Po takim filmie jak "Rzekę mam we krwi" chciałoby się wyłączyć opcję komentowania. W końcu nie ma nic lepszego niż ocena... matki, która w wersji "idealnej" (wciąż w wielu społecznościach pokutuje takie przekonanie) powinna być zawsze dostępna i poświęcać się dla rodziny. Czyli - przedkładać dobro innych ponad swoje. Decyzje matek oceniane są w kategoriach moralnych, więc mniej lub bardziej zwykłe (ale wciąż ludzkie) codzienne decyzje uruchamiają zawsze silne emocje społeczne. Przykłady? Można mnożyć. A jeśli coś zadzieje się na arenie sportowej i np. zginie znany rodzic-himalaista, czytamy, że "sam się o to prosił". Wierzyć się nie chce.
Na szczęście Mariann Sæther nikt (przynajmniej w filmie) nie ocenia. Głos w dokumencie najczęściej zabiera sama kajakarka, ale reżyserka Barbora Hollan pozwala wypowiedzieć się również jej partnerowi, ojcu dzieci. Ten nie ukrywa swoich obaw, kiedy kobieta decyduje, że spróbuje spełnić swoje marzenie na Islandii i spłynie wodospadem Aldeyjarfoss. Pokonanie go - a wielu przypłaciło go poważnymi kontuzjami (jeśli nie śmiercią), uchodzi za jedno z bardziej spektakularnych osiągnięć w dziedzinie kajakarstwa. Te trudne, ale zawsze rzeczowe, spokojne i bezpretensjonalne rozmowy toczą się zazwyczaj bez dzieci. Albo - uwaga, kiedy Mariann jest w ciąży z drugim z nich, bo przez cały czas stara się godzić role matki i kajakarki.
Hollan znalazła w filmie czas również tylko dla Rona, partnera kajakarki, który wyznaje, że w ich życiu brakuje domowej harmonii - ale z idealną panią domu zanudziłby się na śmierć. I pewnie nie żartuje. Bo opowiada o tym, pakując swoją paralotnię do samochodu... Ja sama właśnie tak wyobrażam sobie zdrowe partnerstwo. Bo Ron też zajmował się dziećmi i nie tylko wtedy, kiedy Mariann nie było (maluchy to przeżywały, Hollan tego nie ukrywa), samodzielnie budował ich dom, bo nie mieli pieniędzy na ekipę, pracował zawodowo i jeszcze w tym chaosie szukał czasu tylko dla siebie. Oczywiście nie jest to łatwe, bywa wyczerpujące i frustrujące. Ale zawsze byli w tym razem, choć czasem fizycznie osobno.
Ważną rolę w "Rzekę mam we krwi", ale również życiu Sæther, pełnią też jej sportowi partnerzy. Wzruszyła mnie scena, w której zapewniają przyjaciółkę, że godzą się z każdą jej decyzją i że wcale nie musi decydować się na pokonanie Aldeyjarfoss. Ich cierpliwość, całkowite zrozumienie w oczekiwaniu, aż Mariann samodzielnie zdecyduje się na podjęcie próby spełnienia marzenia czy też na powrót do domu, jest jedną z piękniejszych, jakie w ostatnim czasie widziałam na ekranie.
Hollan zabiera widzów do domu Mariann Sæther, do pracy i nad rzekę. Taka podróż była niezbędna, inaczej nie pokazałaby złożoności sytuacji, w jakiej znalazła się kajakarka. Kobieta spełniona rodzicielsko, ale wciąż tęskniąca za rzeką i rywalizacją. Dwukrotna mistrzyni świata, która wiedząc, że się starzeje, że nie ma już czasu i siły na tyle treningów jak kiedyś, próbuje spełnić jeszcze to jedno marzenie...
Biliście się kiedyś z jakąś myślą/wyzwaniem aż przez dwadzieścia lat? I wiedzieliście, że dłużej nie możecie czekać? Chcieliście kiedyś czegoś tak bardzo, że musieliście przepracować ogromny strach i niepewność, żeby móc się rozwijać dalej? Wyzwanie sportowe (ale też macierzyńskie, partnerskie, po prostu ludzkie), przed jakim stanęła Sæther należy do tych ekstremalnych. Ale czy Ty sama albo ktoś obok Ciebie nie mierzy się codziennie z czymś zgoła podobnym? Bo marzyć można przecież o różnych rzeczach i nie mieć w tym oparcia. Dla niejednej z nas, w końcu bohaterką filmu jest kobieta, marzeniem może być... (nie)zwyczajne wyjście do kina.
Monika Nawrocka-Leśnik
- "Rzekę mam we krwi"
- reż. Barbora Hollan
- Kino Muza
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026