Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

TWÓRCZA SAMOTNOŚĆ. Improwizacje

- Coś trzeba robić, aby nie zakopać się w beznadziei, w nic-nie-robieniu - mówi performerka Monika Wińczyk*. - Jednak próba ratowania sytuacji artystów i przenoszenie wszystkich działań do sieci nie zadziała równo, bo pewne formy bardziej się nadają do tego, a inne mniej - dodaje artysta dźwiękowy Hubert Wińczyk**.

.
Monika i Hubert Wińczyk, fot. archiwum prywatne

Co u was słychać?

Monika Wińczyk: U nas wesoło cały czas.

Hubert Wińczyk: Niedawno przeprowadziliśmy się z powrotem na Łazarz.

Nie było ciężko w tak specyficznym czasie, jak obecny?

H.W.: Było, ale właśnie z powodu tego specyficznego momentu przeprowadziliśmy się. Jednym z czynników był powód ekonomiczny, bo nas też dotknęły ograniczenia związane z tym, w jaki sposób pracujemy.

M.W.: Ale o dziwo poszło nam to zdecydowanie lepiej, niż w okresie przed kwarantanną. Panowała dyscyplina, robiliśmy to sprawnie. A wydawało się, że przeprowadzka będzie koszmarem.

Czym się zajmowaliście na co dzień?

M.W.: Byłam związana z Psem Andaluzyjskim. Robiłam też różne rzeczy "dookołoartystyczne", jak performensy, występy, akcje, happeningi. W styczniu związałam się z kolektywem Zemsta, akurat zaczęłam tam pracę w kuchni. Sporo udało mi się dowiedzieć w krótkim czasie. Teraz niestety wiele miejsc jest zamkniętych - w tym i Zemsta.

H.W.: Zajmowałem się działalnością twórczą, która wiąże się z kontaktem z ludźmi - koncertami, występami, robieniem muzyki do teatru - to wszystko stanęło. Od roku pracuję też dorywczo jako kurier rowerowy, wożę jedzenie by trochę dorobić i mieć ubezpieczenie zdrowotne ale właśnie z obawy o zdrowie na razie jeżdżenie zawiesiłem. Prowadziłem też w różnych instytucjach warsztaty dźwiękowe dla dzieci i młodzieży, a także dla osób niepełnosprawnych. Wiem, że różni artyści działający edukacyjnie próbują przenosić tę działalność do internetu, ale ja średnio to sobie wyobrażam w moim przypadku.

Ze względu na to, że pracujesz z warstwą dźwięku, więc nie wiedziałbyś, co robią uczestnicy zajęć?

H.W.: Tak. Poza tym, takie zajęcia wiążą się ze wspólną eksploracją przestrzeni. Nawet jak robiliśmy coś w jednym miejscu - jak budowanie instrumentów ze śmieci - to również była to praca fizyczna i jakiś kontakt, który jest ważny. Komuś coś wychodzi, a komuś nie - można wtedy podejść i mu pomóc. Dzielę się też moimi sprzętami, pokazuję jak działają. Natomiast field recording to uwrażliwienie na dźwięk i różne przestrzenie. Czy teraz będziemy sobie robić zdalnie takie spacery dźwiękowe - ja w moim domu, a ty w swoim?

Gdy przymus zamknięcia spowodował, że straciliście kontakt z ludźmi? Jaka była wasza pierwsza reakcja?

M.W.: Wbrew pozorom kwarantanna dużo nam dała.

H.W.: Skupiliśmy się na sobie.

M.W.: Nie tylko na życiu osobistym, ale i naszych dźwiękowych działaniach w domu. Hubert powyciągał sprzęty, ponagrywaliśmy różne rzeczy. Rejestrowaliśmy pracę w kuchni, dźwięki ptaków.

H.W.: Gdy można było spacerować, to nagrywaliśmy też nasze spacery. A w domu graliśmy muzykę, siadaliśmy sobie we dwójkę, czasami podchodził też nasz synek i się przyłączał. Przedtem jak coś robiliśmy razem, to również było to oparte w dużej mierze na improwizacji. W ten sposób nagraliśmy kilka sesji, do których chcemy teraz wrócić. Tę pracę przerwała nam przeprowadzka i to, że Monika rozwinęła swoją działalność kulinarną.

Opowiedz o tym przedsięwzięciu kulinarnym - to próba zrobienia czegoś samodzielnie po przerwie w pracy w Psie Andaluzyjskim?

M.W.: Zaczęłam codziennie się zastanawiać: "Czego jeszcze w życiu nie zrobiłam?". A nie zrobiłam pierogów, pasztetu, czy jakiegoś ciasta. Z dnia na dzień szukałam przepisów i pichciłam sobie, spędzając w kuchni całe godziny. Po pierwszym, drugim pasztecie, które nam smakowały w domu, daliśmy kolejny na spróbowanie znajomym - a oni stwierdzili, że jest bardzo fajny. I postanowiłam uruchomić DeMonę Paszteciarę.

