Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Mam wrażenie, że zarówno powierzchowny, jak i bardziej wnikliwy odbiór "Diabła i dziewczyny" prowokować będą widzów do rozważań na temat historycznych i współczesnych bastionów zła, równocześnie stając się pretekstem do śmiechu i źródłem przyjemności, których spektakl Teatru Nowego nie skąpi.

Mężczyzna w koronie cierniowej na głowie przytula dziewczynę w skórzanej kurtce. - grafika artykułu
"Diabeł i dziewczyna", fot. Natalia Kabanow

"Diabeł i dziewczyna" nie jest spektaklem o Sinéad O'Connor, a przynajmniej - nie tylko o niej. Nie wybrzmiewa w nim ani jedna piosenka irlandzkiej wokalistki, a historia jej życia i doświadczonej przemocy jest dla realizatorów jedynie pretekstem, żeby zająć się tematem religijnej władzy i nadużyć jej przedstawicieli i przedstawicielek (w Irlandii dopuszczali się ich nie tylko księża, ale też zakonnice), które przez długie lata były przemilczane i skutecznie tuszowane. Chociaż spodziewałem się większego skupienia na postaci samej O'Connor, której twórczość cenię, a bezkompromisowość podziwiam, nie przeszkadza mi instrumentalne potraktowanie tej bohaterki. Decyzję twórców i twórczyń wynagradza mi fakt, że reżyser Marcin Liber, inscenizując tekst napisany przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk, stworzył dynamiczne, skrzące się dowcipem, pełne wizualnych i muzycznych atrakcji przedstawienie celnie punktujące grzechy, zaniechania i przeoczenia Kościoła katolickiego. Z jednym zastrzeżeniem, dotyczącym osłabienia ostrza krytyki: odpowiedzialność dzielona jest pomiędzy instytucję, kryjącą swoich ludzi niezależnie od rangi przestępstw, których się dopuścili, i fanatycznie zapatrzoną w nią matkę Sinéad - Marię O'Connor.

Złote, a skromne

Mimo poważnego tematu spektakl nie przygniata widzów ciężarem spraw, których dotyka. Połączenie różnorodnych stylów - przeplatanie poważnych scen scenami komediowymi, elementami musicalu, a nawet kabaretu - przydaje mu lekkości, ale akurat to nie osłabia perspektywy krytycznej. Większym problemem w tym kontekście jest, charakterystyczne dla dramatów Sikorskiej-Miszczuk, skomplikowanie fabuły i paraboliczność warstwy słownej. Jednak Liber nie pozostawia tego bez ingerencji, skracając tekst i konfrontując wypowiedzi postaci z wizualnymi metaforami. Przede wszystkim jednak, zgodnie ze swoim szatańskim zwyczajem, kusi widzów licznymi atrakcjami, które - z jednej strony - urozmaicają prezentację, a z drugiej wymuszają uważność. Nie prowadzą jednak do dezorientacji. Chociaż nie usłyszymy żadnego utworu O'Connor, Marcin Macuk zadbał o celne cytaty najpopularniejszych hitów końcówki XX wieku, które świetnie funkcjonują w kontekście prezentowanej fabuły: od powracającego "Losing My Religion" R.E.M. (1991), przez - funkcjonujące jako element mszy, w wizji Marii celebrowanej przez nią i papieża - "Like a Prayer" Madonny (1989), po sugerujące prośbę Kościoła o przebaczenie "All apologies" Nirvany (1993). Mam wrażenie, że zarówno powierzchowny, jak i bardziej wnikliwy odbiór "Diabła i dziewczyny" prowokować będą widzów do rozważań na temat historycznych i współczesnych bastionów zła, równocześnie stając się pretekstem do śmiechu i źródłem przyjemności, których spektakl Teatru Nowego nie skąpi.

"Diabeł i dziewczyna" jednoznacznie wskazuje "prawdziwego wroga". Podąża przy tym za sugestią Sinéad, która - drąc zdjęcie Jana Pawła II podczas emitowanego na żywo programu "Saturday Night Live" w 1992 roku po odwołaniu się do przemocy irlandzkiego duchowieństwa wobec dzieci - zasugerowała, żebyśmy z nim właśnie walczyli ("fight the real enemy"). Marcin Liber to jeden z najsprawniejszych montażystów polskiego teatru, wytrawnie korzystający z różnorodnych cytatów, nawiązań, sugestii, kulturowych motywów i popkulturowych klisz. W jego spektaklu fantastyczne obrazki nawiązujące do pielgrzymki pochodzącego z Polski papieża do Irlandii w 1979 roku mieszają się ze scenami z życia O'Connor z lat 90. i 2000., kiedy odnosiła największe sukcesy, ale też wywoływała największe kontrowersje. Na scenie realia Zielonej Wyspy nieustannie przenikają się z naszą, współczesną, narodowo-katolicką rzeczywistością.

