I właśnie w tym momencie zaczyna się "Marilyn Monroe plays Checkov tonight" - apokryf i monodram muzyczny Agnieszki Różańskiej, oparty na "Ćwierć wieku później" Andrzeja Lajborka, "Mewie" Antoniego Czechowa oraz dokumentacji życia Marilyn Monroe. Spektakl w reżyserii Karola Bijaty od początku ustawia nas w przestrzeni pomiędzy tym, kim jesteśmy, kim chcemy być i tym, kim inni zdążyli nas już stworzyć, zdefiniować i ułożyć w odpowiednim porządku wszechświata.
Nie od dziś wiadomo, że Marilyn należy do tych gwiazd, których wizerunek skutecznie przykrył człowieka. Znamy ten schemat z historii popkultury doskonale - im bardziej rozpoznawalna staje się wykreowana postać, tym trudniej dostrzec osobę, która za nią stoi. Marilyn - seksowna blondynka, symbol kobiecości, gwiazda, obiekt pożądania i jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy kina od dawna jest własnością zbiorowej wyobraźni. Norma Jeane Mortenson pozostaje gdzieś pod spodem, znacznie mniej spektakularna, za to boleśnie prawdziwa: z historią trudnego dzieciństwa, małżeństw, samotności, potrzeby miłości, ambicji i niepewności.
Różańska jest Normą i z jej perspektywy opowiada historię kobiety, która chciałaby choć na chwilę przestać być Marilyn. Problem polega na tym, że publiczność kocha Marilyn, a Norma Jeane nikogo specjalnie nie obchodzi.
To bardzo dobry punkt wyjścia dla opowieści o tożsamości, oczekiwaniach i cenie, jaką płacimy za stworzenie własnego wizerunku. Zwłaszcza że za tym wszystkim stoi jeszcze jedna, dość przewrotna kwestia: kto właściwie ma prawo opowiadać historię człowieka, którego wszyscy zdają się znać?
Artystka dostaje tu zadanie niełatwe, choć patrząc na jej sceniczną swobodę, można by odnieść wrażenie, że to zadanie stworzone właśnie dla niej. Trudno było nie być ciekawym, co zrobi z tak pomnikową postacią jak Marilyn Monroe, tym bardziej że wcielanie się w ikonę popkultury zawsze niesie ryzyko banalnego utknięcia w jej najbardziej rozpoznawalnych cechach. Różańska tego problemu nie ma. Bawi się rolą, zmienia rytm, temperaturę i sposób prowadzenia opowieści, pozwala sobie na komediowe momenty, by za chwilę odsłonić bardziej kruche oblicze bohaterki. Jest precyzyjna, ale nie spięta i przede wszystkim zaś - bardzo obecna.
Świetnie wypada także wokalnie (dawno nie słyszałam tak precyzyjnego, nasyconego emocjami piano!). Znakomita dykcja i emocjonalne prowadzenie piosenek sprawiają, że kolejne utwory nie są po prostu przerywnikami w biograficznej opowieści, a każdy z nich ma własną dramaturgię. Czasem spod Normy rzeczywiście wychyla się Marilyn: uwodzicielska, świadoma swojej atrakcyjności, trochę bezczelna, trochę niebezpieczna. To właśnie w tych momentach najlepiej widać, że nie da się człowieka całkowicie oddzielić od roli, którą przez lata odgrywał - nawet jeśli bardzo chciałby ją z siebie zrzucić.
Czechow jest tu zresztą partnerem zaskakująco trafnym. Marilyn przygotowuje się do zagrania w jego "Mewie", powtarza fragmenty tekstu, zastanawia się nad swoją rolą, a jednocześnie sama znajduje się w sytuacji pomiędzy marzeniem a rzeczywistością, potrzebą uznania a poczuciem, że nie jest się wystarczająco dobrym, pomiędzy tym, kim chciałoby się być, a tym, czego oczekują inni. Wątpliwość, czy jest się "godną" zagrania konkretnej postaci, przestaje być wyłącznie teatralnym problemem. Staje się częścią większej historii o prawie do własnych ambicji.
