W pierwszych latach powojennych funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, tzw. bezpieki, czyli tajnych służb komunistycznego państwa, byli brutalni, ale jeszcze słabo zaawansowani technicznie. Niuanse profesjonalnej pracy wywiadowczej były im obce, za to użycie siły wobec niepokornych mieli opanowane doskonale. Dopiero w połowie lat 50. XX wieku aparat bezpieczeństwa wydał instrukcje, jak skutecznie inwigilować obywateli. Wkrótce tajni wywiadowcy służb mieli okazję te instrukcje przetestować - w czerwcu 1956 roku w Poznaniu wybuchł spontaniczny i krwawo stłumiony masowy bunt.
Funkcjonariuszem UB nie mógł zostać każdy. Kandydaci podlegali starannej selekcji, badano ich przeszłość i prześwietlano rodziny do kilku pokoleń wstecz. Agenci służb działający w czasie strajków i demonstracji prócz nieskazitelnego życiorysu musieli wykazywać się dużą odpornością na stres i umiejętnością jego kamuflowania, ponieważ ich obowiązki wiązały się z dużym ryzykiem - zdemaskowany tajniak mógł zostać zaatakowany przez protestujący tłum.
W celu ochrony swoich funkcjonariuszy służby stosowały cały repertuar środków służących ukryciu ich w tłumie demonstrantów - od odzieży przez specjalistyczne rekwizyty, jak peruki, wąsy, brody, okulary, a nawet "fałszywe" blizny. Dzięki kamuflażowi tajniak mógł być listonoszem, inkasentem, inwalidą, księdzem albo - jak w czasie poznańskiego Czerwca - robotnikiem. Misją funkcjonariusza UB w czasie protestów ulicznych było wyłuskanie z tłumu, obserwowanie i fotografowanie tzw. wichrzycieli, czyli liderów protestu lub osób szczególnie aktywnych, podsycających nastroje wrogie władzy ludowej. Zdjęcia dokumentacyjne mogły być wykonywane różnymi metodami: tajniak udawał fotoreportera, fotografował z miejsca operacyjnego, np. wynajętego mieszkania czy samochodu, lub wmieszany w tłum robił zdjęcia ukrytym aparatem, co nazywano metodą "tajną zakamuflowaną". Aparat mógł być schowany w teczce, damskiej torebce, pod płaszczem lub marynarką, a nawet w parasolu lub książce, jeżeli tajniak występował w roli inteligenta. Spust migawki i obiektyw były zamaskowane.
Tajniacy otrzymali instrukcje, jak robić zdjęcia, i polecenie, by na zdjęciach była widoczna twarz obserwowanego "figuranta", co później umożliwiało jego identyfikację. Agent musiał zatem tak manewrować w tłumie, aby znaleźć się na wprost wytypowanej osoby. Po wykonaniu zdjęć zwykle bywał "zdejmowany" i zastępowany kolejnym funkcjonariuszem, ponieważ mógł zostać rozpoznany przez fotografowanego.
Skala poznańskiego buntu w czerwcu 1956 roku zaskoczyła władze i służby. Jeszcze w nocy z 26 na 27 czerwca w gabinetach mówiono, że "jakoś to będzie". Ale nie było. 28 czerwca około godziny 8 ppłk Feliks Dwojak, szef Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego, wysłał na ulice między demonstrujących 80 tajnych funkcjonariuszy, by obserwowali i fotografowali. To nie wystarczyło, więc dodatkowo ściągnięto specjalne grupy pracowników operacyjnych z Warszawy. W tłumie manifestujących robotników poznańskich fabryk działali przede wszystkim tajniacy z Wydziału B, którego głównym zadaniem była obserwacja obywateli. Wykonali tysiące zdjęć operacyjnych. Łatwo je rozpoznać - na kliszy, a potem na odbitce fotograficznej widać wyraźną, okrągłą, czarną obwódkę. To dowód, że zdjęcie zostało zrobione z ukrycia przez specjalnie przygotowany otwór np. w torbie czy teczce.
Fotografie operacyjne wykonane 28 czerwca 1956 roku w Poznaniu natychmiast trafiły do Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Już wtedy było wiadome, że rozpracowanie uczestników buntu uzyskało najwyższy priorytet partyjnych decydentów. W stolicy zdjęcia wywołano i wytypowano najbardziej aktywnych demonstrantów, którzy w opinii władz zagrażali porządkowi społecznemu narzuconemu przez władze komunistyczne. Na zdjęciach nad głową takiej osoby stawiano krzyżyk.
Praca czerwcowych tajniaków okazała się owocna. Na podstawie fotografii i donosów informatorów, czyli tzw. osobowych źródeł informacji lub kontaktów operacyjnych w zakładach pracy, aresztowano kilkuset najbardziej aktywnych "figurantów" i poddano ich brutalnemu śledztwu. Przesłuchania prowadzono w grupach, co dodatkowo kumulowało stres i potęgowało strach przed aparatem opresyjnym. Dwudziestu dwom osobom wytoczono procesy, które do historii Poznańskiego Czerwca przeszły jako procesy "trzech", "dziewięciu" i "dziesięciu" od liczby biorących w nich udział oskarżonych.
W 2006 roku zdjęcia operacyjne z czerwca 1956 trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu, a 28 czerwca 2026 roku, w 70. rocznicę dramatycznych i krwawych wydarzeń, 1055 z nich opublikuje Cyryl.
Danuta Książkiewicz-Bartkowiak
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026