Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Konkurs jak festiwal?

Wrażenie jak z tytułu odnosiłem chwilami podczas 17. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego. Nie jest to bynajmniej zarzut. Choć rywalizacja nadal była w centrum wydarzeń, to duża swoboda w kształtowaniu repertuaru sprawiła, że Konkurs nabrał dodatkowego wymiaru.   

Sala nie jest pełna, publiczność słucha wyników półfinału, w pierwszym rzędzie uczestnicy konkursu - dwójka z nich gratuluje siedzącej w środku SooBeen Lee, która z zaskoczenia aż zamknęła oczy. - grafika artykułu
Szczęśliwi finaliści podczas ogłoszenia wyników półfinału, fot. Bartek Braczyk

Pod względem repertuarowym Konkurs Wieniawskiego nie będzie drugim Konkursem Chopinowskim. Dorobek kompozytorski patrona jest dużo skromniejszy niż jego fortepianowego kolegi, co uniemożliwia zaplanowanie kilkuetapowego konkursu monograficznego. Łączenie utworów patrona i innych kompozytorów to tradycja poznańskiego wydarzenia, ten rok jednak wyróżnił się ogromną swobodą daną uczestnikom. I etap wymagał wykonania kompozycji Wieniawskiego z możliwością uzupełnienia programu o utwór dowolny. W II etapie skrzypkowie mieli do wyboru dwa zestawy dzieł: sonatę skrzypcową polskiego kompozytora w połączeniu z utworem europejskim lub odwrotnie - sonatę twórcy europejskiego i utwór polski. Nadal jednak pozostawiono możliwość uzupełnienia recitalu programem dowolnym. Jak z tego skorzystali uczestnicy?

Królowała dowolność. Obowiązkowe punkty muzycy obudowali różnorodnymi kompozycjami, co zaowocowało wieloma nieoczywistymi decyzjami. Zaliczyć do nich można np. "STOMP" Johna Corigliana i Sonatę "Post scriptum" Silwestrowa, zaproponowane odpowiednio przez Mayę Alexandrę Kasprzak i Wojciecha Niedziółkę, czy utwory Amy Beach i Clary Schumann. Powszechnie wykorzystana wolność wyboru pozwoliła w pierwszych etapach poznać uczestników szerzej niż pozwoliłby sztywny program. Ich wybory ukazywały osobowości i umiejętność kształtowania recitalu. Wolność nie była jednak dana za darmo. Jak na konferencji prasowej w trakcie Konkursu mówiła Agata Szymczewska, prezes Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego i członek jury, program recitali także podlegał ocenie. Układanie repertuaru to bowiem umiejętność, z której skrzypkowie korzystają na co dzień przy planowaniu koncertów.

O ile cieszy kreatywność uczestników, to poczucie niewykorzystanej szansy pozostawia wybór muzyki polskiej. Oprócz obowiązkowego Wieniawskiego, w pierwszych dwóch etapach sięgano wyłącznie po Szymanowskiego, Pendereckiego i Lutosławskiego. Po razie zabrzmiała muzyka Grażyny Bacewicz i Mieczysława Wajnberga. Nie usłyszeliśmy żadnej z zaproponowanych polskich sonat, z wyjątkiem opusu dziewiątego Szymanowskiego. Z drugiej puli nie sięgnięto po utwory chociażby Karola Lipińskiego (wirtuoza i gwiazdy skrzypiec z I połowy XIX wieku), czy "Capriccio interrotto" Krzysztofa Meyera, które stanowiłoby ciekawy dialog z historią Konkursu - powstało ono bowiem specjalnie na jego XII edycję. Wiele z tych wyborów dyktowały preferencje uczestników, choć kolejnym powodem może być koncertowa codzienność - w programie prędzej znajdzie się miejsce dla dobrze znanych polskich kompozycji, niż utworów dopiero domagających się szerszej obecności.

Tegoroczny konkurs cechował się bardzo wysokim poziom uczestników. Od samego początku byliśmy świadkami wielu wciągających występów, a konkursowe sito - reprezentowane przez sztywny algorytm zliczający oceny jurorów - co etap odsiewało uczestników, z których wielu mogło liczyć na awans. Pokazuje to, jak wiele aspektów wykonania podlega ocenie. Technika i oddziaływanie emocjonalne, które jako pierwsze kształtują wrażenia publiczności, są ważnym elementem rywalizacji, ale nie jedynym. Uczestnicy musieli zaprezentować głębokie zrozumienie formy muzycznej i treści utworów - tu papierkiem lakmusowym w II etapie okazała się mroczna, pełna znaczeń "I Sonata f-moll" op. 80 Sergiusza Prokofiewa. Kolejny element to wszechstronność - skrzypkowie mierzyli się z klasykami romantyzmu, wizjonerskimi dziełami Szymanowskiego, czy próbowali tchnąć życie w wirtuozowskie sonaty Eugène'a Ysaÿe"a. Taka różnorodność wymaga także interpretacyjnej elastyczności, dzięki której można wydobyć drzemiące w muzyce emocje i pokazać swoje różne estradowe oblicza. Nie mniej istotna jest konsekwencja, przejaw artystycznej dojrzałości, pozwalająca w każdym utworze zostawić swój ślad. Wreszcie wytrzymałość, umiejętność regeneracji i odporność na stres, które w konkursowym maratonie są nie mniej istotne niż muzyczny warsztat.

