Cztery przyjaciółki od lat spotykają się podczas brydżowych wieczorów. Śmierć jednej z nich staje się początkiem całkiem nowego rozdziału w życiu bohaterek. Connie, Millie i Lena postanawiają wyprawić zmarłej przyjaciółce ostatnią... imprezę i robią to z jej udziałem. To właśnie wokół tego pomysłu zbudowana została cała dramaturgia spektaklu, balansująca między uroczym absurdem a całkiem udaną próbą uchwycenia wartości uniwersalnych, z którymi wielu i wiele z nas mogłoby się utożsamić. Na poziomie wykonawczym nie mam żadnych zastrzeżeń. Wspaniałe Bożena Borowska-Kropielnicka (Connie), Antonina Choroszy (Millie) i Małgorzata Łodej-Stachowiak (Lena) tworzą wyraźnie zarysowane trio, oparte na dobrze znanym i dodatkowo trafnie podkreślonym przez kostiumy Jolanty Łagowskiej-Braun schemacie. Są twardo stąpająca po ziemi liderka, eteryczna, słodko-niewinna inicjatorka chaosu i krążąca po orbicie mocno zagubiona ekscentryczka. Choć jest to konstrukcja dość przewidywalna, jest również przyjemnie bezpieczna. Aktorki (możemy je oglądać w podobnym składzie w brawurowych "Prezydentkach") poruszają się w niej swobodnie, budując swoje postaci czytelnie i konsekwentnie. Ich sceniczna osobowość niesie spektakl w momentach, w których tekst lekko traci rytm i wspomnianą już pożądaną lekkość i błyskotliwość.
Przyznam, że to właśnie pęknięcia w warstwie językowej najmocniej dawały mi się we znaki. Tłumaczenie Bogusławy Plisz-Góral - choć istniejące w obiegu od dawna i zapewne dobrze funkcjonujące na papierze - w ustach aktorek traci momentami tak ważną w sprawnej komedii naturalność. Bywają ciężkie, co szczególnie w tego rodzaju historii, opierającej się przecież na tempie i precyzji, staje się wyraźnie odczuwalne. Nie jest to problem zespołu aktorskiego - przeciwnie, widać ich próby nadania lekkości frazom, które nie zawsze tę lekkość chcą przyjąć. Julia Rybakowska w roli córki Connie i Andrzej Niemyt jako "policjant" (staram się uniknąć spoilerów) dopełniają tę historię w uroczy sposób, ciesząc widzów wyczuwalną sceniczną chemią. Ich wątek nie wychodzi poza ramy dobrze znanych rozwiązań dramaturgicznych, ale też nie sprawia wrażenia zbędnego. Podobnie jest z epizodem alternatywnej profesji "policjanta", która choć dość przewidywalna, ale zagrana z urokiem, pozwala mu wybrzmieć bez większego zgrzytu.
Scenografia Marka Brauna opiera się na prostym, ale sugestywnym rozwiązaniu. Dwie ściany pokoju obwieszone zostały obramowanymi lustrami o różnej wielkości, które odbijają się w sobie nawzajem. Odczytałam ten zabieg nie tylko jako estetyczny, ale i znaczeniowy - wizualizację ciągłego przeglądania się w cudzym spojrzeniu i funkcjonowania w odbiciach, które rzadko kiedy są prawdziwie nasze. Podobny trop podsunęło mi usytuowanie części widowni na scenie. Czy to tylko kwestia przestrzeni, czy subtelne przypomnienie o tym, jak bardzo przywiązani jesteśmy (zwłaszcza kobiety) do bycia obserwowanymi i ocenianymi? Bez wątpienia to jedno z rozwiązań, które otwiera pole do interpretacji. Krzysztof Babicki poprowadził spektakl sprawnie, nie próbując nadbudowywać go ponad tekst i nie szukając również wyraźnego przesunięcia akcentów. W efekcie otrzymaliśmy spektakl poprawny i przyjemny, rzadko jednak wychodzący poza ramy gatunku czarnej komedii, co wcale nie musi być jego wadą. Zwłaszcza że sama treść nie skupia się jedynie wokół komedii absurdalnych pomyłek. "Umrzeć ze śmiechu" nie ukrywa swojego podszytego sporą dawką czułości wobec bohaterek i ich doświadczeń przesłania, że niezależnie od wieku warto pozwolić sobie na zmianę, odważyć się na przekraczanie własnych ograniczeń i na życie, a nawet - Życie.
Zarówno moje przemyślenia, jak i głosy wyłapane w popremierowym foyer potwierdzają, jak zaskakująca może wydawać się obecność tego tytułu w repertuarze Teatru Nowego. Scena, która przyzwyczaiła nas do produkcji bardziej wymagających i złożonych, tym razem sięga po formę lżejszą, bardziej przystępną - taką, która nie tyle zmienia kierunek repertuaru sceny przy Dąbrowskiego, co poszerza jego pole. Nawet jeśli nie wszystkie elementy tej układanki wydają się idealnie dopasowane, trudno nie dostrzec potencjalnych korzyści. Spektakl ten ma szansę przyciągnąć tych z widzów, którzy dotąd omijali teatr z obawy przed jego hermetycznością. Nie nazwałabym "Umrzeć ze śmiechu" propozycją przełomową czy szczególnie odkrywczą. Jest solidnie zrealizowaną i naprawdę dobrze zagraną komedią, opartą na sprawdzonych rozwiązaniach z kilkoma słabszymi punktami w warstwie tekstowej. Lekka, zabawna (jak bardzo i w których momentach - to już kwestia indywidualna), bez wątpienia znajdzie swoją publiczność, która wieczór spędzony w jej towarzystwie wspominać będzie z uśmiechem. Czasem nie trzeba niczego więcej, prawda?
Marta Szostak
- "Umrzeć ze śmiechu"
- reż. Krzysztof Babicki
- Teatr Nowy
- recenzja z 17.04
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026