Kiedy perkusista uwalania się spod wieloletniego wpływu lidera - i przedstawia własny zespół, można by mieć obawy, że ów nowy projekt będzie podporządkowany jego instrumentowi. Że rzecz będzie jednowymiarowa i przewidywalna. Obawa nie znaczy "pewność" - i zespół Poogie Bella w znacznej mierze zaprzecza takim wyobrażeniom. A wspomnieć trzeba, że Bell realizuje swe autorskie projekty od lat. Jego grupa przybyła do Poznania, by promować swój najnowszy album "Suga Top" - i z całą pewnością zyskała dzięki temu wieczorowi w Blue Note sporo nowych fanów. Klub zapełnił się, co prawda, zaledwie mniej więcej w połowie, ale emocje panowały w nim wielkie.
Bell przez wiele lat grał przede wszystkim w zespole klasowego i bardzo popularnego basisty Marcusa Millera. W swoim Bandzie, wraz z innymi kolegami z grupy Millera, proponuje własną wizję muzyki jazzowej. Momentami zresztą niedaleko odchodzą od estetyki "Millerowskiej", jakby chcieli wejść w dialog ze swą wcześniejszą twórczością. Potrafią jednak zagrać różnorodnie, z charakterem i po swojemu - co doceniła poznańska publiczność w Blue Note.
Aby się przekonać jakie jest znaczenie perkusji w tym zespole, wystarczyło spojrzeć na scenę, nawet przed pojawianiem się na niej muzyków. Instrument ten stał bowiem, nie jak zazwyczaj w tyle sceny, ale w jej przedniej części - po prawej stronie. Z lewej strony stał bogaty zestaw instrumentów klawiszowych, a siłą rzeczy pośrodku dość mało miejsca zostawało dla trębacza i saksofonisty. Jeśli ktoś dalej miał wątpliwości co do roli bębnów - to już pierwszy utwór rozpoczął się od kanonady perkusyjnej, do której dopiero za moment dołączyły pozostałe instrumenty. Mocny, gęsty, kołyszący funkowy rytm popłynął przez salę, budząc żywą reakcje publiczności. Liderowi udanie towarzyszyli Bobby Sparks na instrumentach klawiszowych, trębacz Michael "Patches" Stewart oraz saksofonista (kiedy trzeba obsługujący też instrumenty klawiszowe) Tony Watson Junior.
W tle zamajaczył gdzieś klimat klasycznych nagrań Marcusa Millera albo nawet muzyki Milesa Davisa z lat osiemdziesiątych. Publiczność z ochotą rozkołysała się wraz z muzyką, a instrumentaliści chętnie eksponowali swe niebagatelne umiejętności. Gęsto i dynamicznie grał sam Bell, obfite i bogate partie solowe dodawał na instrumentach klawiszowych Bobby Sparks, rozpalając chwilami publiczność i skłaniając do wielkich owacji. Nie dziwne to o tyle, że Spaks ma w swym portfolio nie tylko wiele dokonań u boku Marcusa Millera, ale też - przykładowo - granie w zespołach George'a Bensona, Franka Hammonda, czy udział w realizacji płyty "Rare Genius: The Undiscovered Masters" przynoszącej dawne nagrania Raya Charlesa z nowymi opracowaniami. Zresztą o każdym z instrumentalistów można by powiedzieć sporo pochwał. Ot, choćby to, że trębacz "Patches" Stewart grywał z powodzeniem na płytach Ala Jarreau, Whitney Houston, Earth Wind & Fire czy Lionela Richie. Dodajmy jeszcze dla dopełnienia całości, że sam Poogie Bell ma za sobą - poza Millerem - współpracę z takimi liderami jak Gato Barbieri, Chaka Khan, Angelique Kidjo, Erykah Badu, John Scofield czy nawet David Bowie! To tylko wybrane przykłady pokazujące z jakiej miary instrumentalistami mieliśmy do czynienia.
Co ciekawe, jak widać po składzie instrumentów, muzycy postanowili dać sobie radę bez gitary basowej. Biorąc pod uwagę fakt, że trzech z nich grało wcześniej w zespole mistrza basu - Millera, rzecz wydaje się wręcz symboliczna. Na pozór zresztą trudno sobie wyobrazić mocną, funkującą, rozwibrowaną muzykę pozbawioną gitary basowej. A jeśli już sobie ją wyobrazimy to trudno uwierzyć, ze nie traci ona swojej mocy. Muzycy z grupy Poogie Bella postanowili jednak obejść się bez tego instrumentu i partie basowe grali na klawiszach - pianista i saksofonista. Całość miała swoisty charakter.
