Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Groteska minionej epoki

O ile książki non-fiction i recenzje filmowe (również na portalu i w "IKS"-ie!) pisze zupełnie na poważnie, o tyle w dziedzinie prozy nie uznaje ram i zasad, miesza gatunki, bawi się językiem i jeszcze ma tupet okraszać to wszystko wątkami bogoojczyźnianymi. Bartosz Żurawiecki w swojej "Ach, Ustce!" po raz kolejny udowadnia, że udana literatura nie musi być ani pisana, ani tym bardziej brana na poważnie.

Okładka książki z rysunkowym motywem teatralnej sceny. - grafika artykułu
Bartosz Żurawiecki, "Ach, Ustka! Wspomnienia starego idioty", fot. materiały prasowe

Wszystko zaczyna się od tego, że Jan Tupolewski, kierownik literacki poznańskiego Teatru Współczesnego, wybiera się na zasłużone wczasy do tytułowej Ustki ("Wielkiego wyboru nie miałem: polskie morze albo polskie góry. Wybrałem to pierwsze, bo nie lubię chodzić po wzniesionym"). A że mamy rok 1984 (lub 1983, kto by to pamiętał...), klimat tego wyjazdu oscyluje wokół anturażu znanego z filmów Barei - Fundusz Wczasów Pracowniczych, bary mleczne, dansingi, przydzielone prywatne kwatery, bony na posiłki, wszechobecne kolejki... Dodatkowego smaczku tłu niecodziennych zdarzeń (o których za chwilę) dodaje fakt, że główny bohater przechodzi właśnie coś na kształt kryzysu wieku średniego, mając świadomość, że "to ciało będzie już tylko tym ciałem, którym jest". Jeśli dodać do tego element zbrodni (pojawi się i nieoczekiwany trup, a jakże!) , a także postaci (powiedzieć ekscentryczne to nic nie powiedzieć), jakie spotka na pamiętnym wyjeździe, przepis na farsę gotowy. Jest zatem i farsa!

Przede wszystkim Wiesia - bujnej urody wdowa ("musi mężowi nagrobek wystawić [...]. Chce, żeby obelisk był w kształcie żagla powiewającego na wietrze, o ile się, oczywiście, da powiewać granitem"), u której Jan znajduje zakwaterowanie i której wdziękom opiera się raczej krócej niż dłużej. A jeśli Wiesia, to i Leon - jej nastoletni syn, którego dla odmiany wyróżnia intelekt i uroda ("nieco tylko wyrośnięta wersja rozkosznego bobasa z "Dziwnego ogrodu" Mehoffera"), na co zresztą Jan również nie pozostaje obojętny. A to nie koniec plejady dziwacznych postaci, by wymienić choćby prezenterkę telewizyjną Annę Hedonię i jej mało rozgarniętego syna Maurycego, niebieskookiego filozofa-froterystę napotkanego w pociągu, poznańską kochankę Stefanię (żonę najlepszego przyjaciela Włodka), arcybiskupa Rzycia czy... kota Wałęsę.

Żurawiecki sprawnie miksuje absurdy PRL-u, wątki literackie i popkulturowe, fakty historyczne i te będące jedynie wytworem jego wyobraźni. Wszystko to okrasza błyskotliwymi dialogami, z których co najmniej połowa jest puszczeniem oka w kierunku czytelnika. Żonglerki słowem, igrania formą i zabawy kontekstem jest tu zresztą co niemiara, czyta się więc Ustkę jednym tchem, jak jeden wielki dowcip rozpisany na 213 stron. Przednia to zabawa i niemała uciecha dla czytającego, pod warunkiem jednak, że ma sporo poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości i - co chyba najistotniesze w przypadku tej lektury - nie uznaje poprawności politycznej. Autor-narrator nie uznaje bowiem żadnych świętości, nie oszczędzając w swej ironii nikogo i niczego, począwszy od Boga i Ojczyzny, na sobie samym kończąc. Ot, groteska której nie powstydziliby się Mrożek czy Gombrowicz.

Anna Solak

  • Bartosz Żurawiecki
  • "Ach, Ustka! Wspomnienia starego idioty"
  • wyd. Seqoja

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026