Sięgnijmy początków...
Beata Bąblińska: Początki to rok 2006! Zbigniew Rudziński z Centrum Sztuki Dziecka zorganizował seminarium "Teatr dla najnajmłodszych". Pomysł przywiózł z Bolonii. Zaprosił Roberta Frabettiego, który tworzył spektakle we Włoszech od lat 80. Wydarzenie, które miało miejsce w Poznaniu, otworzyło nowy obszar poszukiwań związany ze sztuką dla dzieci najmłodszych. Na to seminarium Centrum Sztuki Dziecka wyprodukowało dwa spektakle dla najnajów. Pierwszy - "Plumplumdzyńdzyńbum", który zrobiłam razem z Ireną Lipczyńską, a drugi - "Co to?" realizowany przez Lucynę Winkel i Katarzynę Pawłowską. W tym czasie myśl o widzu rocznym czy dwuletnim była w Polsce nieznana. Dyskusje, spotkania, rozmowy inspirowały do tego, aby zacząć działać.
Kiedy zobaczyłam na seminarium, czym charakteryzuje się spektakl najnajowy, wiedziałam, że mamy z Moniką, oprócz zapału, duże możliwości, żeby zająć się teatrem najnajowym - doświadczenie sceniczne, umiejętności ruchowe i muzyczne, byłyśmy w końcu wykształcone w poznańskiej Akademii Muzycznej, co miało duży wpływ w podejściu do roli muzyki w konstruowaniu przedstawień. To wszystko dawało szeroki wachlarz możliwości w pracy nad spektaklem, gdzie ważnymi środkami były ruch, taniec i muzyka. Połączyłam to wszystko i dwa lata później powstał Teatr Atofri.
Monika Zajączkowska: Wiosną 2008 roku odbyła się pierwsza premiera - "Tańczące Wiolonczele".
Teatr Blum - pytam o to, bo wspomniałaś o Lucynie i Kasi - jest starszy niż Atofri?
B.B.: Bez wątpienia. Lucyna Winkiel i Kasia Pawłowska grały spektakl "Co to?" od 2006 roku.
Nie ma jednak znaczenia, którzy z Was przecierali szlaki innym teatrom najnajowym. Piękne jest to, że minęło 20 lat i wciąż istniejecie. Poznań to przecież niewielkie miasto.
M.Z.: To sukces nie tylko na miarę Poznania, ale też Polski. W żadnym innym mieście nie ma tak długoletniej historii teatru najnajowego.
B.B.: Tak, tutaj działa Centrum Sztuki Dziecka, Teatr Blum, Kolekttacz, Hanna Bylka- Kanecka, Alicja Morawska-Rubczak i Barbara Małecka, czyli Art Fraction Foundation.
Mówi się, że małe dziecko to mały problem, duże - duży. Czy Atofri jest teraz bardziej problematyczne? Przed jakimi wyzwaniami stoi?
M.Z.: Atofri, po 18 latach, jest bardziej doświadczone! Przeszłyśmy wiele etapów w pracy twórczej. Kiedyś wyzwaniem było zachęcić widzów do przyjścia z małym dzieckiem na spektakl, takich wydarzeń dla dzieci od 1. roku życia nie było. Widzowie czasem przychodzili po kilka razy na to samo przedstawienie, często znaliśmy się z widzenia.
B.B.: Osiemnaście lat temu na pewno musiałyśmy przekonać rodziców do tego, co robimy. To była ciężka praca. Dziś wyzwaniem jest zaspokojenie potrzeb widzów, a nie ich zebranie, bo są bardziej świadomi, krytyczni, mają swoje opinie, gusty, priorytety.
Ciągle mówimy o produkcjach, pod którymi podpisują się fachowcy, ale jeszcze jest mnóstwo domorosłych teatrzyków, których założyciele myślą, że pokazując dziecku "byle co", nie robią mu krzywdy.
B.B.: Każdy ma swój przepis na teatr dla dzieci. Tu trzeba uwierzyć w mądrość rodzica, który podejmuje decyzję o wybraniu się na dane wydarzenie.
