Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

TWÓRCZA SAMOTNOŚĆ. Negatywnie, czyli pozytywnie

- Taka praca z przeprowadzką magazynu jest trochę zamiast siłowni: trzeba dźwigać, przenosić, ładować wspólnie z kolegami - mówi Marcin Kęszycki* z Teatru Ósmego Dnia. W czasach kwarantanny pracownicy teatru musieli w drugiej połowie marca przenieść ogromną ilość sprzętu i różnych elementów scenografii zebranych w dotychczasowym magazynie do nowego pomieszczenia.

.
Wystawa "Rupiecie pamięci", fot. materiały Teatru Ósmego Dnia

Jak się ostatnio czujesz?

Czuję się... negatywnie, to znaczy pozytywnie - czyli jestem, jak przypuszczam, zdrowy. Bo, jak wiadomo, nikt nas specjalnie się nie bada i póki nie mamy żadnych objawów, to czujemy się niby świetnie... bezobjawowo.

Ale tobie chyba nie chodzi w tym pytaniu tylko o moje samopoczucie fizyczne, a o to, jak sobie z tym wszyscy psychicznie radzimy, prawda? Bo to największe wyzwanie. Ja należę do typów z ADHD.

O nie, co za pech!

Dlatego usiedzieć na tyłku nie jest mi wcale tak łatwo. Z jednej strony jest wreszcie trochę czasu na to, żeby spojrzeć w siebie, poczytać, posłuchać, pooglądać - zrobić to wszystko, na co nigdy nie było czasu. Ale jednocześnie pojawia się poczucie, ze ten czas strasznie szybko pędzi, przecieka między palcami, że ta jedyna być może w życiu okazja, żeby wszystko nadrobić, wymyka się z rąk. No tak, ale ten przeciekający między palcami czas daje poczucie spowolnienia, przecież tak naprawdę nic nie goni, można się uspokoić.

Oczywiście, coraz bardziej mi tęskno za takim normalnym kontaktem twarzą w twarz. No cóż, czas teraz morowy i żeby się napić z przyjaciółmi wina, pogadać, pożartować, siadamy przed ekranem komputera, odpalamy Zooma, Skype'a albo Messemgera.

Przyszła mi do głowy luźna analogia z historii Teatru Ósmego Dnia, gdy w komunizmie część z was wyjechała z Polski, a część w niej musiała pozostać. I tamta sytuacja rozdzieliła was trochę tak, jak epidemia robi to teraz. A ten, kto będzie chciał wrócić do Polski, będzie się musiał liczyć z konsekwencjami.

Wtedy, żeby pogadać trzeba było zamawiać połączenie międzynarodowe i swoje odczekać. Formą kontaktów już zupełnie zapomnianą były odręcznie pisane listy...

Teraz znowu jesteśmy rozdzieleni, Moment największych obostrzeń i zakazów zastał nas w chwili, gdy Ewa Wójciak i Jacek Chmaj byli w Chorwacji - i do dziś nie są w stanie stamtąd wrócić. Chyba akurat dobrze trafili i maja piękny widok z okna. Adama Borowskiego dotknęło to też za granicą i właśnie niedawno skończył kwarantannę zasądzoną mu po powrocie. Tadeusz i ja wraz z pozostałą ekipą teatru jesteśmy na miejscu, trzymamy rękę na pulsie. Pracujemy trochę zdalnie, a trochę fizycznie. Na Facebooku pojawiają się regularnie archiwalne zapisy naszych przedstawień i różne inne archiwalne cymesy, ale cały czas zastanawiamy się, jak można użyć internetowe media i nagiąć je dla teatru.

Przede wszystkim jednak coraz bardziej daje się we znaki tęsknota za żywym teatrem i naszą publicznością. Niedługo to wszystko musi się skończyć, a wtedy będziemy musieli poustawiać sobie świat na nowo i teatr jest chyba takim właśnie miejscem, gdzie relacje międzyludzkie odbudowują się najszybciej. Teatr znów będzie bardzo potrzebny.

Póki co pracujecie fizycznie? Mógłbyś wyjaśnić, na czym teraz polega wasza praca?

Bo w teatrze to się pracuje głównie fizycznie. Akurat tak się złożyło, że do końca marca musieliśmy się wyprowadzić z magazynu teatralnego, który znajdował się na Ławicy. To było dosyć duże pomieszczenie, zastawione przez sprzęt oświetleniowy, nagłośnieniowy, ciężkie elementy scenografii, wszelkie rekwizyty...

