Jednak w Polsce urosła do rozmiarów już znacznie bardziej osobistych - jako ulubiony "zespół z radia", ściślej z Listy Przebojów "Trójki", a co za tym idzie - z kaset przegrywanych w domach, no i tych popołudni, podczas których zachodni przebój był zarazem oknem, mapą i tajnym, fascynującym komunikatem. Tym samym przebojowe "Chenko", "For America", "Lean On Me (Ah-Li-Ayo)" czy "Heart of the Sun" trafiły na podatny grunt - w końcu nasze lata osiemdziesiąte miały szczególny słuch na muzykę, która niosła w sobie obietnicę świata szerszego (i nie tak szarego) niż codzienność. Red Box pasował do tej potrzeby idealnie, radiową chwytliwość łącząc z czymś znacznie bardziej zagadkowym - plemiennym rytmem, polityczną aluzją, chóralnym refrenem i poczuciem wspólnotowego obrzędu. Ich pop przechodził przez bibliotekę mitów, uczelniany klub, studio pełne taśm, ale przede wszystkim przez wyobraźnię ludzi niemal od dziecka karmionych punkiem, folkiem, nową falą i rosnącym w siłę językiem elektroniki. Dziś powracają do nas, by zagrać w klubie Tama.
Początki tej historii prowadzą do wokalisty i gitarzysty Simona Toulsona-Clarke'a. Zanim pojawił się Red Box, był jego nastoletni zespół w Harrow School, zbudowany na szkolnych fascynacjach rockiem, tj. Led Zeppelin, Deep Purple, Cream, Pink Floyd, Catem Stevensem, ale też szczególnie ważną dla niego folkową śpiewaczką Buffy Sainte-Marie. Potem przyszło Middlesbrough i doświadczenie kolejnej grupy, a zaraz po tym wiele obiecujący Londyn i Polytechnic of Central London, dzisiejszy University of Westminster, gdzie Toulson-Clarke spotkał saksofonistę Juliana Close'a, tak istotnego dla pierwszego kształtu zespołu. Ich pierwsza formacja działała pod nazwą Harlequins, a oprócz nich grali w niej również Paddy Talbot na klawiszach, Rob Legge na basie i Martin Nickson na perkusji. Między nimi od razu zrodziło się mnóstwo muzycznej chemii oraz mit założycielski. Po koncercie popularnego wówczas Slade na ich uczelni pozostała czerwona skrzynka, którą chłopaki szybko przejęli, by trzymać w niej swoje mikrofony. Zwyczajny przedmiot otworzył serię skojarzeń: czerwień z energią polityczną, pudełko z formą, przechowywaniem i archiwum, kwadrat i koło z figurą obcego w pewnych indiańskich wyobrażeniach. Tak narodził się Red Box, a wraz z nim jego pierwszy album "The Circle & The Square" (1986).
Niewątpliwie jest on jedną z tych bardziej osobnych brytyjskich płyt popowych swojej dekady. Formalnie należy do epoki synth-popu, nowej fali i nader ambitnego popu radiowego, ale działa na własnych zasadach. Słychać w nim syntezatory, gitarę, instrumenty dęte, smyczki, chóralne partie, rytualne zaśpiewy, popową dramaturgię, teatralną pracę głosów i studyjną precyzję, co razem dało słuchaczom unikalny świat, w którym piosenka mogła być i przebojem, i manifestem, i małym rytuałem. Wtedy też muzycy po raz pierwszy zaprezentowali swój "box vox" - rodzaj wielowarstwowego chóru, który szybko stał się jednym z ich znaków rozpoznawczych. "The Circle & The Square" słucha się jak płyty z własną scenografią, gdzie jedna strona prowadzi przez jasny, hymniczny wymiar popu, tymczasem druga przez ciemniejsze rejony, uosabiane choćby przez "Chenko", "Saskatchewan", "Walk Walk" i finałowe "Amen".
Swoją drogą, to właśnie pierwszy ze wspomnianych utworów, jako singiel wydany już trzy lata wcześniej, ustawił Red Box poza prostym porządkiem brytyjskiej nowej fali. Zwłaszcza w tej pierwszej wersji "Chenko" miał w sobie surowość i szorstkość klubowego eksperymentu oraz magnetyzm radiowego kurioza, przez co piosenka szybko trafiła do ludzi, którzy mieli ucho na rzeczy wymykające się formatom. W Polsce to jeden z tych utworów, który stał się częścią "trójkowej" pamięci - swego rodzaju zapisem epoki, w której już sam fakt usłyszenia czegoś w radiu potrafił uruchomić osobne życie piosenki. Ale to również zawarte na płycie "Lean On Me (Ah-Li-Ayo)" - utwór z prostotą wielkiego refrenu i dziwnością wyrastającą z rytmu, sylab, przestrzeni między chórem a głosem lidera - przyniosło zespołowi największy brytyjski sukces, ustawiając załogę Toulsona-Clarke'a w centrum muzycznej sceny UK, choć w Polsce również silnie oddziaływała ona za sprawą "For America" - piosenki, która najbardziej zyskuje przez swoją podwójność. Na powierzchni jest błysk, energia, refren, popowy marsz. Jednak pod spodem - komentarz do medialnej Ameryki, politycznego spektaklu i świata, w którym obraz potrafi przykryć treść. Toulson-Clarke odpowiedział na oczekiwanie piosenki atrakcyjnej dla amerykańskich rozgłośni utworem podszytym sardonicznym spojrzeniem na samą maszynę atrakcyjności. A na takie puszczanie oka Polacy wydawali się wówczas wyczuleni jak mało kto.