M.Z.: Naszymi widzami są też przedszkolaki i tu decyzja, wybór przedstawienia, jest po stronie nauczycielki (-la). Stąd nasz pomysł na organizowanie zajęć, podczas których zachęcamy do rozmowy o teatrze, proponując warsztaty plastyczne, muzyczno-ruchowe i relaksacyjne. Pokazujemy też, jak w prosty i przyjemny sposób można tworzyć z dziećmi wydarzenie przedszkolne, które bazuje na zabawie i improwizacji.
Wasze spektakle są bardzo różne. To m.in. "Len", "Uszy Duszy", "O! Pałac", "Pan Satie", "JogAkcje" czy najnowszy "Drzewo". Punkt wyjścia jednak zawsze wydaje się taki sam. Z czego wynika ta różnorodność?
M.Z.: Idziemy za głosem serca. Każda z nas ma swoje obserwacje i pragnienia, stąd ta różnorodność. Mnie teraz interesuje obszar pracy rodzic - dziecko, stąd "JogAkcje" i "Leśne JogAkcje". Beata z kolei szukała pomysłu na nieoczywisty koncert dla dzieci i zrobiła "Uszy Duszy", które zostały wyróżnione na festiwalu Korczak Dzisiaj 2025.
BB.: Jest też coś, co łączy wszystkie te wydarzenia, a mianowicie wrażliwość i subtelność spotkania z najmłodszym widzem. To jest prosty rekwizyt, muzyka często grana na żywo, śpiew, gest, ruch, taniec...
Czy jesteście dumne z tych samych spektakli, które są doceniane na konkursach albo mają największą widownię?
M.Z.: Ja uwielbiam "Ślady", które otrzymały nagrodę, ale zwykle nie mają największej widowni. Spektakl jest dla dzieci od 3 lat, ale temat bardzo porusza dorosłych. Dotyczy przeszłości, śladów naszych rodzin, pokazujemy na nim zdjęcia naszych babć, matek. Dorośli widzowie wychodzą po tym przedstawieniu wzruszeni.
B.B.: Ja lubię te doceniane i te lubiane przez publiczność. Widzę wtedy sens mojej pracy, Cieszę się, kiedy dzieci nie chcą wyjść po spektaklu, a rodzice rozmawiają z nami o tym, co ich poruszyło i jak ich dzieci komentowały poszczególne sceny. Lubię, kiedy dzieci podążają za płynącym papierowym statkiem w spektaklu "Pan Satie", jak przestają mówić, kiedy gramy utwór na wodę na koncercie "Uszy Duszy", albo jak nie chcą wyjść z lasu po spektaklu "Drzewo".
"Drzewo" to jest jeden z tych spektakli, których chyba nie da się przenieść na scenę.
B.B.: No właśnie to robię! Zapraszam 15 lutego do Sceny Wspólnej. Scena też ma swoje atuty, będą obrazy w niesamowitym świetle, muzyka, grana na flecie barokowym też inaczej zabrzmi. W plenerze spektakl jest ułożony jako spacer. Zabieramy widzów do lasu, aby mogli złapać oddech, uspokoić zmysły i obejrzeć to, co dla nich przygotowałyśmy. Na scenie będzie inaczej. Jak? Zobaczymy!
M.Z.: "Leśne JogAkcje" też niebawem będziemy grać i w plenerze, i na scenie.
Atofri od samego początku dużo podróżuje, i nie tylko po Polsce. Odwiedziłyście m.in. Francję, Słowację, Rumunię, ale też Japonię i Chiny. Czy tamtejsze dzieciaki inaczej reagują na Wasze spektakle?
M.Z.: Zwykle reagują podobnie. W Turcji dzieci z radości weszły nam na końcu spektaklu na scenę, w Chinach i we Wrocławiu też. W Japonii, było trochę inaczej - dzieci siedziały cichutko i dopiero podczas zabawy pokazywały swoją ekspresję.
B.B.: We wszystkich zakątkach świata, gdzie grałyśmy, od Tokio po Waszyngton, dzieci głośno komentują to, co widzą, właściwie to nie ma różnic między reakcjami dzieci, oprócz dynamiki na niektóre sytuacje. Okazało się, że komunikujemy się z widzami bardzo uniwersalnym językiem, jakim jest muzyka, ruch i obraz. I faktycznie Atofri bardzo dużo podróżuje. Spektakl, który objechał cały świat, to "Pan Satie". Obejrzało go tysiące dzieci w bardzo odległych miejscach na świecie, a najdalsze z nich to chyba japońska wyspa Okinawa.
