Kultura Poznań.pl

Festiwale

opublikowano:

Fantastyczne miejsce spotkań

- Nie wyobrażamy sobie braku Pyrkonu, tej atmosfery. Wierzę, że głód, który narośnie w tym roku, eksploduje w przyszłym - mówi Jakub Orłowski*, jeden z organizatorów odwołanego w tym roku z powodu pandemii Festiwalu Fantastyki Pyrkon.

.
Młody fan Pyrkonu na bloku dziecięcym, fot. materiały prasowe Pyrkonu

Pierwszy Pyrkon odbył się 20 lat temu w roku 2000. Dzisiejsi nastoletni fani i uczestnicy festiwalu chyba nie wiedzą, jak to się zaczęło.

Pierwsza inicjatywa miała miejsce nawet rok wcześniej. W 1999 roku stowarzyszenie Druga Era zorganizowała Dzień z Fantastyką w nieistniejącym już Domu Kultury "Słońce". Nie było wtedy żadnej kampanii reklamowej, internet działał "na węgiel", a mimo to frekwencja bardzo wszystkich zaskoczyła. Spodziewano się około 50 osób, przyszło 500. Zainteresowanie spowodowało, że zaczęto szukać innego miejsca dla sympatyków fantastyki. Na kolejna dekadę udało się pozyskać, jako partnera, szkołę nr 21 przy ul. Łozowej na Dębcu. Impreza została rozszerzona na dwa dni. Podjęto też decyzję co do nazwy.

Pyrkon miał być nazwą tymczasową.

W naszym słowotwórstwie kierowaliśmy się dwiema zasadami - musiała być końcówka "kon" od konwentu fantastyki, a początek nazwy miał określać lokalizację imprezy. Do dziś funkcjonują np. Gostkon w Gostyniu, Pilkon w Pile, czy Kopernikon w Toruniu. U nas padło na poznańską pyrę. Na początku było trochę kręcenia nosem, że jak to "od ziemniaka", ale impreza chwyciła od razu i tak zakorzeniła się w środowisku, że nikt już potem nie śmiał tknąć tej nazwy. Lubimy ją, podkreślamy w ten sposób, że jesteśmy z Poznania, jest swojska, nawiązuje do gwary. Nasi zagraniczni goście i uczestnicy nie mają problemu z wypowiedzeniem słowa Pyrkon. Czasem tworzą się śmieszne sytuacje, bo tłumaczymy im to jako "Potatokon".

Festiwal stworzyli ludzie, dla których fantastyka była pasją.

Była to inicjatywa ówczesnych studentów, którzy chcieli podzielić się swoim hobby. Brakowało miejsca, w którym można się spotkać, poznać nowych ludzi, którzy mają te same pasje, powymieniać uwagi, doświadczenia. Nie było jeszcze powszechnie dostępnego internetu, więc spotkania były jedyną okazją do poznania nowości wydawniczych, filmowych, gier. Budowały się relacje między ludźmi. Pyrkon po dziś dzień, mimo ery internetu, spełnia taką rolę, stąd nasze hasło "Fantastyczne miejsce spotkań". Mimo rozwoju telekomunikacji, nie jest ona w stanie zastąpić żywego spotkania z drugą osobą. Wiele osób spotyka się raz w roku właśnie na Pyrkonie. Poza tym mieliśmy coraz ciekawszy program, pojawiały się nowe wydawnictwa, fantastyka przeszła z "piwnicy" do mainstreamu. Tak samo Pyrkon z hermetycznej imprezy dla nerdów przekształcił się w jeden z największych festiwali w Europie. Jest w stanie przyciągnąć każde grono odbiorców fantastyki.

Jak lokujecie się w porównaniu z innymi konwentami fantastyki na świecie?