Nasze i wasze

W prologu na scenie staje postać w kominiarce w barwach Irlandii, kojarząca się z powstałym w zachodnim Belfaście, używającym rapu w walce o irlandzką tożsamość zespołem Kneecap. Jej prowokacyjne wezwanie "do hymnu!", przypomina przekorny zabieg Jana Klaty z niedawnych "Termopil polskich" w warszawskim Teatrze Narodowym, jednak tym razem nikt nie decyduje się na powstanie. Człowiek w masce zaczyna śpiewać "jeszcze Irlandia nie zginęła" na melodię "Mazurka Dąbrowskiego". Z kolei witający Wojtyłę premier Irlandii (Dariusz Pieróg) zwraca się do niego w języku irlandzkim (gaelic), który do złudzenia przypomina angielski, jakim w "Misiu" Stanisława Barei zapowiadano odloty samolotów na Okęciu. Charyzmatyczny Ojciec Święty, przebojowo grany przez Aleksandra Machalicę, przybija wszystkim "piątki" i zdobywa serca tłumu wiwatującego na jego cześć. Po ucałowaniu gościnnej ziemi, której patronem jest Święty Patryk, zwraca się do przybyszy z Polski. Wita pielgrzymów z zachodnich ziem: Zielonej Góry, Gorzowa, Żar; z Pomorza Zachodniego: Szczecina, Świnoujścia, Międzyzdrojów, a także z Wielkopolski, z Poznania - "miasta koziołków, miasta Enigmy, miasta buntu robotników w 56 roku; miasta pieśni, którą dzisiaj śpiewa cały świat". Kiedy zaczyna śpiewać "Abba Ojcze", pieśń z muzyką Jacka Sykulskiego do słów Jana Góry, dołączają do niego zgromadzeni wierni. Po anegdotycznym wspomnieniu "Krakowiaków i Górali" intonuje "Góralu, czy ci nie żal".

Awers i rewers

Prezentacja unika przaśnej szarości i nudy: scena, rekwizyty i kostiumy większości postaci podlane są blaskiem świateł, malowane biskupią purpurą, przypudrowane brokatem i zdobne w cekiny zastępujące watykańskie złoto (scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek, Maria Mordarska). Jeszcze przed pojawieniem się papieża na scenie widzimy postać do niego podobną, lecz zdecydowanie bardziej "koślawą". To kulejący na jedną nogę, ale niepamiętający na którą, rewers Ojca Świętego. Ildefons Stachowiak w roli Pana Diabła genialnie wręcz dopełnia postać kreowaną przez Machalicę. Tylko jak postrzegać funkcję każdej z tych postaci? Czy rzeczywiście Diabeł wsparł Marię O'Connor (przerysowaną grą Edyty Łukaszewskiej), pozwalając narodzić się jej córce? Czy to on natchnął Sinéad do gestu, który przyczynił się do odnowienia oblicza irlandzkiej ziemi? Może, jak Mefistofeles w "Fauście", "jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro"? Czy skoro pojawił się w Moskwie Bułhakowa, kiedyś wstąpi do Polski, by odnowić też oblicze "tej ziemi"? A może żeby tak się stało, potrzeba podobnej ofiary, jaką - jak sugerują Sikorska-Miszczuk i Liber - musiała ponieść Sinéad?

Na kolorowym tle wyróżnia się postać buntowniczej wokalistki (Weronika Asińska) występującej w podartych dżinsach i skórzanej kurtce, pod którą nosi koszulkę z tyleż ważnym, co sprzeciwiającym się nakazom Kościoła, przesłaniem: "WEAR A CONDOM" (załóż prezerwatywę). Sekwencja, w której fotograf gwiazd (Dawid Ptak) podczas sesji zdjęciowej w nowojorskim studiu rozmawia z nią, nawiązując rodzaj intymnej więzi, przywodzi na myśl spektakl "Persona. Marylin" Krystiana Lupy (Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka w Warszawie, 2009). Chociaż ciążowy brzuch dziewczyny okazuje się sztuczny, korona cierniowa na skroniach fotografującego ją mężczyzny ma większe znaczenie. Po zakończeniu pracy, "dla rozładowania atmosfery", rzuca, że jest Żydem, a jego rząd właśnie dokonuje ludobójstwa. Chwilę później rozkłada ręce, stając w pozie Chrystusa rozpiętego na krzyżu, skąd biernie przygląda się grzechom ludzkości. Wkrótce w tym miejscu zastąpi go Sinéad. Czy artyści mają prawo używać z symboli religijnych? Liber wykorzystał krzyż, sugerując znaczenie ofiary, jaką poniosła O'Connor po swoim antypapieskim wystąpieniu. Podobny obraz był jednym z argumentów podnoszonych przez osoby sprzeciwiające się prezentacji w Poznaniu przedstawienia "Golgota Picnic" (2014). Czy dziś obraz kobiety ukrzyżowanej w koszulce doradzającej antykoncepcję może sprowokować podobne protesty?

