Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

BLISKO Z WERSAMI. Satysfakcja ze zrywania strupów

Drugi tomik poetycki Zu Witkowskiej, czyli "Podręcznik lizania ran" wydany nakładem WBPiCAK w Poznaniu, to książka dość nietypowa. Ma się wrażenie, że oddaje rodzaj lirycznej zadyszki: metafory rzadko zamykają się w kilku słowach, przedstawiane obrazy nie zawsze są jasne przy pierwszej lekturze. Na tym właśnie polega haczyk: trzeba dobiec, kalecząc się po drodze, do końca.

. - grafika artykułu
Zu Witkowska, "Podręcznik lizania ran", fot. materiały prasowe

Źródło pierwszej pomocy definicyjnej w internecie, czyli Wikipedia, mówi o tytułowym lizaniu ran jako o naturalnym odruchu zwierząt, który jednak mechanicznie uszkadza tkanki i prowadzi do ich zakażenia. To wytłumaczenie doskonale oddaje przedstawiony przez WItkowską rozdźwięk między działaniem intuicyjnym wobec doznanej krzywdy a logicznym podłożem tego, co powinno się robić.

Książka opatrzona jest cytatem będącym pointą znanego wiersza Bolesława Leśmiana "Dziewczyna". To wskazanie bezbłędnie naprowadza czytelnika na tropy, którymi będzie podążać w trakcie lektury - sporo jest tu o domysłach, wysiłku, rozczarowaniu i pustce, która pozostaje. W otwierającym "Podręcznik..." wierszu, który jest równocześnie pierwszą z trzech części książki, zwraca uwagę jakaś złowroga strona bierna:

"Chodź po swą wysoką gwiazdę, ja w tobie ją zdarzę,

ja ci ją wyświetlę, podświetlę ci skórę i żebra,

morze w tobie kipi, to właściwość morza, wśród morza

przyśnię ci archipelag, z wolna pulsującą latarnię."

("Gwiazda", s. 9)

Druga część książki, "Opium", posiada specyficzny układ: od góry lewej strony znajduje się justowany do lewej utwór opatrzony tytułem, natomiast z prawej u dołu widać fragment bez nazwy, złożony jak fragment prozy. Spis treści podpowiada, że obie części otwarcia zawierają pełnoprawne utwory, ja wolę jednak patrzeć na nie jako miniaturowe dyptyki. W tym ujęciu lewa strona przedstawia jakieś wydarzenie i/lub towarzyszące podmiotowi odczucia, prawa natomiast jest zapisem, w którym stale pojawiają się atrybuty niezbędne przy pracy z kamerą lub aparatem: ustawia się tu scenografię, widać ludzi dbających o to, by kadr był jak najlepszy - to jakby produkcyjne bebechy. To regularnie pojawiające się napięcie interpretuję jako cykliczną historię o rozdrapywaniu ran i niestrudzonym konstruowaniu strupa, który ma ją chronić.

"Rzadka to przyjemność: mierzyć się ze sobą.

I rzadka nieprzyjemność: zjadać własny popiół,

brać skądś nowy zarys, wywlekać się pod światło,"

("Lunula", s. 28)

W tej partii jasno widać odurzenie pogonią za kształtem, śladem i strukturą, czyli konkretem. Zdejmowanie miar, wskazywanie pierwiastków i obrazy spod mikroskopu przeciwstawiane są tu rozedrganiu podmiotu, utratcie szeroko rozumianej koherentności.

"Odczyty solarne potrzebne mi są w szczególności

po to, żeby nieco wcześniej się zorientować

w swojej i nieswojej materii. Żeby nie sprawdzać

w kółko, co jest pod tym ślicznym strupem

i czy może teraz coś innego niż przed momentem."

("Oś", s. 40)

W części "Minotaur" panuje już inny nastrój, da się oddczuć w niej atmosferę porażki, nawet wyczerpania chęci tworzenia. Myślę, że podmiot liryczny ma tu w sobie wiele z mitycznego stwora, który został uwięziony w labiryncie tylko po to, by ktoś go odnalazł i zabił. Poczucie tkwienia w pułapce sączące się w tych wierszy jest przejmujące. Choć nie ma tu śladu po dotkliwej stronie biernej z pierwszego utworu, sprawczość nie powraca; czasowniki zdają się bardziej opisywać stan, a nie czynności.

"mam wokół siebie dużo miejsca po tobie rozległą żyzną równinę

po której włóczę się sobie

po której tańczę sobie którą sobie przetrząsam szukam urwiska"

("Akrobacje", s. 53)

Jak wspomniałam na początku, język w tej książce jest specyficzny, sporo tu np. fraz powielających obrazy, choć myślę, że to zabieg celowy. Przecież o to chodzi w traumie odrzucenia: międlenie w głowie sytuacji i słów, nerwicowe poszukiwanie znaczeń i zwiastunów tego, co przyjdzie - choć już się przecież wydarzyło! Doskonale ilustruje to ostatni wiersz, który zamyka się słowami " (...) podnoszę wzrok dalej i dalej plaża laguna dalej / i dalej plaża laguna dalej (...)", a potem fragment "i dalej plaża laguna dalej" powtórzony zostaje jeszcze osiem razy, bez pointy. Archipelag obiecany w pierwszym utworze ziszcza się w koszmarny sposób.

Książkę kończy - dość nietypowo - dedykacja "Dla wszystkich zghostowanych". To właśnie ten moment, do którego należy dotrzeć; dopiero wtedy jest szansa, że zrozumiemy: nie tylko odmówiono nam czegoś, ale też odmówiono nas; jak modlitwę, która miała komuś coś zapewnić. Jednak po użyciu pozostaje się samemu sobie, o ile w ogóle jeszcze istnieje. A tego już nikt nie sprawdza.

Joanna Żabnicka

  • Zu Witkowska, "Podręcznik lizania ran"
  • wyd. WBPiCAK

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026