Ciepło przyjęto pojawienie się na scenie wokalistki imieniem Mey. W muzyce pojawiło się raptem więcej "powietrza", więcej jasnych barw, całość zwracała się co i raz w stronę muzyki soul czy delikatnego smooth jazzu. Artystka zaś, choć początkowo jakby nieco stremowana, prowadziła zespół w stronę ciekawej jazzowej wokalistyki. Co prawda w pierwszej chwili pomyślałem, że przydałby się tu bardziej ktoś z temperamentem, głosem i ekspresją w stylu Arethy Franklin - kto potrafiłby energicznie "zawalczyć" z dynamizmem instrumentalistów, a jednak pewna subtelność Mey okazała się mieć również swoją wartość - wyprowadzając brzmienie zespołu w stronę jaśniejszych, bardziej pastelowych barw.
Ton całości nadawał oczywiście lider - roześmiany, pełen dobrej energii, uwielbiający grać efektowne i dynamiczne partie, zrazem potrafiący jednak - kiedy trzeba - usunąć się nieco w tło, by dać miejsce i przestrzeń do prezentacji solowych pozostałym instrumentalistom albo wokalistce. Lata pracy na scenie owocują nie tylko znakomitym panowaniem nad instrumentem i kolegami z zespołu, także nad dramaturgią wieczoru - i wreszcie nad publicznością. Bell wie, że słuchacze chcą się dobrze bawić, więc raczy ich pełną luzu, zabawną konferansjerką. Wie również, że przyszli przede wszystkim posłuchać muzyki - więc serwuje im to, co ma najlepszego, ale też bardzo dba o to, by muzyka jego zespołu była bardzo komunikatywna. Toteż porusza się - jako się rzekło - po dość bezpiecznych i sprawdzonych ścieżkach funky, fusion i soulu. To przede wszystkim jego ekstrawertyczna osobowość i wrażliwość wokalistki budują napięcie - i charakter zespołu.
Oczywiście, jakość prezentacji Poogie Bell Band znacząco wzmacniali też pozostali muzycy. Trębacz i saksofonista imponowali ciekawymi partiami granymi unisono, jak i w nie przegadanych partiach solowych. Powracała w ich graniu wyraźna fascynacja wspomnianą już estetyką późnego Milesa Davisa i muzyków z jego zespołu, co bynajmniej nie jest zarzutem. Jeśli czerpać, to z najlepszych wzorców. Stewart na swej trąbce grał przekonująco, mocnym czystym tonem, ciekawie brzmiał też grając z tłumikiem. Nieco potężniejszy od niego Watson stawiał na dynamiczne frazy, w których techniczną biegłość równoważył przekonującą ekspresją.
Można jednak mieć wrażenie - o ile konieczne są takie porównania - że największą (obok lidera) owację wywoływały partie grającego na instrumentach klawiszowych Bobby'ego Sparksa. W jego bogatym instrumentarium zachwycało brzmienie organów Hammonda, ale to on też, jak wspomniałem, pilnował partii basowych, potrafił też ze swych instrumentów wydobyć wręcz gitarowe brzmienie. Tu znów mieliśmy dowód wielkiego doświadczenia - jak efektownie ukazać swą muzyczną osobowość, wpisując się jednocześnie bezbłędnie w charakter całego zespołu.
Poogie Bell Band to grupa profesjonalistów - złożona tak, by podobać się jazzowej publiczności i to bez robienia tanich grepsów. Artyści nie rzucają na kolana, nie proponują żadnej rewolucji. Grają muzykę dość zachowawczą, za to bardzo podobającą się słuchaczom - a to przecież w pewnym sensie najważniejsze. Bo choć nie przeżyliśmy tego dnia wielkich olśnień, chyba wszyscy opuszczający Blue Note po koncercie byli przekonani, że spędzili bardzo udany wieczór.
Tomasz Janas
- Jazz Top w Blue Note: Poogie Bell Band
- 24.05