Po sukcesie debiutu przyszło napięcie. Close przeszedł w stronę pracy A&R, tymczasem frontman zespołu ruszył dalej, z nowymi współpracownikami, w tym klawiszowcem Alastairem Gavinem. "Motive" (1990) przyniosło już nieco inny kształt Red Box - mniej transowy, bardziej fortepianowy, orkiestrowy i skupiony na aranżacyjnej przestrzeni. W muzyce pojawiły się pełniejsze partie dęte i inne proporcje między chórem a osobistym śpiewem. Otwierające płytę "Train" miało wymiar symboliczny - inicjował je dźwięk ruszającej lokomotywy, intrygując kolażową energią, łącząc sample i poczucie podróży przez właśnie rozpoczynającą się nową dekadę. Po latach "Motive" zyskało status płyty zagubionej w przesunięciu epok. Bo w 1990 roku brytyjski krajobraz muzyczny wyglądał już całkiem inaczej - dominowały w nim shoegaze, indie rock, no i oczywiście rave. Tymczasem Red Box weszli w niego z muzyką subtelniejszą i wymagającą cierpliwości. Pojawiła się za późno dla rozgrzanej fali art-popowych lat osiemdziesiątych, a za wcześnie dla katalogowej rehabilitacji, która przyszła dopiero dużo później. Relacja zespołu z wytwórnią wyczerpała się, a Red Box rozpoczęli długą pauzę. I to na dwie dekady.
Dlatego kiedy "Plenty" (2010) doczekało premiery, dla części słuchaczy płyta zabrzmiała jak mały cud. Cieplejsza, bardziej osobista, miejscami domowa, miała w sobie charakter powrotu człowieka, który raczej woli zbudować wspólnotę od nowa, zamiast odtwarzać dawny ceremoniał. Co zresztą miało odzwierciedlenie w fakcie, że odtąd zespół działał już jako szersza grupa muzyków, a nazwa Red Box zaczęła oznaczać otwartą formację skupioną wokół głosu i pisania Toulsona-Clarke'a. Jednym z działających w niej muzyków został Michał Kirmuć - gitarzysta, perkusista i dziennikarz muzyczny, co dla polskich fanów miało wymiar symboliczny, bo od tej pory kapela przestała być wyłącznie brytyjskim zespołem, który u nas "jakoś wyjątkowo dobrze się przyjął". Jednak o wiele bardziej efektownym pomostem między dawnym idiomem a dojrzałością obecnego składu jest "Chase The Setting Sun" (2019), z którym Red Box przyjeżdżają dziś do Poznania. To materiał niczego nieudowadniający, ale pełen błogiej świadomości własnych przyzwyczajeń. Najlepsze jego momenty? To przede wszystkim "This Is What We Came For" - otwarcie z rytmem, chórem i refrenem ustawiającym temperaturę całej płyty, "Gods & Kings" - kawałek sprężystego, lekko społecznego power-popu oraz "Ho Ho!" - najbardziej bezpośredni łącznik z dawnym, transowym językiem zespołu.
Patrząc dziś na Red Box, łatwo zobaczyć w nich część tej szczególnej brytyjskiej tradycji, w której powojenna edukacja artystyczna, punkowa energia i ambicja autorskiego popu splatały się w jeden osobny język. Można ich śmiało postawić obok Talk Talk, The The, Scritti Politti, The Waterboys czy Aztec Camera - zespołów przekonanych, że pop potrafi unieść literacką wyobraźnię, komentarz społeczny, duchową tęsknotę i formalny eksperyment. Simon Toulson-Clarke zajmuje w tej rodzinie miejsce szczególne. Jego głos nie tyle prowadzi piosenkę, ile zwołuje krąg: daje sygnał, czeka na odpowiedź, uruchamia wspólnotę. Teraz ta odpowiedź należy do nas.
Sebastian Gabryel
- Red Box
- 19.06, g. 20
- Tama
- bilety
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026