Słowo, które stało się tytułem książki, ma kilka znaczeń. Nazywa się nim między innymi fazę Księżyca, obszar miejski lub uderzenie bilardowe, które sprawia, że bila uderza trzykrotnie w bandę, zakreślając czworokąt. Wygląda więc na to, że wyraz ten odwołuje się do pewnego porządku, cykliczności, określonych ram czy spodziewalności. Podobna uważność na wielowymiarowość słów będzie wracać w różnych momentach książki, o czym jeszcze wspomnę.
Utwory w tomiku częściowo zamieszkują Poznań (mamy tu wskazania konkretnych okolic czy ludzi związanych z naszym miastem), ale też nadają z dalszych wojaży (Berlin, Palermo). Trudno pozbyć się jednak wrażenia, że wszelkie podróże - zarówno mentalne, na przykład w kosmos, jak i fizyczne - odbywane są głównie po to, by wrócić. Z jednej strony więc cykliczność zasygnalizowana w tytule odnosi się do toposu powrotu, z drugiej natomiast do powtarzalności historii, która może grozić właśnie temu, co tak dobrze znane.
"Szukam miejsc na mapie,
gdzie bezimienne historie
lubią się czasem powtarzać
w naszych małych ojczyznach,
pstrokatych szyldach barów,
których nie zmieni żadna kuchenna
rewolucja, najwyżej żołądkowa,
gorzka".
("Lunaria, czyli o obrotach ciał", s. 11)
W "Kwadrze" pomieszkuje gorycz, trudno tego nie zauważyć. Rozczarowanie, którego możliwość czai się w niemal każdej opisanej sytuacji, nie daje przejść czytelnikowi obojętnie. Zastanawiam się, skąd tyle jej tutaj? Może z rozdźwięku, jaki wywołuje współistnienie nabytego doświadczenia i trzymanie się, może już trochę nawykowe, nadziei? Myślę, że najlepiej obrazuje tę tendencję klamrowe ustawienie pierwszego i ostatniego tytułu w książce, odpowiednio "Nić" i "Nic". Czasem bowiem tak niewiele brakuje, by stracić to, za czym się podąża - u Kantorskiego wystarczył brak znaku diakrytycznego.
Wobec tej trudnej sytuacji podmiot zdaje się wciąż podejmuje próby brania spraw w swoje ręce. Jego aktywność i tożsamość są tu mocno zaznaczone, choćby przez to, jak frazy z Miłosza i Herberta używane są do jego własnych celów; nie pojawiają się jako czcze odwołanie do klasyków, raczej jako gotowy wytrych do opisywania bieżących spraw. Tych ostatnich podmiot ma na głowie sporo: zatroskanie o zwierzęta, ekologię, najbliższych, a nawet o kosmos. Wszystkie te zbiory tworzą ostatecznie bliższe i dalsze sąsiedztwa, którym należy się uwaga. Co ciekawe, opowieściom o nich patronuje zarówno troska, jak i przeczucie złego. Czasem jakaś straszliwość wydaje się nieunikniona, bo ma moc przekreślenia nawet do tej pory działające zasady następstwa, tak jak dzieje się w ostatniej strofie wiersza "Brzegi" (s. 21), gdzie czytamy: "Jutro wybuchnie wojna / nim zapadnie cisza".
Zagrożeń jest więcej. W trakcie lektury zwraca uwagę kwestia bezimienności, która wraca w utworach jako coś równoznacznego z porzuceniem, wykluczeniem czy pominięciem. Nie dają o sobie zapomnieć także instytucje rzeźni czy umieralni, a temat obniżenia jakości zdrowotnej rozpatrywany jest jako kolejna możliwość śmierci. Nawet pojawiający się w utworach superbohaterowie są jacyś tacy niewydarzeni, bo nie oferują łatwych rozwiązań, za to wyraźnie widać determinujące ich ludzkie przywary.
Jak na tomik składający się z 31 wierszy tego obciążenia jest naprawdę sporo. Momentami czuć w nich niemal pozytywistyczny znój, choć ma się wrażenie, że nawet on został już pozbawiony celu. Została nieskończona ciężkość życia.
Z czarnowidztwa podmiotu, któremu towarzyszą i tak nieliczne pocieszenia, istnieje jednak wyjście: jest to język z całą jego giętkością. I tak na przykład wyczulenie na warstwę brzmieniową słowa zostaje wykorzystane do odżegnania pewnej ostateczności:
"Chodźmy stąd,
już się ściemnia na dobre.
Choć nie, chyba raczej nie".
("Żalki", s. 10)
Jest to rodzaj nadziei, która, choć głęboko ukryta, pozostaje stała: podmiot w wierszach może niekoniecznie mówi o stanach granicznych, ale o byciu pomiędzy czy pośrodku. Z jednej strony takie położenie generuje nieustanne napięcie, a z drugiej wciąż daje szansę manewru. I tu ponownie z pomocą przychodzi język, który pozwala na wariantywność tego, o czym jest mowa:
"Ta chwila, gdy nikt nie patrzy,
gdy się zaczyna, choć się już skończyło,
kończy, by znów nie zaczynać,
gdy to wejdzie w krew".
("Budowniczowie piramid", s. 27)
W najnowszej książce Kantorskiego znajduję też coś, co jest mi wyjatkowo bliskie, czyli traktowanie przerzutni jako przekładni używanych do wydobywania nowych sensów. Wspaniale zresztą z tą taktyką koresponduje wskazywane przeze mnie wcześniej wyczulenie na wieloznaczność słów:
"Zasypiają nad ranem
w okruchach fast foodu
potem raz jeszcze
zaglądają do pustych pokoi
gdzie wątłe lampki migocą
szumią w czeluściach
wentylatory
i już nie cierpią
się aż tak bardzo"
("Hrabiowie e-seksu", s. 35)
Mam nieodparte wrażenie, że wszystkie strachy i okropieństwa zostały zapisane po coś. Nie tylko, żeby przestrzec innych, chyba także nie wyłącznie dlatego, aby podmiot mógł poczuć się lżej. Może chodzi o oddanie ich we władzę języka, gdzie uda się je jakoś rozpracować, postawić się ich repetycji poprzez aproksymację? Może odmiana przez przypadki znaczy coś więcej niż operowanie na stałym wzorcu? W końcu przypadki chodzą po ludziach, a oni są przecież różni.
Joanna Żabnicka
- Szymon Kantorski, "Kwadra"
- wyd. Fundacja Duży Format
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026