Należało to po prostu zebrać, załadować na ciężarówki i wywieźć do nowego miejsca. Ale taka praca ma również i wymiar archeologiczny. Nagle dokopujesz się do starych przedmiotów, które z całą pewnością nie będą już niepotrzebne. Powracają jednak różne sentymenty, gdy się trafia na rekwizyty z Ziemi niczyjej, A jednak się kręci, fragmenty scenografii z Tańcz póki możesz, czy maski z Sabatu. I nagle, przedzierając się przez ten kurz, na chwile ożywiają umarłe już spektakle. Dokopujesz się do własnej historii.

Przeprowadzką zajmowało się pięć osób, a ja byłem wśród nich tylko taki dobiegająco-dochodzący. To był jeszcze pierwszy okres epidemii. Staraliśmy się zachować konieczną i rozsądną ostrożność.

I trzeba było podejmować trudne decyzje...

Cały czas toczyła się walka o to, co wyrzucić, a co jednak warto zostawić. Gdy nie wiadomo, czy wyrzucić czy zostawić - to znaczy, że należy zostawić. I potem powstają nowe miejsca i nowe warstwy teatralnej archeologii. Taka przeprowadzka uświadamia też, jak bardzo człowiek obrasta wszelkimi rzeczami, jak wiele przedmiotów gromadzi wokół siebie. To są często obiekty robione własnymi rękami - trochę chałupniczo, a po trochu w prywatnych warsztatach. Tak właśnie budowaliśmy wielkie przedstawienia plenerowe - Arkę czy Szczyt. Zresztą, przy naszych spektaklach panował zawsze zamysł Jacka Chmaja , który był ich głównym projektantem, by były to elementy przechodnie, które można było dopasowywać i przekształcać w coraz to nowe figury i konstrukcje dla kolejnych przedstawień. Było w tym trochę oszczędności, ale przede wszystkim dość charakterystycznej dla Teatru Ósmego Dnia estetyki.

Planowałeś, że będziesz nagrywać różne materiały. Czy to realizujesz?

Tak. W pierwszym odruchu pomyślałem, że lekturą, do której warto byłoby teraz wrócić, jest Dżuma Alberta Camusa. Zacząłem nagrywać tę książkę w formie audio i zrealizowałem już nawet połowę - ale wbrew pozorom wcale tak szybko nie idzie czytanie takich tekstów.

W międzyczasie zaczęły mnie jednak trawić wątpliwości co do sensu tego przedsięwzięcia. Wydało mi się, że ta książka jest zbyt nachalnie przylegająca do naszej rzeczywistości,. To chyba też powieść dość dobrze znana. Tadeusz myślał też o tym, żeby teraz wrócić do książek, które nas przez lata inspirowały.

Kiedy nagrywasz i jak ci wypadają te nagrania?

Zasiadam do nich o poranku, po pierwszej kawie. Codziennie zajmuje mi to godzinę lub półtorej. Sprawia mi to też dużą przyjemność. Powrót do Dżumy jest dla mnie niesamowity - odtwarza się pierwsza lektura tej książki, a także druga, gdy czytaliśmy ją w Teatrze Ósmego Dnia, przy okazji mojego pierwszego spektaklu Wizja lokalna. To była pierwsza połowa lat 70.

Nie zastanawiałem się jednak nad samym wydaniem tych nagrań. Myślałem jedynie, że realizuję audioserial - powieść w odcinkach, którą będzie można posłuchać w Internecie.

Jak teraz wygląda twoja opieka nad matką?

Każdy z nas ma mamę - jeśli ma - która jest w strefie wysokiego zagrożenia. Takie mamy z natury rzeczy nie mają już tyle siły, żeby samodzielnie wychodzić i wymagają od nas pewnej pomocy. Moja mama intelektualnie jest bardzo aktywna i samodzielna, a na Facebooku, którego ogarnęła w wieku lat 90, stała się wręcz postrachem. Poza tym, nieustająco mailuje ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi, rozsianymi po całym świecie. Normalnie odwiedzam mamę codziennie, teraz trochę rzadziej, żeby zmniejszyć ryzyko przyniesienia jej wirusa. I nie chodzi tu tylko o zaopatrzenie, musimy przede wszystkim razem zjeść obiad, omówić ostatnie wydarzenia w polityce. To zawsze budzi emocje, nie wyłączając brzydkich słów.

No i jest jeszcze deser. Zwykle przynoszę jakieś ciastka, ale teraz wcale o nie niełatwo. Mama ma nadzwyczajna słabość do tzw. kremówek, ale zniknęły i nie sposób ich dostać. Gdyby jednak ktoś coś o napoleonkach to ja chętnie się o tym dowiem.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Marcin Kęszycki - absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, od 1973 roku aktor Teatru Ósmego Dnia, współautor scenariuszy i przedstawień.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020