Jeśli chodzi o frekwencję, to do Stanów Zjednoczonych się nie porównujemy. To ojczyzna popkultury, olbrzymi rynek 300 milionów ludzi. Mają więcej imprez, choć w zupełnie innej formule, zaplecze w postaci Hollywood, lepszy dostęp do gwiazd, inne budżety. Odróżnia nas sposób organizacji wydarzenia i konsumpcji treści. Duża część imprez na zachód od Pyrkonu odbywa się w formule comiconowej, to znaczy jest niewiele punktów programu, są za to spotkania z wielkimi gwiazdami, interakcja z publicznością jest dość ograniczona, a pewne wydarzenia są dodatkowo płatne, np. autografy i zdjęcia z autorami. W Polsce doszliśmy do innego rozwiązania. Jeśli zapłaciłeś za wejściówkę, to wszystkie atrakcje są w cenie, jest więcej spontaniczności. Amerykanie, którzy nas odwiedzają są generalnie w dużym szoku, że można być tak otwartym na uczestników, nie odgradzać ich kordonem. Jeśli chodzi o Europę, to jesteśmy chyba jednym z większych wydarzeń tego typu. Większym są na przykład targi gier planszowych w Essen, ale chodzi tam głównie o to, aby wydawcy gier mogli spotkać się z projektantami. Oczywiście zwykły gracz też może przyjść, lecz to głównie impreza skierowana na networking, nowe relacje. Jest też impreza we Włoszech - Lucca, która dzieje się w całym mieście, trudno jest więc oszacować liczbę uczestników. W takiej formie jak nasza jesteśmy z pewnością jednym z największych festiwali fantastyki na naszym kontynencie.

Jednym ze znaków rozpoznawczych Pyrkonu są Gżdacze - armia wolontariuszy w pomarańczowych koszulkach. Podczas festiwalu można ich spotkać na każdym kroku, zawsze chętni do pomocy.

Gdżdacze przez te wszystkie lata wytworzyli własny mikroklimat, subkulturę, w której się poruszają, porozumiewają własnym slangiem. Lubią to, co robią. Gżdacze, którzy kończą swój dyżur i mogą już być zwykłym uczestnikiem, nie zdejmują swojej pomarańczowej koszulki, dobrze się bawią, robiąc coś dla innych.

Nazwa ich subkultury pochodzi od postaci stworzonej przez Macieja Wojtyszkę.

Tak, Gdżdacz to mały, mobilny pomocnik, dobry duch. To słowo, w przeciwieństwie do "Pyrkonu", sprawia kłopoty gościom z zagranicy, którzy używają określenia volunteer lub helper.

Od 2011 roku Pyrkon zagościł na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Od tego czasu, co roku notowaliście znaczny przyrost liczby uczestników, a w 2019 roku przekroczyliście 50 tys. Czy to już sufit?

Jestem przekonany, że możemy jeszcze pobić ten rekord frekwencyjny. Być może ze względu na zaistniałą sytuację pandemiczną potrwa to trochę dłużej. Mamy pewne ograniczenia wynikające z możliwości obiektów na targach, które nie są gumy. Ogranicza nas też rozsądek, dbałość o bezpieczeństwo uczestników. Według ostrożnych szacunków maksymalny pułap to około 70 tys. uczestników. Są oczywiście większe imprezy na MTP, na przykład Motor Show, które notuje nawet 120 tys. uczestników, ale tam ludzie przychodzą na kilka godzin. Na Pyrkonie, gdy ktoś przyjdzie w piątek, wychodzi w niedzielę. W sercu Poznania wyrasta de facto małe miasteczko, które musi jeść, pić, spać, a przede wszystkim bawić się.

W 2020 roku Pyrkon po raz pierwszy nie odbędzie się, jak wiele innych imprez, a wszystko przez pandemię. Jak się w tej sytuacji odnajdujecie?

