Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

BLISKO Z WERSAMI. Stan na dziś

Tomik poetycki "Kwadra" Szymona Kantorskiego wydany przez Fundację Duży Format jest katalogiem współczesnych niepokojów, które, mnożąc się, nieustannie walczą o naszą uwagę. Zarówno między wierszami, jak i w ich wnętrzu czai się nieznośne przeczucie, że to, co już raz uznaliśmy za najgorsze w przeszłości, może się powtórzyć.

. - grafika artykułu
Szymon Kantorski, "Kwadra", fot. materiały prasowe

Słowo, które stało się tytułem książki, ma kilka znaczeń. Nazywa się nim między innymi fazę Księżyca, obszar miejski lub uderzenie bilardowe, które sprawia, że bila uderza trzykrotnie w bandę, zakreślając czworokąt. Wygląda więc na to, że wyraz ten odwołuje się do pewnego porządku, cykliczności, określonych ram czy spodziewalności. Podobna uważność na wielowymiarowość słów będzie wracać w różnych momentach książki, o czym jeszcze wspomnę.

Utwory w tomiku częściowo zamieszkują Poznań (mamy tu wskazania konkretnych okolic czy ludzi związanych z naszym miastem), ale też nadają z dalszych wojaży (Berlin, Palermo). Trudno pozbyć się jednak wrażenia, że wszelkie podróże - zarówno mentalne, na przykład w kosmos, jak i fizyczne - odbywane są głównie po to, by wrócić. Z jednej strony więc cykliczność zasygnalizowana w tytule odnosi się do toposu powrotu, z drugiej natomiast do powtarzalności historii, która może grozić właśnie temu, co tak dobrze znane.

"Szukam miejsc na mapie,

gdzie bezimienne historie

lubią się czasem powtarzać

w naszych małych ojczyznach,

pstrokatych szyldach barów,

których nie zmieni żadna kuchenna

rewolucja, najwyżej żołądkowa,

gorzka".

("Lunaria, czyli o obrotach ciał", s. 11)

W "Kwadrze" pomieszkuje gorycz, trudno tego nie zauważyć. Rozczarowanie, którego możliwość czai się w niemal każdej opisanej sytuacji, nie daje przejść czytelnikowi obojętnie. Zastanawiam się, skąd tyle jej tutaj? Może z rozdźwięku, jaki wywołuje współistnienie nabytego doświadczenia i trzymanie się, może już trochę nawykowe, nadziei? Myślę, że najlepiej obrazuje tę tendencję klamrowe ustawienie pierwszego i ostatniego tytułu w książce, odpowiednio "Nić" i "Nic". Czasem bowiem tak niewiele brakuje, by stracić to, za czym się podąża - u Kantorskiego wystarczył brak znaku diakrytycznego.

Wobec tej trudnej sytuacji podmiot zdaje się wciąż podejmuje próby brania spraw w swoje ręce. Jego aktywność i tożsamość są tu mocno zaznaczone, choćby przez to, jak frazy z Miłosza i Herberta używane są do jego własnych celów; nie pojawiają się jako czcze odwołanie do klasyków, raczej jako gotowy wytrych do opisywania bieżących spraw. Tych ostatnich podmiot ma na głowie sporo: zatroskanie o zwierzęta, ekologię, najbliższych, a nawet o kosmos. Wszystkie te zbiory tworzą ostatecznie bliższe i dalsze sąsiedztwa, którym należy się uwaga. Co ciekawe, opowieściom o nich patronuje zarówno troska, jak i przeczucie złego. Czasem jakaś straszliwość wydaje się nieunikniona, bo ma moc przekreślenia nawet do tej pory działające zasady następstwa, tak jak dzieje się w ostatniej strofie wiersza "Brzegi" (s. 21), gdzie czytamy: "Jutro wybuchnie wojna / nim zapadnie cisza".

Zagrożeń jest więcej. W trakcie lektury zwraca uwagę kwestia bezimienności, która wraca w utworach jako coś równoznacznego z porzuceniem, wykluczeniem czy pominięciem. Nie dają o sobie zapomnieć także instytucje rzeźni czy umieralni, a temat obniżenia jakości zdrowotnej rozpatrywany jest jako kolejna możliwość śmierci. Nawet pojawiający się w utworach superbohaterowie są jacyś tacy niewydarzeni, bo nie oferują łatwych rozwiązań, za to wyraźnie widać determinujące ich ludzkie przywary.

Jak na tomik składający się z 31 wierszy tego obciążenia jest naprawdę sporo. Momentami czuć w nich niemal pozytywistyczny znój, choć ma się wrażenie, że nawet on został już pozbawiony celu. Została nieskończona ciężkość życia.

Z czarnowidztwa podmiotu, któremu towarzyszą i tak nieliczne pocieszenia, istnieje jednak wyjście: jest to język z całą jego giętkością. I tak na przykład wyczulenie na warstwę brzmieniową słowa zostaje wykorzystane do odżegnania pewnej ostateczności:

"Chodźmy stąd,

już się ściemnia na dobre.

Choć nie, chyba raczej nie".

("Żalki", s. 10)

Jest to rodzaj nadziei, która, choć głęboko ukryta, pozostaje stała: podmiot w wierszach może niekoniecznie mówi o stanach granicznych, ale o byciu pomiędzy czy pośrodku. Z jednej strony takie położenie generuje nieustanne napięcie, a z drugiej wciąż daje szansę manewru. I tu ponownie z pomocą przychodzi język, który pozwala na wariantywność tego, o czym jest mowa:

"Ta chwila, gdy nikt nie patrzy,

gdy się zaczyna, choć się już skończyło,

kończy, by znów nie zaczynać,

gdy to wejdzie w krew".

("Budowniczowie piramid", s. 27)

W najnowszej książce Kantorskiego znajduję też coś, co jest mi wyjatkowo bliskie, czyli traktowanie przerzutni jako przekładni używanych do wydobywania nowych sensów. Wspaniale zresztą z tą taktyką koresponduje wskazywane przeze mnie wcześniej wyczulenie na wieloznaczność słów:

"Zasypiają nad ranem

w okruchach fast foodu

potem raz jeszcze

zaglądają do pustych pokoi

gdzie wątłe lampki migocą

szumią w czeluściach

wentylatory

i już nie cierpią

się aż tak bardzo"

("Hrabiowie e-seksu", s. 35)

Mam nieodparte wrażenie, że wszystkie strachy i okropieństwa zostały zapisane po coś. Nie tylko, żeby przestrzec innych, chyba także nie wyłącznie dlatego, aby podmiot mógł poczuć się lżej. Może chodzi o oddanie ich we władzę języka, gdzie uda się je jakoś rozpracować, postawić się ich repetycji poprzez aproksymację? Może odmiana przez przypadki znaczy coś więcej niż operowanie na stałym wzorcu? W końcu przypadki chodzą po ludziach, a oni są przecież różni.

Joanna Żabnicka

  • Szymon Kantorski, "Kwadra"
  • wyd. Fundacja Duży Format

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026