Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

- Zakątek, w którym leży Mikołajów, został wspomniany w "Odysei" Homera. To bardzo stara, niezwykle różnorodna i zarazem dość szalona przestrzeń - mówi Kostiantyn Surkov, autor wystawy "Kropla w morzu: Korespondencje z Mikołajowa". 

. - grafika artykułu
fot. Kostiantyn Surkov

Jak będzie wyglądać wystawa? Czy planujecie z Łazęgą konkretny układ fotografii?

To jest bardzo spontaniczna i szybka wystawa, bo długo przygotowywałem się do samej myśli, że ona w ogóle powstanie. Będą różne prace: zdjęcia, rysunki, trochę ceramiki... Bardzo interdyscyplinarnie, niemal na całej przestrzeni Łazęgi. Dużą częścią "Kropli w morzu" stanie się też opowieść, bo będę na wystawie przez cały czas jej trwania. Chcę odwiedzającym przybliżyć to, co znajduje się na zdjęciach, bo Mikołajów nie trafił do mediów publicznych, nie jest miejscem znanym - znajduje się bardzo daleko od Polski. Zdjęcia Mikołajowa są znane raczej jako prace eksperymentalne, a to dzięki istnieniu niszowego zjawiska, jakim jest Mikołajowska Szkoła Fotografii.

A czym dla Ciebie jest Mikołajów, poza tym, że Twoim rodzinnym miastem?

Dla mnie to miejsce, w którym nie tylko czuję się jak w domu, ale punkt, do którego stale wracam. W znaczeniu fizycznym bardzo rzadko, z różnych powodów, nie tylko dlatego, że bywa ono bombardowane. Wracam tam emocjonalnie, bo właśnie w tym punkcie zacząłem, tam mieszkałem 12 lat i to doświadczenie nieustannie na mnie wpływa. Jest to w pewnym sensie mój wskaźnik wolności i własnych ideałów jako człowieka. Zakątek, w którym leży Mikołajów, został wspomniany w "Odysei" Homera. To bardzo stara, niezwykle różnorodna i zarazem dość szalona przestrzeń. Ja na przykład mieszkałem na brzegu rzeki, która dominuje Mikołajów i jego okolice - to Południowy Bug. Ta rzeka jest szeroka na 2,5 kilometra, a to nawet nie jest jej najszerszy fragment! I wcale nie jest najszersza w Ukrainie. Ja po prostu nieustannie eksploruję Mikołajów i myśli z nim związane budzą we mnie głębokie emocje.

Wspomniałeś o Mikołajowskiej Szkole Fotografii - czy jesteś jej częścią? 

Nie, zdecydowanie nie. Nawet nie uważam się za osobę aspirującą do tego miana, ponieważ Mikołajowska Szkoła Fotografii opiera się na eksperymencie. Tworzy ją - powiedziałbym - maksymalnie 20 osób na przestrzeni ostatnich 50 lat, stosujących różnorodne techniki. Mowa o środowisku dysydenckim z końcowego etapu istnienia Związku Radzieckiego. Mikołajów stanowił wówczas miasto zamknięte, obszar poddany rosyjskiej kolonizacji. Właśnie dlatego ten ruch nieustannie wiąże się z poczuciem ukraińskości, z wyrazem świadomości: "jestem Ukraińcem i tworzę sztukę". Sztukę drastycznie odbiegającą od otaczającego kontekstu. Z przykrością muszę przyznać, że o jej istnieniu dowiedziałem się dopiero po przeprowadzce do Polski. Mówimy o zjawisku kameralnym, wręcz ukrywanym - właśnie ze względu na dysydencki rodowód i funkcjonowanie w zamkniętej przestrzeni, z której nie dało się wyjechać bez przepustki, pośród tysięcy wojskowych. Mikołajowska Szkoła Fotografii okazuje się więc niezwykłym eksperymentem, płomykiem schowanym głęboko w dużym mieście.

Opisałeś Mikołajów m.in. jako miejsce nietypowe. Czy widać to w Twoich fotografiach? Czy mają one bardziej klasyczne kadry, czy bawisz się z kompozycją, lub z jakimś etapem procesu wywoływania? Innymi słowy - czym odznacza się Twoja fotografia?

