Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Wierzę w zbawczą moc kultury

- Scena jest wspaniała, bardzo wymagająca, a jednocześnie uzależniająca. Zejście z niej daje mi z kolei zdrową perspektywę - mówi Michał Wiraszko, laureat Nagrody Artystycznej Miasta Poznania, przyznawanej za wybitne osiągnięcia artystyczne lub całokształt twórczości, współorganizator Jarocin Festiwal i wokalista w zespole Muchy.

. - grafika artykułu
Michał Wiraszko, fot. Maciej Lachowicz

Czym dla Pana jest Nagroda Artystyczna Miasta Poznania? Czy potraktował ją Pan jako podsumowanie pewnego etapu, czy raczej jako zobowiązanie?

Zdecydowanie jako zobowiązanie. Mam nadzieję, że na podsumowania jest jeszcze za wcześnie.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że kultura dzieje się przede wszystkim między ludźmi. Czy to właśnie budowanie relacji jest dla Pana najważniejszym wymiarem pracy artystycznej i organizacyjnej?

To oczywiście duże uproszczenie, ale postrzegam kulturę jako zestaw znaków, opowieści i właśnie relacji międzyludzkich. Kultura nie istnieje bez ludzi. Wierzę w jej zbawczą moc - dzięki niej stajemy się ludźmi i tworzymy społeczeństwa. Gdyby jej zabrakło, byłoby po nas.

Muchy pojawiły się w momencie, kiedy polska scena gitarowa przeżywała bardzo ciekawy okres. Z perspektywy kilkunastu lat - co było ich największą siłą?

Myślę, że przede wszystkim świeżość i autentyczność. Pewnie także pewna bezczelność, która dobrze korespondowała z etykietą pierwszej fali gitarowej muzyki XXI wieku. Udało nam się trafić z naszymi opowieściami do pokolenia naszych dorastających wówczas rówieśników. Myślę, że to właśnie utożsamianie się słuchaczy z bohaterami naszych piosenek sprawiło, że zespół istnieje już ponad 20 lat i nadal ma silną więź z publicznością.

Teksty Much od początku były pełne odniesień do codzienności, popkultury i obserwacji społecznych. Czy dziś napisałby Pan je inaczej? Czy zmienił się Pan jako autor, czy raczej zmienił się świat, który Pan opisuje?

Gdybym miał przypisać moje pisanie do jakiegoś nurtu malarskiego, z pewnością byłby to impresjonizm. Wrażenia i emocje z pierwszej ręki zawsze były moim sposobem na dialog ze słuchaczem. Na pewno nie napisałbym dziś takich tekstów jak dwadzieścia lat temu. Traktuję piosenki jako swoiste dzienniki, zapiski z rzeczywistości i soundtrack do codzienności. Moja codzienność wygląda dziś zupełnie inaczej niż wtedy. Piszę więc w zasadzie z tą samą intencją, ale - jak pisał Heraklit - "niepodobna wejść dwa razy do tej samej rzeki". Piszę więc zawsze o rzece, w której akurat jestem.

Jarocin jest miejscem legendą. Dla jednych pozostaje symbolem buntu, dla innych po prostu dobrze zorganizowanym festiwalem. Jak Panu, jako jego dyrektorowi artystycznemu, rozmawia się z takim mitem? Co chciał Pan w Jarocinie zachować, a co świadomie przepisać na nowo?

Jarocin wychował pięć pokoleń ludzi i każdy z nich powie: "Mój Jarocin". Ta identyfikacja z festiwalem to ogromny skarb, ale i wielka odpowiedzialność. Ta energia jest już dziedzictwem, które wymaga troski. Legendę należy podtrzymywać, ale jednocześnie trzeba być tu i teraz. Zresztą Jarocin zawsze był tu i teraz - właśnie w ten sposób ta legenda się pisze.

Czy istnieje jakiś koncert, festiwal albo spotkanie z artystą, które rzeczywiście zmieniło sposób, w jaki myśli Pan o muzyce i kulturze? Niekoniecznie najbardziej spektakularne, pytam raczej o takie, które było najbardziej brzemienne w skutki?

Miałem sporo takich "life-changing experiences" - zarówno jeśli chodzi o piosenki i albumy, jak i koncerty. Nie sposób wymienić wszystkich, ale spróbuję wskazać kilka najważniejszych.

Pierwszą fascynacją był zespół Guns N' Roses. Jak na dziesięciolatka może to dość osobliwe, ale właśnie wtedy pokochałem gitary Slasha i okrzyki Axla Rose'a. Chwilę później przyszła fascynacja hip-hopem za sprawą Kalibra 44, Pei i Eazy-E. To był chyba pierwszy moment, kiedy naprawdę doceniłem słowo w muzyce.

Kolejnym etapem byli The Doors. Pokochałem ich absolutnie i na długie lata. Do dziś mam całą dyskografię na różnych nośnikach, sporo wydawnictw nieoficjalnych i chyba całą bibliografię, jaka ukazała się na ich temat w języku polskim.

Potem przyszedł jazz. Miles Davis i John Coltrane - to oczywiste - ale później także Freddie Hubbard, John Zorn i cała nowojorska scena improwizowana.

Największą miłością pozostają jednak do dziś The Smiths. Bez wątpienia to najbardziej niezwykły zespół i jednocześnie ten najbliższy ludzkim sercom, jaki kiedykolwiek istniał.

Celowo nie wymieniłem polskich artystów. Mógłbym o nich opowiadać bardzo długo.

Łączy Pan perspektywę muzyka z perspektywą osoby odpowiedzialnej za program wydarzeń. Czy te dwie role częściej sobie pomagają, czy raczej przeszkadzają? Jak to jest jednocześnie tworzyć kulturę i nią zarządzać?

To zależy od tego, co kto lubi. Mnie napędza możliwość obcowania z muzyką w perspektywie 360 stopni, w każdym jej wymiarze. Scena jest wspaniała, bardzo wymagająca, a jednocześnie uzależniająca. Zejście ze sceny daje mi z kolei zdrową perspektywę. Najczęściej wszystko odbywa się w naturalnych cyklach, które zmieniają się wraz z poczuciem wyczerpania materiału. Parafrazując słowa Jonasza Kofty: artystą się nie jest, artystą się bywa.

Ma Pan poczucie, że kultura ma dziś jeszcze jakąś misję? Jeśli tak - na czym ona polega w czasach, kiedy o uwagę odbiorców konkurują algorytmy rządzące mediami społecznościowymi i nieustanny nadmiar bodźców?

Oczywiście, że ma. Cała kultura jest jedną wielką misją, narracyjną powinnością narodu czy społeczeństwa. To, że za sprawą algorytmów ktoś chce stale zarabiać na naszej uwadze i na kulturze, jest już zagadnieniem z pogranicza etyki i biznesu. Kultura polega natomiast na tym, że posiadamy wspólne znaki, rytuały i mity. Bez nich każda wspólnota wymrze.

Gdyby miał Pan wskazać jedną rzecz, której Poznań nauczył Pana o kulturze, i jedną, której kultura nauczyła Pana o Poznaniu - co by to było?

Wielokulturowość jest skarbem. Jednocześnie nic tak nie kształtuje życia i wspólnoty jak kultura. Bo choć polityka nie zawsze idzie w parze z kulturą, to właśnie kultura najczęściej sprowadza politykę na dobre tory.

Rozmawiała Marta Szostak

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026