Co jest najtrudniejsze w tej pracy?
B.B.: Zrobić dobry spektakl. Taki, który poruszy dzieci, dorosłych i zaskoczy tym, w jaką stronę rozwinie się temat, który był inspiracją do realizacji.
M.Z.: Trudnością dla mnie są sprawy organizacyjne związane z prowadzeniem stowarzyszenia.
Wasze spektakle trudno się opowiada, one są do poczucia, ich się doświadcza.
M.Z.: To prawda. Doświadcza się zmysłami, wrażeniem, zatrzymaniem chwili. Staramy się pobudzić wrażliwość widzów, tych najmłodszych i dorosłych.
A skąd czerpiecie na nie pomysły?
B.B.: Pomysły przychodzą z obserwacji przyrody, dziecięcych zabaw, z inspiracji muzycznych, z życia... Określamy sobie słowo/temat, np. śpiew ptaków, len, żywioły, kołysanki, i potem szukamy skojarzeń wokół niego. Później tworzymy obrazy poszczególnych scen. Eksperymentujemy z formami czy rekwizytem, animując go ruchem i sprawdzając, jaka ułoży się z tego scena.
Zdarza się, że Wasze spektakle po premierze ewoluują?
B.B.: Tak, oczywiście. Zwykle po kilku spektaklach widzimy, jak dzieci reagują na poszczególne sceny. Czasem trzeba coś skrócić, coś przedłużyć, gdzieś się zatrzymać.
MZ.: Na premierze obserwujemy dzieci, ich reakcje, potem rozmawiamy i analizujemy. Staramy się tak układać spektakl, aby uwaga dziecka była skupiona na tym, co dzieje się na scenie.
Pięknie powiedziałyście mi osiem lat temu, że "założenia macie cały czas takie same", że "od początku chciałyście, żeby Wasze spektakle poruszały widzów swoją prostotą, piękną muzyką i scenografią". Rozumiem, że to akurat się nie zmieniło?
B.B.: Tak, to się nie zmieniło. Myślenie "pięknem" wzrusza, wywołuje wrażenie.
Ile zrobiłyście spektakli przez te 18 lat?
M.Z.: Ponad 20.
Spektakle, warsztaty, spotkania edukacyjne... Wiem też, że myślicie o książce, która ocali - myślę, że mogę tak powiedzieć, spektakl "O! Pałac". Jakie macie plany na kolejne lata?
M.Z.: Będziemy podróżować po całej Polsce ze spektaklami i koncertem "Uszy Duszy". "Drzewo" pojawia się na scenie w lutym, a "Leśne JogAkcje" na jesień.
B.B.: Tak, faktycznie, książka o Pałacu Górków ocaliłaby spektakl "O! Pałac". Mam nadzieję, że w tym roku uda się w końcu ją wydać. A w najbliższym czasie wspomniany spektakl "Drzewo" w nowej odsłonie na Scenie Wspólnej oraz nowy profil @drzewo_spektakl, z materiałami edukacyjnymi, przygotowany z myślą o rodzicach, którzy po lub przed spektaklem będą chcieli zagłębić tematykę drzew.
Planujecie hucznie świętować wejście Atofri w dorosłość?
B.B.: Poczekamy do dwudziestki.
Atofri to wyłącznie duet Bąblińska - Zajączkowska?
B.B.: Absolutnie nie! To grupa wyjątkowych artystek i artystów, którzy nam zaufali. Jesteśmy im bardzo wdzięczne, że chcą z nami współpracować i dzielić swój czas. Przez 18 lat współpracowało z nami około 50 osób.
M.Z.: To również osoby i instytucje, które przez wiele lat nie odmawiały pomocy i współpracowały z Teatrem Atofri, m.in. Bogdan Żyłkowski i Poznańska Fundacja Artystyczna, Teresa Nowak, Centrum Sztuki Dziecka i Scena Wspólna w Poznaniu, CK Zamek, Art Fraction Foundation, Muzeum Archeologiczne i MDK nr 2.
Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik
- Spektakl "Drzewo" Teatru Atofri dla dzieci w wieku: 2-6 lat
- 15.02, g. 11
- Scena Wspólna
- bilety: 45 zł
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026