Muzyka, z którą mamy do czynienia podczas festiwalu Tzadik miewa niezwykłą moc. Potrafi poruszać wszelakie aspekty ludzkiej egzystencji: ciało, intelekt, duszę. Potrafi wymykać się prostemu opisowi. Potrafi być wehikułem niezwykłej podróży w przeszłość - ale też wędrówki w przestrzeni - a zarazem jest dojmująco współczesna, poruszając w nas najczulsze struny. Przekonał o tym wspaniały, piękny wieczór na zakończenie tegorocznej, ósmej edycji festiwalu. W minioną niedzielę w Sali Wielkiej Zamku zabrzmiały dwa znakomite koncerty.
Asymilowanie
Jeśli mnie pamięć nie myli, Kapela Brodów grała dotąd w Poznaniu bodaj tylko raz i to dobrych parę lat temu. Ich niedzielny występ był tym bardziej oczekiwany, że w ubiegłym roku, po znaczącej zmianie składu, grupa wydała świetną płytę "Muzikaim".
Grupa prowadzona jest od kilkunastu lat przez Witolda Brodę - artystę doświadczonego, przed laty związanego z legendarnym dziś Bractwem Ubogich. Jak sam przyznaje, co zresztą wiedzą obserwatorzy życia folkowego, przez wiele lat jeździł po Polsce, ucząc się muzyki ludowej od wiejskich mistrzów. Z tej fascynacji i z tych doświadczeń zrodził się również najnowszy program zespołu. Bazując na własnych odkryciach, rozmowach z ludowymi artystami i ich nagraniach, na zapiskach Oskara Kolberga i dokumentach z Instytutu Sztuki PAN, Broda wyszukał te fragmenty żydowskiej tradycji, które zostały zasymilowane w polskiej muzyce ludowej. Fascynująca to historia i porywające dźwięki.
Muzyka ta w wykonaniu sześcioosobowego zespołu skrzy się pomysłami, pełna jest dynamizmu, swoistej radosnej furii. Słyszałem Kapelę w znakomitej formie przed dwoma miesiącami podczas festiwalu Etno Kraków i miałem wielką nadzieję, że w Poznaniu również zagra świetnie i zachwyci publiczność. Tak też się stało, chociaż nie zabrakło przeszkód. Po zagraniu kilku utworów w skrzypcach lidera pękła struna. Chwilę później to samo stało się ze struną zapasową. Wszelkie "awaryjne" metody wiązania strun nie dawały na dłużej pozytywnego rezultatu. W efekcie, dalszą część koncertu Witek Broda grał na... trzech strunach. Robił to jednak z taką energią i fantazją, że ktoś nieuprzedzony mógłby nie zauważyć, że coś jest "nie tak".
Partnerzy
W dodatku Broda miał znakomitych współpracowników, którzy potrafili wziąć w tych kryzysowych momentach ciężar koncertu na swoje barki. Myślę tu przede wszystkim o znakomitym klarneciście i saksofoniście Jacku Mielcarku. To artysta lepiej chyba dziś znany publiczności folkowej niż jazzowej (wielokrotnie grał na festiwalu Nowa Tradycja), choć jego wrażliwość muzyczna i umiejętności sprawiają, że znakomicie czuje się w formule muzyki improwizowanej. O mocny rytmiczny kręgosłup całości dbał jego syn - świetny kontrabasista Jakub, mający za sobą współpracę m.in. z Adamem Strugiem czy Maciejem Fortuną.
Na pierwszoplanową postać koncertu wyrosła wreszcie też cymbalistka Marta Maślanka. Ta wspaniała instrumentalistka znana jest choćby z Zespołu Polskiego Marii Pomianowskiej, Kapeli Ze Wsi Warszawa, grupy DesOrient, współpracy z wieloma twórcami od Antoniny Krzysztoń po Jana A. P. Kaczmarka i Pawła Mykietyna. W niedzielny wieczór zagrała w Zamku wiele pięknych partii.
Witold Broda przypominał w Poznaniu starą prawdę, że serce artysty nie jest z kamienia i gdy słyszy "obcą" muzykę, która go fascynuje, chętnie adaptuje ją na swoje potrzeby. To piękna opowieść o wzajemnej inspiracji i otwartości, o przełamywaniu artystycznych barier. Również w tym kontekście występ Kapeli Brodów był ważnym przeżyciem.
Celebrowanie
Podobnie jak dwa dni wcześniej podczas festiwalu, drugi koncert wieczoru miał przynieść muzykę absolutnie odmienną w nastroju. Było to w dodatku - w zasadzie zgodnie z oczekiwaniami - największe artystyczne wydarzenie tegorocznej imprezy. Po mniej więcej półgodzinnej przerwie od zakończenia koncertu Brodów, do Sali Wielkiej Zamku przybyła częściowo nowa publiczność, liczniejsza niż wcześniej, by celebrować wraz z kolejnymi wykonawcami ukazanie się ich płyty. Owo "celebrowanie" jest tu chyba adekwatnym słowem, bowiem muzyka, którą zaprezentował zespół pełna była natchnienia, skupienia, uduchowienia i finezyjnych współbrzmień.
Owi wykonawcy to kwartet: Evan Ziporyn - klarnet, klarnet basowy, Wacław Zimpel - klarnet, klarnet altowy, Hubert Zemler - perkusja, cymbały i Krzysztof Dys - fortepian. W niedzielę miała swą premierę - recenzowana już przez nas - świetna płyta "Green Light", nagrana przez kwartet w minimalnie (choć znacząco) zmienionym składzie - zamiast Dysa na płycie zagrał świetny amerykański gitarzysta Gyan Riley.
Porozumienie
Znajomość muzyki z krążka nie była jednak w żadnym sensie warunkiem, by dać się uwieść koncertowi kwartetu.
Jego utwory na żywo w niedzielny wieczór nie zyskały - w porównaniu do płyty - dynamizmu, ani improwizatorskiego zapału. Zyskały coś więcej, stały się jeszcze głębsze, bardziej kontemplacyjne, jeszcze wyraźniej odezwały się wszystkie, jakże liczne, skojarzenia. Utwory, których słuchaliśmy w Sali Wielkiej Zamku to w zasadniczych zrębach muzyka współczesna, stąd nieznaczny udział elementów jazzowych, improwizatorskich. W zdumiewający sposób obudziły się w niej jednak echa zarówno muzyki dawnej, jak i dwudziestowiecznej minimalistyki czy muzyki repetytywnej, ale też innych kultur - szeroko pojętej tradycji afrykańskiej czy balijskiego gamelanu, także innych azjatyckich natchnień gdy Zimpel zagrał na hinduskiej algozie (drewnianym instrumencie dętym).
Do tego fenomenalne operowanie formą, powściągliwe, subtelne partie instrumentalistów - wybitnych przecież również w sensie technicznych umiejętności - kładących tu nacisk przede wszystkim na moc wspólnotowego przeżycia. To ostatnie nie byłoby możliwe, gdyby nie wspaniałe porozumienie między artystami. Doceniła to też publiczność, która najpierw w natchnieniu słuchała, a potem wielkimi owacjami dziękowała artystom za występ.
Tomasz Janas
- Tzadik Poznań Festival: Kapela Brodów oraz Ziporyn/Zimpel/Zemler/Dys
- 27.09
- Sala Wielka CK Zamek
- Organizator: Multikulti Project