Dziś robię wegańskie pasztety, a potem... kto wie, co przyniesie jutro? Sprawia mi to radość i cieszę się, że smakuje to osobom, które je dostają czy kupują u mnie. Oczywiście stresuję się, bo nie jestem z wykształcenia osobą parającą się gotowaniem. Znam mój smak i wiem to, co wyczytam. Dużo mi dało krótkie doświadczenie w Zemście, gdzie poznałam wiele ciekawych rozwiązań. I próbuję. Przy okazji wkręcam dzieci do wspólnego obierania czosnku albo cebuli i wtedy wszyscy ryczymy.

Masz już regularne tempo pracy z pasztetami?

M.W.: Nie. Ale miałam trochę więcej zamówień przed świętami wielkanocnymi, bo ludziom ten pasztet skojarzył się z nimi. Uruchomiłam też akcję "pasztet z serca za serce". Polegała na tym, że przez tydzień od poniedziałku do piątku każdego dnia osoby, które poznały już stronę DeMony Paszteciary i polubiły posty, czy złożyły zamówienia, mogły wytypować kogoś, kto taki pasztet otrzyma w prezencie z dedykacją. Nie mam takiego rozpędu, aby dużo na tym zarabiać.

H.W.: Ale tabelkę masz.

M.W.: Tak. Jak ktoś ma ochotę, to kontaktuje się ze mną i mówi, że chce pasztet.

Czy Maciej Wirmański z Szarej Renety, który wydał twój album Japoński dystans, to póki co jedyny odbiorca spoza Poznania?

M.W.: [śmiech] Nie, była jeszcze paczka wysłana do pani ze Szczecinka, która zamówiła ją dla siebie i swojej rodziny w Poznaniu. Druga poszła do Macieja Wirmańskiego, a trzecią wysłaliśmy do mojej super teściowej, Mamy Beaty z Torunia.

Nie boicie się zarażenia wirusem?

M.W.: Mamy obawy związane z naszym synkiem, który ma osłabioną odporność i układ oddechowy. Dokładnie przestrzegamy zasad bezpieczeństwa. Nie podajemy dłoni, nie ściskamy się, chodzimy w maskach i rękawiczkach, myjemy ręce...

Wyjść trzeba - do apteki, na zakupy. Mamy przemyślenia, czy warto iść dalej na spacer, czy lepiej zrobić tylko małe kółko wokół bloku. Ale można by w ten sposób popaść w lęki i w ogóle już nie wychodzić. Jesteśmy bardzo ruchliwi i mimo wszystko ciężko jest nam usiedzieć na miejscu. Obecnie najbardziej tęsknimy do przestrzeni i przyrody. Gdy wiemy, że już można iść do lasu, chcemy niedługo się wybrać. A potem myślimy: "No ale teraz wszyscy będą w tym lesie!".

Jakie macie refleksje na temat szkolnej edukacji zdalnej - czy faktycznie nauczyciele nadmiernie bombardują zadaniami, a rodzice nie mają już na to wszystko czasu i siły?

H.W.: Myślę, że wszyscy mają przerąbane. Nie chciałbym narzekać na nauczycieli, ale nie powiem, żeby to było fajne. Działa co najwyżej średnio. Widać też, że nauczyciele są potrzebni. Doceniają ich również dzieci. Samo wysyłanie "przeczytajcie sobie w podręczniku to, przemyślcie tamto i opiszcie" nie wystarcza. Niektórzy przygotowują autorskie prezentacje, ale żeby nauczyciel przeprowadził całą lekcją w czasie rzeczywistym, to nam zdarzyło się tylko z jednym - nauczycielem informatyki, który to technicznie ogarnął. Może w innych szkołach mają lepiej, nie wiem.

M.W.: Zauważamy też różne metody pracy. Widzimy po naszej Kice, do czego się bardziej przykłada, a do czego nie. Możemy powiedzieć, że mamy spokój ze szkołą, bo ona ciągnie ją sama i radzi sobie samodzielnie.

H.W.: Trzeba zaznaczyć, że jest w szóstej klasie. Nie wyobrażam sobie zdalnego nauczania w pierwszej, drugiej czy trzeciej klasie.

M.W.: Wtedy wszystko trzeba robić z dziećmi. Nauczanie początkowe musi być teraz dla rodziców i nauczycieli bardzo trudne...

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Monika Wińczyk - artystka i performerka mieszkająca w Poznaniu.

**Hubert Wińczyk - artysta dźwiękowy, performer, edukator, mąż, tata, poganin. Jest autorem muzyki elektronicznej, poezji dźwiękowej, nagrań terenowych i muzyki do spektakli teatralnych.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020