A cała historia rozgrywa się po trzecim dzwonku - czyli wtedy, kiedy spektakl właściwie powinien już się zaczynać. Zamiast wyjść na scenę, Marilyn zostaje za kulisami i zaczyna opowiadać nam historię swojego życia, w której rozdziałach jak mantra powraca motyw radzenia sobie z cudzymi wyobrażeniami. W moim odczuciu to właśnie ta przestrzeń zawieszenia jest w spektaklu najciekawsza. Nie oglądamy wyłącznie Marilyn w jej uwodzicielskiej, pełnej krasie - oglądamy kobietę, która próbuje zdecydować, czy jeszcze chce nią być.
Na scenie aktorce towarzyszy Przemysław Śledź, którego postać pozwolę sobie zachować w tajemnicy, nie chcąc spoilerować jednego z zabawniejszych i bardziej rozczulających elementów spektaklu. Śledź nie tylko dostarcza całości potrzebnej dawki absurdu, ale też tworzy z Różańską duet, którego nie da się nie oglądać z przyjemnością. Ich sceniczna chemia jest znakomita, a odwrócenie perspektywy pozwala jeszcze raz przyjrzeć się temu, czym właściwie jest "Marilyn". Kostiumem? Rolą? Fantasmagorią? Postacią, którą można założyć jak sukienkę? Odpowiedź nie jest jednoznaczna - i dobrze.
Muzyka Aliny Dzięcioł i Przemysława Śledzia bardzo sprawnie prowadzi tę opowieść. Dobór repertuaru - zarówno utworów bardziej oczywistych, jak i tych mniej znanych - nie próbuje na siłę budować pomnika Marilyn. Aranżacje pozwalają Różańskiej być przede wszystkim aktorką i wokalistką, a nie sceniczną kopią ikony.
Sprawdza się również scenografia i kostiumy Natalii Borys. Całość jest spójna, funkcjonalna i - co ważne w tak kameralnej przestrzeni - dają aktorom kolejne możliwości inscenizacyjne. Retroklimat budują między innymi fragmenty nagrań telewizyjnych (z epizodycznym udziałem Bartosza Włodarczyka). To jeden z tych elementów, które chciałoby się zobaczyć również poza spektaklem - choćby w materiałach promocyjnych. Współpraca scenograficzna Natalii Krynickiej pozostaje nie mniej widoczna - dbałość o szczegóły widoczna była gołym okiem.
Czy wszystko działa równie dobrze? Nie do końca. Mam zastrzeżenia do warstwy tekstowej, w której część żartów, nawet jeśli świetnie zagranych, mogłaby być odrobinę bardziej błyskotliwa. Zdarzają się też dłużyzny i fragmenty, które brzmią zbyt banalnie w zestawieniu z bardziej interesującymi fragmentami historii. To jednak raczej rysa niż pęknięcie - zwłaszcza że aktorstwo Różańskiej potrafi skutecznie przeprowadzić widza przez słabsze momenty.
Kiedy spektakl dobiega końca, Marilyn wychodzi na scenę, tym razem w pięknej czerwonej sukni, pewna siebie i gotowa. To nie jest już jednak dokładnie ta sama Marilyn, która siedziała na hokerze przed trzecim dzwonkiem. A może właśnie odwrotnie: po raz pierwszy to Norma Jeane może zdecydować, kiedy chce nią zostać.
Ze spektaklu "Marilyn Monroe plays Checkov tonight" wychodzi się z apetytem na więcej. Nie tylko więcej Różańskiej (choć z chęcią zobaczyłabym ją w kolejnym spektaklu, który będzie dla niej wyzwaniem, bo jej potencjał zdaje się być nieograniczony), ale i na więcej takich historii, które pozwalają zajrzeć pod powierzchnię postaci, które przywykliśmy oglądać wyłącznie z perspektywy legendy.
Marta Szostak
- "Marilyn Monroe plays Checkov tonight", reż. K. Bijata
- Teatr Nowy
- recenzja z 18.09
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026