Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Misterium bez swojego języka

Najnowszy spektakl operowy Teatru Wielkiego przenosił nas do świata dalekiej Syberii, świata chłodu, pustki, wygnania, utraty człowieczeństwa i samotności. Każdy z widzów był prowadzony swoją ścieżką - Anhellego, Szamana lub Słowackiego. Przy wejściu ci, którzy nie byli ubrani na biało, dostawali białe szaty. Każdy otrzymał także świecącą opaskę na rękę. Atrybuty te budowały poczucie, że publiczność jest elementem jakiegoś wspólnotowego rytuału. Po czasie wiedziałam jednak, że nie czuję się częścią tego misterium.

.
fot. Bartek Barczyk

Spektakl przeniósł nas do wykreowanego świata wyłącznie wizualnie, głównie dzięki doskonałej scenografii i niezwykłym, lecz niepokojącym kostiumom. Te powstały dzięki recyklingowi przedmiotów, które Teatr pozyskał ze zbiórki. Wszechobecny plastik został tu wykorzystany twórczo. Problematyczne, zalegające na ulicach i w oceanach tworzywo stało się budulcem. Wizualnie świat ten był niezwykle wciągający, intrygujący. Biel, folia, plastik układający się w nowotworowe guzy, wybrzuszenia. Do tego zimne światło i brokat, jakby na osłodę po gorzkim upodleniu, które serwujemy naszej Ziemi każdego dnia i które było ważnym wizualnym obrazem towarzyszącym nam w czasie spektaklu.

Obserwacja postaci wolno poruszających się w mroźnym krajobrazie, po czasie stała się jednak nużąca. Szukałam percepcyjnych zakotwiczeń, drogowskazu, drogi w chaosie świata przedstawionego, fabuły. Bo pod względem dramaturgicznym Anhelli jest spektaklem niedoskonałym. Trudno reżyserce Margo Zālīte i kompozytorowi Dariuszowi Przybylskiemu odmówić tego, że chcieli nam coś przekazać. Problemem okazał się jednak brak pomysłu, w jaki sposób to zrobić. Z jednej strony Anhelli jest adaptacją poematu Juliusza Słowackiego. Na scenie odszukujemy główne postaci - Anhellego, Szamana, Ellenai - znane z romantycznego dzieła. Jednak, na szczęście, nie jest adaptacją wierną, wychodzi poza epokę i chce dotrzeć do współczesnego widza.

W czasie oglądania spektaklu cały czas miałam wrażenie, że twórcy chcą, że mają potrzebę powiedzenia, pokazania, obwieszczenia, trudno jednak było mi zrozumieć, co tak właściwie jest tematem Anhellego. Czy powolne wyniszczanie świata? - How dare you - mówili głosem Grety Thunberg najmłodsi wykonawcy, a stukot plastikowych butelek budujący kostiumy większości artystów odliczał czas do całkowitej zagłady. A może o samotności współczesnego człowieka? Na to wskazywałoby skupienie na głosie, na niezrozumiałym przez innych "ja" bohaterów; muzyka wycofana, akcentująca właśnie ludzki głos. Do interpretacyjnych rozważań dochodzą tematy religijności i jej upadku (sprzedania?), emigracji (także tej w głąb siebie), chaosu współczesności, strapienia, depresji. Pod tym względem dzieło Przybylskiego na wskroś dotykało współczesności - poszarpanej, niejasnej, chaotycznej, urywkowej. Nie oczekuję jednak od współczesnego dzieła, by przenosiło mnie do świata, który niby odległy, jest taki sam jak ten, w którym żyję. Tak samo niezrozumiały. Anhelli nie podejmuje własnej opowieści. I nie chodzi mi o prosty przekaz, o komunikat wygłoszony ostentacyjnie, o edukacyjne klisze, tylko o poczucie, że twórca nie tylko porzuci mnie w chaosie swojego (i naszego) świata, ale pokaże nie tyle sensy, ile jakąś narrację, która pozostawi we mnie coś więcej niż poczucie zagubienia i chęć ucieczki.

- Dziś problem polega - zdaje się - na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne "teraz", na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem - brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie - mówiła w swojej przemowie Noblowskiej Olga Tokarczuk, a ja nie mogłam nie myśleć o tych słowach podczas oglądania i słuchania Anhellego. Bo dzieło to jest na wskroś współczesne, a jednak nie potrafi unieść współczesności. Odwołuje się do tradycji, zapożycza historie ze Słowackiego, zamiast zaproponować widzowi choćby niedoskonałą, ale jednak własną narrację.

W tym chaosie historii wartościowa była nie tylko scenografia i kostiumy, ale też w pewnym sensie muzyka. Wycofana, subtelna, skupiona, podkreślająca rytualny charakter dzięki partii chóru. Dla kontrastu partie wokalne - karkołomne, trudne do percepcji i niestety niezbyt baczące na znaczenie i strukturę słów i zdań. Pod względem muzycznym całość była momentami bardzo ciekawa, nieoczywista, z pewnością warta ponownego wysłuchania. Bardzo dobrze z partyturą Przybylskiego poradziła sobie Orkiestra Teatru Wielkiego. Także soliści zaprezentowali bardzo wysoki poziom muzyczny. Trudno było mi jednak związać się z bohaterami, których grali. Opowieść o Anhellim nie sprawdziła się jako nowy mit.

Anhelli jest dla mnie spektaklem niepełnym, niedopracowanym dramaturgicznie, zaplątanym w wielości znaczeń i przekazów, z których żaden nie wybrzmiewa tak naprawdę. Jest dziełem zainfekowanym współczesnością, niepewnością, fragmentarycznością. Pozostawia słuchacza w drażniącym zagubieniu, wywołuje chęć odgrodzenia się od historii, które zamiast otwierać na nowe, opowiadają o tym, co już wiemy, w sposób, który znamy.

Aleksandra Kujawiak

  • Anhelli Dariusza Przybylskiego
  • reż. Margo Zālīte
  • Teatr Wielki
  • premiera: 6.12
  • recenzja z 8.12

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019