Nie mamy polskiej Sinéad

Domorosłym strażniczkom i strażnikom symbolicznej świętości wystarczy byle pretekst, żeby manifestować obrazę uczuć religijnych. Nie mam wątpliwości, że skandal służyłby zarówno teatrowi, jak i Kościołowi, który w Polsce ciągle nie może oczyścić się z zarzutów o ślepotę i tuszowanie przypadków pedofilii w swoich szeregach. Nie liczę jednak na to, że sprowokuje go spektakl Libera - środowiska konserwatywne już przed dekadą zdały sobie sprawę, że ich oburzenie na "Klątwę" na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego, wyreżyserowaną przez Olivera Frljicia w warszawskim Teatrze Powszechnym (2016), przyczyniło się do zwiększenia, a nie zmniejszenia zainteresowania tym tytułem. "Diabła i dziewczynę" ogląda się świetnie, prowokacja przydaje mu pikanterii, a ważny przekaz  podbija jego rangę. Równocześnie to, co w punkcie wyjścia mogło być argumentem na jego korzyść - nawiązania do biografii i obecność samej Sinéad O'Connor - bywa obciążające. Asińskiej udaje się wprawdzie celnie uchwycić delikatność, której w granej przez nią bohaterce towarzyszy zdecydowanie, ale nie we wszystkich scenach, w których bierze ona udział, jest potrzebna. Z największymi wątpliwościami pozostawiła mnie jednak postać jej matki. Mimo że ta skłonna do przemocy dewotka portretowana jest karykaturalnie, niejednokrotnie dominuje, a nawet przejmuje kontrolę nad prezentacją. Szczególnie niebezpieczna jest sugestia, że całe przedstawienie to sen wariatki, której zamarzyła się świętość córki, choćby namaszczonej przez Diabła. Nie dopuszczam przy tym jeszcze gorszej myśli, której uchyla drzwi dramaturgiczne niedopracowanie: że jedynym źródłem zła i przyczyną buntu Dziewczyny jest niezrównoważenie emocjonalne, a może i choroba jej matki.

Mimo tych wątpliwości i małych nadziei na skandal mam nadzieję, że "Diabeł i dziewczyna" stanie się pretekstem do dyskusji. Polska, jak niegdyś Irlandia, wciąż przypomina miejsce bez czasu. Wprawdzie nie odbiera się tu potomstwa niezamężnym matkom, aby oddać je na wychowanie siostrom zakonnym, ale z ambon jeszcze niedawno piętnowano "tęczową zarazę", politycy sugerują do dziś, że gender to ideologia, a myśl, że pary jednopłciowe miałyby wychowywać dzieci, wywołuje powszechną panikę. I to niezależnie od tego, jak wiele takich par (najczęściej w relacji matka - babcia) na co dzień otacza opieką małe Polki i Polaków. W Irlandii dokonała się zmiana, a tamtejsze społeczeństwo uwolniło się spod jarzma Kościoła katolickiego - od niemal dekady dopuszczalna jest tam aborcja na życzenie, a małżeństwa jednopłciowe mają prawo do adopcji dzieci. Myśl, że przyczyniła się do tego bezkompromisowa postawa Sinéad O'Connor, pozwala Liberowi i Sikorskiej-Miszczuk sugerować jej wyniesienie na ołtarze. Czy nie zasługuje na to w równym stopniu jak - dowcipnie portretowani przez Dariusza Pieroga - Laura Viscunia Pino, która złożyła ofiarę z życia za nawrócenie matki żyjącej w niesakramentalnym związku, czy José Sánchez del Río, uznany za męczennika po śmierci w szeregach Cristeros (katolickiego ruchu oporu w Meksyku)? A czy my zasługujemy na własną Sinéad, czy wystarczy nam kolejny pomnik Jana Pawła II?

Piotr Dobrowolski

  • "Diabeł i dziewczyna"
  • reż. Marcin Liber
  • Teatr Nowy
  • recenzja z 27.03

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026