzy mówią jednym (dla wielu wciąż niezrozumiałym) głosem.
W dokumencie Gabrieli Osio Vanden i Jacka Weismana jest tyle samo treści, co sposobów na ich opowiadanie. "Kłopotliwy niedźwiedź" to nie klasyczny, ale jednak, film przyrodniczy. Widz jest świadkiem trudnej obecnie koegzystencji człowieka i niedźwiedzia (narrator wspomina, że dopóki biali się tam nie zjawili, nie było też niedźwiedzi). Ale to też dokument/esej o granicach, jakie przesunął i wciąż przesuwa człowiek. Również mikro lekcja historii. Szkół do jakich wysyłano dzieci Inuitów, kar za posługiwanie się niewłaściwym językiem i prób wyparcia opowieści, które, być może, powielane dalej, uratowałyby życie... choćby synowi narratora, jak sądzi sam narrator. Życie młodego mężczyzny, który obronił przed niedźwiedziem dzieci.
Najmłodsi mieszkańcy Churchill w Manitobie spinają te opowieści. Zdaniem narratora - tytułowy niedźwiedź sprawia kłopoty, bo zbyt szybko stracił mamę i sam musiał nauczyć się życia. Ludzkie maluchy z kolei, w szkole czy na spotkaniach ze strażnikami przyrody, uczone są wszystkiego, co może im się przydać w ich wspólnym - z niedźwiedziami czy lisami arktycznymi - życiu. W miejscu, gdzie panują inne niż wszędzie zasady.
"Kłopotliwy niedźwiedź" gwarantuje filmowe wspomnienia, być może w głowach widzów zapiszą się pojedyncze kadry. Po mojej nadal chodzą słowa narratora - że oni, tj. Inuici, są właśnie jak te niedźwiedzie... A wspominam z kolei ogromne zwierzę, które ściągnęło sobie z oczu opaskę w czasie transportu helikopterem w bezpieczne miejsce oraz dzieci w czasie Halloween -wokół nich krążą w mroku uzbrojeni strażnicy i mieszkańcy, bo gdzieś może czaić się "kłopotliwy niedźwiedź". Ta scena nie wymagała specjalnej oprawy, by wywołać dreszcze.
Film Gabrieli Osio Vanden i Jacka Weismana nie należy ani do łatwych, ani do przyjemnych. Ale wcale taki przecież być nie musi. Jest krew, jest śmierć, jest dzika surowa przyroda i smutna historia rdzennej społeczności, której powinien wstydzić się świat. Ale myślę też, że "Kłopotliwy niedźwiedź" daje nadzieję w tych trudnych dla ludzi i zwierząt czasach. Może spróbujemy się wszyscy dogadać?
Monika Nawrocka-Leśnik
- "Kłopotliwy niedźwiedź"
- reż. Gabriela Osio Vanden i Jack Weisman
- Kino Muza
- kolejny seans: 17.05, g. 11.15
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026