Tryumfatorem 17. Konkursu został Bohdan Luts, który pokazał wszystkie powyższe przymioty. Skrzypek podkreśla w wywiadach, że jego inspiracją są dawni mistrzowie. Echa tej fascynacji słychać w jego grze, którą wyróżnia szerokie myślenie całością formy i narracyjny rozmach. Zaprezentował je m.in. w zamaszystym "Polonezie D-dur" op. 4 patrona Konkursu i "Koncercie a-moll" op. 52 Dvořáka. Te same utwory wyróżniło też wyczulenie na zmiany nastrojów i elementy taneczne. Cechą jego warsztatu są także ciepły dźwięk, sowicie dawkowane vibrato i wrażliwość na współpracę z pianistą i orkiestrą.

Drugie miejsce zdobyła Jinzhu Li, skrzypaczka równie znakomita co Luts, choć całkowicie od niego inna. Budzi ona we mnie skojarzenie z Tianyao Lyu, odkryciem ostatniego Konkursu Chopinowskiego. Obydwie wyróżnia młodzieńcza werwa, radość z gry i błyskotliwa technika. Li popisowo wykonała "I Koncert skrzypcowy fis-moll" Wieniawskiego, pokonując jego karkołomne wyzwania z ogromną łatwością. O ile Luts emanuje skupieniem i dramatyzmem wykonań, Li śle ze sceny uśmiech i mnóstwo muzycznych pomysłów.

Jeszcze inny charakter wyróżnia SooBeen Lee, laureatkę trzeciej nagrody. To artystka o lirycznym obliczu, które ukazała w "Sonacie d-moll" Szymanowskiego. Zawarte w niej konflikty i porywy miały więcej łagodności niż dramatyzmu. Lee ma też jednak drugą twarz: potrafi być zadziorna, zagrać bardzo mocnym, szorstkim dźwiękiem i nadać muzyce dużo dynamizmu. Taka różnorodność laureatów dowodzi jak ważną rolę w tegorocznym konkursie odegrały charakter i indywidualność.

Główni laureaci nie wyczerpują grona intrygujących artystów, którzy gościli w Poznaniu. Z półfinalistów warto wspomnieć Menga Zou, w pełni uformowanego solistę, czy Annę Im, która przykuła moją uwagę pełnym kontrastów recitalem w II etapie. Spośród tych, którzy odpadli wcześniej, można mieć wielu ulubieńców. Swoich fanów w trakcie konkursu doczekali się Vikram Francesco Sedona, Zofia Anna Olesik (najwyżej zaklasyfikowana osoba z Polski) czy Maya Wichert. Ja trzymałem kciuki za Teofila Milenkovicia - romantycznie usposobionego artystę, który lubuje się w rozpalaniu emocji publiczności. Zarazem stać go na zdecydowane sceniczne deklaracje - za taką można uznać rozpoczęcie swojego pierwszego występu od legendarnego "Kaprysu nr 24" z op. 1 Paganiniego. Na długo też zapamiętam jego interpretację "Fantazji na tematy z opery »Faust« Ch. Gounoda" op. 20 Wieniawskiego. Spośród wielu jej konkursowych wykonań, Milenković wyróżnił się drapieżnym pazurem, tanecznością i operowym rozbuchaniem emocji.

Czy zatem konkurs z nutą festiwalu to dobre zjawisko? W moim odczuciu tak. W wielu konkursowych dyskusjach fiksujemy się na porównaniach, faworytach i emocjach związanych z promowaniem kandydatów do dalszych etapów. One są ważne i w konkursie oczywiste, choć potrafią przesłonić drugie oblicze zmagań - to, które tak mocno wybrzmiało w tym roku. Muzyczne turnieje to również przestrzeń pokazywania artystycznych osobowości, podejmowania wyzwań i przeżywania muzyki. Nie każde ryzyko skrzypkom się opłaci i nie zawsze ten, kto rozpala emocje słuchaczy, zdobędzie uznanie jurorów. Na szczęście nie mierzymy muzycznych wykonań sprinterskim fotofiniszem, dzięki czemu możemy cieszyć się także pięknem niedookreślenia sztuki dźwięku.

Paweł Binek

  • 17. Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego
  • 8-22.10

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Odwiedź także: