Jeżeli prawdą jest, że w muzyce wszystko już było, to rozsądną drogą jest szukanie własnego języka w gąszczu tradycji, skojarzeń, historii. Wie o tym doskonale Anna Calvi, określana jako jedno z objawień ostatnich lat, która w swej twórczości porywająco odwołuje się do (nie tylko rockowych) tradycji. Swój własny styl buduje na swobodnych skojarzeniach z twórczością wielu innych gwiazd, całości nadając ujmująco własny rys.
Gdyby w kulturze aktualny był jeszcze postmodernizm (nie wiem czy jest nadal "modny"), to do jej twórczości to określenie pasowałoby znakomicie. Można tu dosłuchać się ech muzyki lat 70., 80. i późniejszej: trochę Patti Smith i PJ Harvey, trochę Siouxie Sioux i dawnych klimatów typowych dla oficyny 4AD. Zresztą biografowie artystki dorzucają dalsze drogowskazy. Wzrastała ponoć w kręgu muzyki od Captaina Beefhearta po Marię Callas, od Oliviera Messiaena i Claude'a Debussy'ego po klasyków tradycyjnego amerykańskiego bluesa (Bukka White, Robert Johnson) i muzykę afrykańską. Artystka przyznaje się też do inspiracji filmowych, zwłaszcza twórczością tak ważnych reżyserów jak Wong Kar Wai czy Gus Van Sant.