Muszę od tego zacząć: wreszcie na MTP mamy do czynienia z prawdziwą wystawą! Nie z "immersyjną", gdzie dzięki nowoczesnym technologiom, wirtualnej rzeczywistości, wizualizacjom, tym wszystkim goglom VR mamy rzekomo doświadczać sztuki bardziej, niż faktycznie ze sztuką obcując. Ale na całe szczęście w przypadku wystawy "Beksiński w Poznaniu" mamy po prostu... dzieła. Fotografie, rysunki i obrazy Zdzisława Beksińskiego - razem ponad 100 eksponatów. I bardzo dobrze, bo wykreowany przez artystę świat, jego swoisty język wizualny - mroczny, niepokojący, ekspresyjny, a zarazem ogromnie wciągający i uzależniający - nie potrzebuje wirtualnych ozdobników.
Ekspozycja zajmuje niecały jeden pawilon targowy (hala 1A, wejście od ul. Głogowskiej), który podzielony jest ściankami, tworzącymi cztery otwarte pomieszczenia. Taka przestrzeń koreluje z samym układem wystawy, który jest układem najprostszym i oczywistym - opowieścią chronologiczną, opartą na ewolucji artystycznej Beksińskiego. Od prac z lat 50. kierujemy się do lat późniejszych. Ostatnie pokazane dzieła pochodzą z lat dwutysięcznych.
Najpierw poznajemy Beksińskiego jako fotografa, któremu stopniowo ta forma wyrazu przestała wystarczać. Zarówno w warstwie formalnej, jak i w warstwie możliwości kreacyjnych. Przypomnę: mówimy o latach 50. XX wieku, czasach zdecydowanie przed Photoshopem. Podejrzewam też, że mieszkając w Sanoku i nie będąc dyplomowanym artystą (był z zawodu inżynierem i architektem), Beksiński dostęp do możliwości, które dawała fotografia barwna, miał bardzo ograniczony. Przekucie siedzących w głowie twórcy wizji na papier fotograficzny było... niemożliwe. Eksperymentował więc za to z kolażami, kadrowaniem na ekspresjonistyczną modłę, z kreacyjnym fotografowaniem tworzonych przez siebie rzeźb (to jeszcze fotografia czy już dokumentacja?) i z możliwościami ingerencji w sam materiał fotograficzny. Ale to było dla niego po prostu za mało. Stąd zarówno rysunek, czy to w ołówku, czy w kredce, jak i wreszcie to, z czego Beksiński słynie najbardziej i z czym wszyscy jego nazwisko kojarzymy - malarstwo.
I taki też jest kierunek zwiedzania. Zaraz po przejściu przez bramki (w których należy zostawić... zaskakująco sporo pieniędzy - ceny biletów zdecydowanie nie zachęcają do tego, by wrócić na wystawę ponownie) w pierwszej sali mamy właśnie fotografie i rysunki. Pełnią one funkcję przystawki przed głównym daniem, które odwiedzający mają na wyciągnięcie ręki już po drugiej stronie pierwszego korytarza. Bo powoli dochodzimy do miejsca, gdzie jest Beksiński fantastyczno-fantasmagoryczny, Beksiński przejmujący, Beksiński niedopowiedziany, Beksiński apokaliptyczno-depresyjny, Beksiński malarski, Beksiński kolorowy.
Zaraz: kolorowy? Kolorowy! To dla mnie jedno z największych odkryć w trakcie zwiedzania poznańskiej ekspozycji sanockiego artysty. Ta feeria barw! Kontrastów, tonów i półtonów, poukrywanych w półcieniach kolorów. Malarstwo Beksińskiego oglądane z bliska - z tych 30, 50 centymetrów, bo tak blisko można podejść do obrazów, zyskuje. Wycyzelowane pociągnięcia pędzla, z ogromną szczegółowością wymalowani bohaterowie i sceny; każde nitkowate ścięgno, każda wypukłość kości i najmniejszy detal krajobrazu i budynku ma swój cel. Pozorna monochromatyczność obrazów Zdzisława Beksińskiego, ta nieprzejrzystość i zamglenie wyglądające niczym stworzone na planie filmowym przez wytwornicę dymu, znika z każdym krokiem zrobionym w stronę płócien. Reprodukcje albumowe tych szczególików nie oddają, tych wszystkich jaskrawożółtych świateł latarki, intensywnego błękitu oczu, postatomowej czerwieni krajobrazu. Złapałem się na tym, że nie przeszkadzał mi nawet brak... najbardziej znanych dzieł Beksińskiego. Zamiast skupiać się na jednym konkretnym dziele, chłonąłem klimat jego twórczości, odbierałem świat artysty całościowo. Przy tej liczbie zgromadzonych na wystawie prac i ich różnorodności (chociaż to i tak tylko wycinek z jego portfolio), jako widzowie jesteśmy skonfrontowani z bezkresem wyobraźni Beksińskiego - i albo ten jego świat "kupujemy", albo nie. No bo wiadomo - nie jest miło i nie jest instagramowo, pierwsza randka wśród twórczości Beksińskiego byłaby pomysłem z gatunku odważnych. W filmie "Werniks. Z Beksińskim po drodze" w reżyserii Grzegorza Gajewskiego, którego urywki można zobaczyć na wystawie, jest przytoczona anegdota o tym, jak szwagier artysty komplementował jedno z dzieł słowami: "Jaki to ładny obraz". Następnego dnia płótno było już zamalowane; piękno nie jest tym, czego w swojej sztuce Beksiński szukał.
Wystawa na MTP pokazuje, że wyjście poza tradycyjne muzea i prezentacja w tworzonych ad hoc przestrzeniach dzieł wielkich nazwisk polskiej sztuki ma sens. Nawet w wakacyjny piątek rano po galeryjnej przestrzeni kręciło się sporo odwiedzających, przemierzając świat wyobraźni Beksińskiego. To, od czego instytucje kultury stopniowo odchodzą, prosta, skierowana do wszystkich opowieść również jest potrzebna.
Adam Jastrzębowski
- "Beksiński w Poznaniu"
- MTP, hala 1A
- czynna do 18.10
- bilety
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026