Dwadzieścia lat temu zamieniłaś teatr stacjonarny na objazdowy...
Zmiana organizacyjna była oczywista, znacznie istotniejsza okazała się konieczność zmiany mentalnej. Praca w takim teatrze jak nasz jest doświadczeniem ciekawym, nieustannie artystycznie podniecającym, pozwalającym na wieloaspektowe spełnienie, ale w jakiś sposób też i bolesnym. Wymaga dostosowania wszystkich aspektów prywatności do kwestii zawodowych w o wiele istotniejszych wymiarach niż w teatrze stacjonarnym. U nas to dzieje się niemal 24 godziny na dobę, z tego człowiek ani na chwilę się nie wyzwala, to życie teatralne wnika w nas tak intensywnie, że na inne kwestie pozostaje ledwie margines. Trzeba to bardzo kochać, żeby nie czuć obciążenia, zniewolenia. Ja kocham to co robię.
Przyszłaś do zespołu jako solistka, za którą szła legenda w postaci roli Ofiarowanej w łódzkiej wersji Święta wiosny Ewy Wycichowskiej.
To wcale nie ułatwiało startu ani nie dawało patentu na sukces. Jakiś czas trwało zanim nauczyłam się, które z moich doświadczeń mogą się sprawdzić w Polskim Teatrze Tańca. Tego Teatru nie da się nauczyć w miesiąc, a nawet w rok. Czasem myślę, że uczę się go do dziś, wciąż zdarzają się sytuacje, które przeżywam po raz pierwszy, wciąż nie odczuwam rutyny.
Przeżyłaś kolejne "przejście", nazwijmy to - systemowe, kiedy rolę wykonawczyni zaczęłaś zmieniać na asystowanie choreografowi, by ostatecznie zostać kierownikiem zespołu artystycznego. To taka druga strona lustra?
Ta pierwsza zmiana - kiedy przeniosłam się z Teatru Wielkiego w Łodzi do Polskiego Teatru Tańca - niosła ze sobą zmianę priorytetów. W repertuarze baletowym tancerz ma inne zadania i wyzwania, raczej odtwórcze. W Poznaniu musiałam nauczyć się zmiany metody pracy na kreacyjną, z improwizacją jako procesem do powstawania choreografii. To była długa droga, żeby zrozumieć cel - kim jestem ja na scenie. W rolę pedagoga, kierownika działu wchodziłam płynnie, to było rozłożone w czasie. Najważniejsza była zmiana perspektywy i dostrzeżenie wielu aspektów, z istnienia których albo nie zdawałam sobie sprawy, albo nie musiałam się o nie martwić. Teraz odpowiadam za spektakl kompleksowo, muszę pamiętać o jego złożonej logistyce. Przy naszych podróżach, licznych miejscach, w których gramy, także tu, w Poznaniu, każdy spektakl jest niemal premierą. Przestrzeń wyznacza nie tylko konieczność zmian technicznych, ale także dostosowanie artystyczne.
Polski Teatr Tańca współpracuje ze "światową ligą choreografów", ostatnie lata to choćby Ohad Naharin czy Jo Stromgren. Przy tych gościnnych realizacjach pełnisz funkcję kierownika prób, jesteś najbliższym obserwatorem pracy choreografa.
To fascynujące zajęcie, wymagające ogromnego skupienia, ale pokazujące też jak bardzo niejednoznaczny jest świat tańca, jak rożne są metody pracy. Nie chodzi tylko o ruch, to jest dość oczywiste i tego można nauczyć, lepiej lub gorzej, istotne jest budowanie relacji z artystą, to co się rodzi na tej nieuchwytnej granicy choreograf - tancerz, droga, jaką choreograf prowadzi tancerza do swojego celu.
Rozmawiała Jagoda Ignaczak