Kameralny jazz Agi Zaryan ma wiele wspólnego ze sztuką rozmowy. W przypadku jej najnowszego albumu wszystko zaczęło się od spotkania po latach. A właściwie od dwóch takich spotkań. Pierwsze dotyczy trzech muzyków, z którymi wokalistka nagrała płytę otwierającą jej drogę na międzynarodowe sceny. Drugie ma znacznie bardziej osobisty wymiar - wiąże się z miłością z czasów nastoletnich, która po wielu latach dostała kolejną szansę.
Wrażenie jak z tytułu odnosiłem chwilami podczas 17. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego. Nie jest to bynajmniej zarzut. Choć rywalizacja nadal była w centrum wydarzeń, to duża swoboda w kształtowaniu repertuaru sprawiła, że Konkurs nabrał dodatkowego wymiaru.
Dostojna klasyka spotkała się z nowoczesnością i młodzieńczą butą, a klasyczne jazzowe instrumentarium zaszczyciły swoim towarzystwem wibrafon, syntezatory oraz zmodyfikowana gitara do zadań specjalnych. W ten weekend w klubie Blue Note odbył się finał Blue Note Poznań Competition, zawody najlepszych polskich jazzmanów do 30. roku życia. Grand Prix wywalczył Jakub Kołodziejczyk Quartet, nagrodę specjalną zaś Amphitrio. Słuchacze złaknieni muzyki na poziomie Grammy mogli osłodzić gorycz ponurego niedzielnego wieczoru, wysłuchując koncertu amerykańskiego Charlie Hunter Trio.
Liczne wspomnienia o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu wskazują, że kiedy siadał do fortepianu, słuchacze nie zawsze wiedzieli, co może wydarzyć się za chwilę. Podczas jednej z wizyt u rodziny swojego przyjaciela artysta przybiegł nagle na czworakach do salonu, po czym zagrał własny menuet i walczyk, a występ zakończył gwałtowną improwizacją. Takie muzyczne wybuchy nazywał "chlustami", a teraz, po niemal stu latach, do podobnej swobody nawiązują muzycy przyzwyczajeni do nawet najbardziej zakręconych improwizacji.
W czwarty weekend października odbędzie się kolejna, 12. już, odsłona jednego z najważniejszych jazzowych konkursów w naszym kraju - Blue Note Poznań Competition. Poza zmaganiami młodych muzyków usłyszymy również koncerty zaproszonych gwiazd.
W 1976 roku Marian Gold wsiadł w Hanowerze do przypadkowego pociągu. Nie wiedział, dokąd jedzie. Zamiast do Warszawy, dokąd zmierzał skład, trafił na berliński dworzec Zoo, wśród punków, bezdomnych i ludzi uzależnionych od heroiny. Kilka lat później opowiedział o nich w piosence, do której tysiące ludzi tańczyło bez końca. I tak zaczęła się jedna z bardziej przewrotnych historii synth-popu - historia Alphaville, zespołu, który już w najbliższy piątek wystąpi na Międzynarodowych Targach Poznańskich w ramach jubileuszowej trasy koncertowej, rozpoczętej z okazji czterdziestolecia fonograficznego debiutu. Trudno wyobrazić sobie ten wieczór bez "Big in Japan", "Forever Young", "Sounds Like a Melody", "The Jet Set" i wielu innych przebojów grupy, z których część okazuje się znacznie smutniejsza, niż sugerują to ich refreny.
Imponuje mi jego podejście do tworzenia: wolność wyrazu, odwaga w podążaniu własną ścieżką, niezgoda na zastane normy i gotowość do szukania nowych jakości. Z ciekawością wybrałam się w minioną sobotę do Teatru Wielkiego na koncert Nigela Kennedy'ego. Wróciłam z niedosytem, którego zupełnie się nie spodziewałam.
Przez kilka lat stał z gitarą na krakowskich ulicach, śpiewając przechodniom o sprawach, których inni woleli nie poruszać. A kiedy w końcu podłączył instrument do wzmacniacza, zrobiło się jeszcze mniej grzecznie.