Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

Zaklinacze bezsenności

Letnia bezsenność układa się w ciąg skojarzeń: gorąco, duszny niepokój, piekąca skóra, szklanka wody, tęsknota za choćby lekkim powiewem, przeciągiem. Letnia bezsenność kojarzy mi się też z poezją, z odkrywaniem nowego - dla zabicia czasu, dla uspokojenia myśli. Organizatorzy festiwalu Bezsenność - Towarzystwo im. Henryka Wieniawskiego - stworzyli dla wszystkich nocnych poszukiwaczy przestrzeń, by skonfrontować własne myśli z myślami artystów, którzy z racji swojego zawodu, niejedną noc spędzili z otwartymi oczami i uszami.

. - grafika artykułu
fot. Jadwiga Subczyńska

Pierwszy koncert z cyklu należał do duetu BartolomeyBittmann. Na 16 strunach muzycy opowiedzieli o swoich światach, emocjach, wspomnieniach, historiach. Opowieść i sposób jej opowiedzenia były kluczem koncertu. A sam język muzyczny? Artyści przyznali, że grają to, czego sami lubią słuchać. To proste i szczere wyznanie zanegowało całą potrzebę analizy nurtów i stylów przenikających ich utwory. Dla porządku napiszę tylko, że odebrali staranne, klasyczne wykształcenie muzyczne, ciągnie ich do folku, rocka, jazzu, do eksperymentu. Ten miszmasz nie jest jednak tanią błyskotką mającą zachwycić poszukiwaczy "klasyki nieoczywistej", nie zmiękcza nudnych wyobrażeń o muzyce poważnej.  Grają to, czego sami lubią słuchać. Po prostu.

Dzika bezsenność

Matthiasa Bartolomey'ego (wiolonczela) mieliśmy okazję poznać już rok temu, na tym samym festiwalu i w tym samym miejscu - Atrium UAP-u. Wspaniale jest obserwować tak różne oblicza muzyków. Rok temu - Piazzolla, dziś - autorski, zupełnie szalony program Dynamo w duecie z Klemensem Bittmannem (skrzypce, mandola). Pierwsza część koncertu opierała się właśnie na trzeciej płycie artystów. Zaczęło się od pomostu, a raczej wiaduktu, którym muzycy połączyli scenę z publicznością. Widzieć słuchaczy, tych samych, których spotykam w Filharmonii i Operze, pochylających się do przodu, z zaskoczeniem słuchających, tego, co wybrzmiewa ze sceny - niezwykła, wzruszająca rzecz. Viadukt mocno pobrzmiewał klasyką, a jednak oddalał się od niej tak daleko jak można, chociażby przez brzmienie instrumentów podkręconych elektroniką i emocjami, na początku buzującymi raczej pod skórą, by w utworze Neptun rozkręcić się z rockową siłą. Wiolonczela potraktowana jak kontrabas i wirtuozowskie, zupełnie dzikie, nieoswojone w tradycji melodie skrzypiec. Dodając do tego fakt, że ich instrumenty pochodzą z XVIII (wiolonczela) i XIX wieku (skrzypce) i zostały zbudowane przez ówczesnych mistrzów lutnictwa - aż ciarki przechodzą na myśl, jaką drogą przeszły, jakie historie były i są ich udziałem.

Utwór Elefant (napisany pewnego ciepłego wieczoru w wiedeńskiej knajpce Elefant&Castle) na chwilę przyniósł oddech - Bittmann zamienił skrzypce na mandolę - instrument wymyślony przez niego, a zbudowany przez Markusa Kirchmayra, nieco większy niż mandolina, zelektryfikowany - o absolutnie fenomenalnym brzmieniu i możliwościach.  Delikatne początkowe akordy od razu nasuwały skojarzenie z letnim wieczorem, miłym zmęczeniem. Niepokojące, szybkie dźwięki wiolonczeli dość szybko dodały jednak do tego utworu nowe emocje - nie czas na odpoczynek letnią nocą! W kulminacyjnych momentach dzika radość prowadzona była przez muzyczne melodie wygrywane w pędzie, na łeb na szyję (ale z jaką precyzją!). I już zapomniałam o oddechu, wyciągam szyję wyżej, żeby sprawdzić, czy do muzyków w jakiś magiczny sposób nie dołączyło kilku innych - brzmienie, które kreują, jest ogromne, wspaniałe, zapierające dech, doskonale wypełniające przestrzeń Atrium. Buduje emocje, których nie doświadczyłam nawet na koncertach rockowych, by za chwilę wrócić do tych samych akordów z początku. Spokojnych, letnich, usypiających.

Osobna Haim

W drugiej części koncertu artyści wykonali także utwory z drugiej płyty Maridian. Dla mnie jednak utworem tej części, jak i całego wieczoru był Haim - utwór dedykowany Marii Haim, mieszkance austriackiej gminy Altaussee, która w 1938 roku w referendum na pytanie, czy Austria powinna zostać przyłączona do nazistowskich Niemiec, jako jedyna w mieście odpowiedziała: nie. Było coś magicznego w tym utworze, nastrój osobny, teatralny, coraz duszniejszy aż do wybuchu, kulminacji, w której mocne akordy instrumentów stanowiły tło dla jeszcze mocniejszego śpiewu muzyków przeradzającego się w krzyk. BartolomeyBittmann to duet grający emocje, nieszczędzący opowieści. Podczas koncertu dowiadywaliśmy się, komu je dedykowali i o czym myśleli, pisząc dane utwory. Były więc kompozycje o miłości, lecie, samotnym wyborze kobiety, tańcu.

Mam też wrażenie, że każdy z tych utworów był też o przyjaźni tych muzyków. Ich relacja widoczna na scenie była relacją ze wszech miar partnerską. Ich występ miał w sobie coś teatralnego, niezwykły urok wizualny, co wzmacniały bardzo dobrze dobrane światła. Te przechodzenia Bittmanna za krzesło wiolonczelisty, to nachylanie się muzyków w swoją stronę, rockowe pozycje Bartolomey'ego i niezwykle malownicze Bittmanna (przygarbiony, stojący na jednej nodze). Nie tylko ja wsłuchiwałam i wpatrywałam się w nich w ciągłym skupieniu, na wstrzymanym oddechu, w gotowości, by wstać, podejść do sceny, bo trudno, naprawdę trudno usiedzieć w miejscu na tak ekspresywnym koncercie. Publiczność gromkimi brawami nagrodziła muzyków, którzy na bis wykonali jeszcze Menuett, spokojną miniaturę o ciepłej melodii, po której wcale nie było łatwiej zasnąć. Zaklinacze bezsenności grali we mnie całą noc.

Aleksandra Kujawiak

  • Festiwal Bezsenność - koncert BartolomeyBittmann: Dynamo
  • 5.06

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019