Wypłynęliśmy na nieznane wody, bo taka sytuacja rzeczywiście nigdy w historii Pyrkonu nie miała miejsca. Niestety brak jasno sprecyzowanej wizji na szczeblu rządowym powoduje, że tak naprawdę nie wiemy, co będzie się działo w maju przyszłego roku. Czy wrócą obostrzenia, czy będzie możliwa organizacja tak dużych przedsięwzięć? Lockdown, przeniesienie Pyrkonu i odcięcie nas w tym roku od dochodów jest bolesne, ale wiele wskazuje na to, że jeśli sytuacja pozwoli na powrót w dotychczasowej formule i frekwencji, to wszystko skończy się dla nas dobrze. Jesteśmy w stałym kontakcie z Wydziałem Kultury Urzędu Miasta Poznania. Otrzymaliśmy dotację z Narodowego Centrum Kultury na przygotowanie nowego projektu pod nazwą Cyfrowa Biblioteka Fantastyczna, a efekty tej pracy będzie można zauważyć na przełomie lipca i sierpnia. Pracujemy też na projektami we współpracy z partnerami, którzy zazwyczaj wspierają nas w organizacji Pyrkonu, nad pewnymi działaniami, które zaistnieją w formie online. Na razie nie mogę więcej powiedzieć, ale jeśli ten projekt wypali, to będzie to naprawdę coś fajnego, innowacyjnego na polskim rynku. Staramy się nie załamywać, robić kolejne projekty i może nawet za 5 czy 10 lat stwierdzimy, że dzięki lockdownowi wprowadziliśmy wiele zmian, o których wcześnie byśmy nie pomyśleli lub przekładalibyśmy na później. Być może, oprócz tradycyjnych działań festiwalowych offline, na stałe pozostaną z nami działania online wypełniające czas między jednym a drugim festiwalem. Przez 20 lat organizacji Pyrkonu wszystkiego uczyliśmy się zawsze sami, na własnych błędach.

Jeśli obostrzenia dotyczące imprez masowych, festiwali, utrzymałyby się dłużej, czy rozważycie organizację Pyrkonu nieco "zubożonego"?

Obserwujemy, w jakim reżimie sanitarnym odbywają się inne imprezy. Papierkiem lakmusowym dla nas będzie PGA - impreza nieco mniejsza, ale o podobnej skali. Zobaczymy, jak oni przez to przejdą, jaka będzie frekwencja. Niestety będziemy musieli się też zmierzyć z kryzysem gospodarczym i spadkiem dochodów wśród naszych uczestników. Problem dotknął wielu branż, w tym naszą, eventową, o której rząd chyba zapomniał, że istnieje. I nie chodzi o same agencje, wykonawców, ale o ludzi zapewniających obsługę techniczną. Są obawy, że wiele imprez, festiwali może nie przetrwać, szczególnie mniejszych, które nie mają zaplecza sponsorskiego. Odbudowanie tego potrwa lata. Liczymy, że pomóc tej sytuacji mogą środki rządowe i samorządowe. Tańszym rozwiązaniem dla państwa i samorządu byłoby utrzymać te wydarzenia finansowo przez rok czy dwa lata, niż pozwolić im upaść i potem budować nowe marki od zera, bo to praca kosztowna, długotrwała.

Widać na przykładzie Pyrkonu, jak długo trwa tworzenie marki i jednocześnie jak bardzo to potem procentuje, dlatego warto chronić wypracowane marki.

Zgadza się. Na Pyrkon ludzie jadą w ciemno, nie znając jeszcze programu, ponieważ znają nas, mają zaufanie, nigdy się nie zawiedli. Nie zdarza się taka sytuacja w przypadku nowej, nieznanej marki.

Widać, chociażby na portalach społecznościowych, że fani was nie opuścili.

To dla nas duży wiatr w żagle, bo robimy to dla nich. Wkładamy w to dużo serca. Staramy się, żeby ogień fanowski nie zgasł.

Cały czas można kupować bilety i karnety na przyszłoroczny festiwal.

Sprzedaż jest otwarta, bilety i karnety zakupione na ten rok są ważne na edycję 2021. Zachęcamy do zakupu, bo dla nas to ważna pomoc od fanów. Staramy się uratować jak najwięcej z naszej tegorocznej pracy, ale sporo rzeczy będziemy musieli wykonać od początku. Nie wyobrażamy sobie braku Pyrkonu, tej atmosfery. Wierzę, że głód, który narośnie w tym roku, eksploduje w przyszłym.

Rozmawiał Mateusz Malinowski

*Jakub Orłowski - Brand Manager Festiwalu Fantastyki Pyrkon związany z wydarzeniem od 2010 roku. Fan fantastyki z 20 letnim stażem. Wielki szczęściarz, który połączył hobby z życiem zawodowym.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020