Powiedziałbym, że moje kadry stanowią wręcz przeciwieństwo Mikołajowskiej Szkoły Fotografii. W opozycji do abstrakcyjności stawiam po prostu na warstwę dokumentalną. Skupiam się głównie na architekturze, bo ta mikołajowska jest niezwykła. Mowa o zabudowie południa: niskich kamienicach, morskich kolorach, ciepłym kamieniu. Koncentruję się na obiektach, ale właśnie ze względu na ulotność otoczenia starałem się utrwalić w pamięci jego konkretny obraz tak, aby nie zaginął. Mikołajowu udało się na razie uniknąć masowych zniszczeń wojennych, co nie zmienia faktu, że tkanka miasta mocno ucierpiała w różnych okresach historycznych. Wiadomo - II wojna światowa, ale również radzieckie planowanie przestrzenne doprowadziło do wyburzenia wielu obiektów. Stało się tak między innymi dlatego, że tutejsza stylistyka niesie ze sobą elementy ukraińskiej tożsamości; klasyczne, miejscami wręcz greckie proporcje. Tworząc dokumentalną fotografię, chyba próbuję to abstrakcyjne miejsce sprowadzić w jakimś fragmencie do konkretu, stwierdzenia faktu - np. na tym zdjęciu znajduje się czyjś dom. 

Podczas naszej rozmowy przewijają się wątki morskie. Wspomnieliśmy o "Odysei", powiedziałeś przed chwilą, że budynki Mikołajowa odznaczają się morskimi kolorami, greckimi formami. Czy te nawiązania wpłynęły na tytuł wystawy, który wybraliście?

Tytuł zapożyczyłem w całości z utworu Vasyla Symonenki, ukraińskiego dysydenta tworzącego w latach 60. Tekst opowiada o tym, że obecność pojedynczej kropli w morzu jest konieczna, a gdy woda zaczyna wzbierać, ta jedna drobinka wystarczy, by całość wylała się z brzegów. Ekspozycja jest więc kameralnym wydarzeniem, które nie ukaże Mikołajowa w całej okazałości, bo to ogromne miasto z bogatą historią. Stanie się jednak akcentem przynoszącym realną wartość. Sam wiersz jest krótki, lecz niesie wielką moc, zwłaszcza że powstał w 1962 roku - momencie rozpoczęcia kolejnej fali czystek ukraińskiej inteligencji. Jego przesłanie przypomina, że choćbyś czuł się zaledwie drobiną bez wpływu na otoczenie (a tak zapewne czuło się wielu artystów Mikołajowa), to właśnie jako ta cząstka masz ogromną siłę rażenia. Ważny kontekst: tekstu nie napisano w Mikołajowie, ani o nim, ale wydał mi się niezwykle trafny. Odkryłem go w Mikołajowie podczas zimowego pobytu i pomógł mi przetrwać tamte chwile: nade mną latają drony, których nie zestrzelę, bo nie służę w wojsku, ale mimo to pozostaję tą kroplą, która poprzez swoją obecność stawia opór.

Czy chciałbyś, aby osoby, które odwiedzą Twoją wystawę, wyszły z niej z konkretną myślą?

Na najbardziej podstawowym poziomie chciałbym, żeby zwiedzający po prostu otworzyli Google Maps i odnaleźli Mikołajów. Bo leży naprawdę daleko, od polskiej granicy to szerokość całej Polski i jeszcze z pół tysiąca kilometrów w głąb Ukrainy. Chciałbym, aby ktoś po obejrzeniu zdjęć po prostu "pojeździł" sobie palcem po mapie. To w zupełności wystarczy. Ta wystawa powstała po to, by o Mikołajowie ktokolwiek usłyszał. Jak pisał Stasiuk, każde miejsce może zniknąć, a w trudnych czasach dzieje się to jeszcze szybciej. Jeśli choć jedna osoba zainteresuje się Mikołajowem, będzie mi niezwykle miło.

Rozmawiała Michalina Janas

  • wystawa "Kropla w morzu: Korespondencje z Mikołajowa"
  • wernisaż: 7.09, g. 17
  • Atelier WIMAR Stowarzyszenia Łazęga Poznańska
  • wstęp wolny

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026