Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

FESTIWAL MALTA. Od zadumy do zdarcia gardeł

Dwa finałowe dni 36. edycji Malta Festival od strony muzycznej były zderzeniem gatunków, odmiennych typów energii i nastrojów. Surowe i chłodne (aż nazbyt!) wnętrze hali MTP dało wytchnienie od ekstremalnych upałów, a zaproszeni muzycy zgodnie z hasłem Festiwalu grali "Za miłość!" - do ekspresji, sztuki i jej odbiorców. Gardła bolą nie tylko od klimatyzacji, nogi  nie tylko od twardej posadzki. Na pochwałę zasługuje nie tylko lineup i koncertowa forma zaproszonych artystów, ale też efektowna oprawa wizualna wydarzenia.

Wokalista łapie fankę za rękę śpiewając. - grafika artykułu
King No-One, fot. Amelia Dziemidzionek

Gorączka sobotniej nocy nie mogłaby być brana bardziej dosłownie. Organizatorzy Malty postanowili więc ją zbić, nie tylko zapraszając do klimatyzowanego wnętrza hali MTP, ale też łagodząc obyczaje i objawy szoku termicznego muzyką, która raczej zachęcała do wzruszeń i kontemplacji niż nieco agresywniejszych form wpólnego przeżywania widowiska. Tego wieczora zagrali bowiem Beirut, Charlie Cunningham oraz Efterklang, czyli muzycy, których twórczość moglibyśmy określić jako - posługując się tym szerokim i dość nieprecyzyjnym określeniem - nastrojową. Wieczór, co zaskakuje, otworzył Efterklang. Wielopłaszczyznowe, łączące nowoczesną elektronikę z południowymi pieśniami ludowymi, rozciągane na wiele minut kompozycje wprowadzały w trans, ale muzycy zawsze gotowi byli na woltę, bez ostrzeżenia wprowadzając elektryczną gitarę. Trudno mi mówić o konkretnych utworach, wszystko to tworzyło jedną hipnotyzującą całość. Szkoda tylko, że podczas pierwszego sobotniego koncertu było jeszcze dość pusto, co tylko eksponowało ponurą surowość i liminalność hali.

Charlie Cunningham, który wszedł na scenę po Duńczykach, to definicja łagodnego brzmienia - gitarowe aranżacje sprowadziły nas z transcendentalnych wyżyn na łagodne, zielone równiny codzienności (z małymi pagórkami) rodem z tapety z Windowsa XP. Czym uraczył nas muzyk? Oczywiście polskim "Witam" (oklaski), a potem poprzedzonym długą gitarową solówką "Telling it Wrong". Zagrał m.in. "Bite", "Happening Lately" czy "Headlights". Podczas jego występu frekwencja wzrosła, z czego skorzystał Beirut, czyli Zach Condom, mistrz blendowania folku z poezją i subtelnym rockiem, który w połowie lat 00. rozbłysnął na scenie folk-rockowej świetnie przyjętym albumem "Gulag Orkestar". Sobotni koncert udowodnił, że jego gwiazda świeci dalej.

Gwiazdą niedzieli była również kapela Two Doors Cinema, rockowy zespół z Irlandii, doskonale znany fanom muzyki indie i uczestnikom festiwali pod chmurką. Występ na Malcie był jednym z wydarzeń jubileuszowych, podczas którego muzycy świętują 15-lecie "Tourist History". O tym, jak Cinemani potrafią porwać tłumy powiedziano już naprawdę wiele. Dlatego nie będę dokładał kolejnej cegiełki do tego monumentu, pochwalę natomiast oprawę wizualną koncertu, która bazowała m.in. na wspominkowych materiałach archiwalnych zespołu, filmach ukazujących stare kina z neonowym napisami i tablicami z repertuarem oraz miejskich impresjach. Wszystko to skąpane w intensywnej czerwieni i innych wyrazistych barwach robiło duże wrażenie.

Jednak już kilka godzin przed Two Doors Cinema wiedzieliśmy, że ta noc będzie zupełnie inna od poprzedniej. Wieczór otworzył bowiem zaskakująco dobry, podnoszący ciśnienie jak nerwy i papierosy, ale tym razem w pozytywnym sensie, zespół King No-One z Leeds. Skład, choć znany z indie rocka, tym razem epatował pop-punkową energią potęgowaną przez potężne gitary (do akustyka: czy przypadkiem nie było nieco zbyt głośno?). Zespół, który dał się poznać w roku 2020 świetnym earwormem "Roll of the Dice", wypuścił właśnie bez wsparcia wytwórni swój pierwszy krążek "The Burden of Empathy", który - czym pochwalił się charyzmatyczny i kradnący serca fanek Zach Lount - dotarł do 29. miejsca UK Charts. Zarówno lider kapeli, jak i basista Rob Gration zachwycali obyciem scenicznym i rockandrollowym sznytem. Podczas gdy wokalista wywijał stojakiem od mikrofonu niczym śmigłem helikoptera, gitarzysta o wizerunku angielskiego bad boya szalał w charakterystycznym, kilka rozmiarów za dużym białym dresie. Lount potrafił złapać bliski kontakt z publicznością - i to dosłownie, łapiąc dziewczyny z pierwszego rzędu za rękę (ale nie wszystkie na raz).

Równie dobrze co angielska kapela wypadł zespół Kacperczyk. Braci wspierał zespół, dzięki czemu ten pop-rap nabrał rockowej mocy. Takie występy są w cenie kiedy legendy gatunku, jak Sokół, dukają z promptera, co ostatnio wywołało aferę w środowisku. Występujący w charakterystycznych zbyt szerokich garniturach muzycy przypominali nam czasy, gdy na scenach królowała Republika. Usłyszeliśmy najważniejsze utwory braci Macieja (wokal) i Pawła (perkusja) z albumów "Kryzys Wieku Wczesnego", "Pokolenie Końca Świata" i "Wszyscy Jesteśmy Kacperczyk", czyli m.in. "Jakbym zjadł mentosy i popił je colą", "Pokolenie Końca Świata", "Artysta z ASP", "Wszyscy Jesteśmy Kacperczyk" czy "Moja Wina". Zaskoczeniem, przynajmniej dla mnie, okazał się "Syn okiennika", w którym artystów w wersji singlowej wspierał Artur Rojek, czy też hymn Męskiego Grania 2024 "Wolne duchy", w oryginale wykonywany z Mrozem i Darią Zawiałow. Wokalista elektryzował fanów. Posłuch, jaki zdobył wśród zebranych na hali udowadnia, że owszem, "braciaki to najlepszy boysband w Polsce", ale także movement. Sceniczny temperament Macieja, który palił setki kalorii w dynamicznym tańcu, udzielał się słuchaczom, z których sporo na koncert przyszło w koszulkach krzyczących wielką czcionką: "WSZYSCY JESTEŚMY KACPERCZYK". W końcowej części koncertu wokalista-raper z dumą ogłosił, że najnowszy album o takim właśnie tytule pokrył się złotem. Gdy późnym wieczorem wychodziliśmy z MTP czerwony księżyc był niemalże w pełni. Ładunek emocji, które wynieśliśmy z hali, dodatkowo utrudniał zaśnięcie.

Jacek Adamiec

  • Malta Festival - koncerty:
  • Efterklang, Charlie Cunningham, Beirut (27.06)
  • King No-One, Kacperczyk, Two Door Cinema Club (28.06)

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026