"Żenuje mnie coś takiego. Sądzę, że po prostu przestanę grać i koniec" - mówił jeszcze trzy lata temu w wywiadzie dla Onetu, pytany o możliwość zagrania pożegnalnego cyklu koncertów. Parę tygodni temu przyznawał jednak na antenie TVN 24: "Na początku roku odzyskałem trochę energii. (...) W amoku jakimś i przypływie tej energii wpadłem na taki pomysł, że zadzwonię i dopytam, czy ktoś by mi nie zrobił koncertu. W trzy dni załatwiłem 16. (...) Wybierałem miejsca, które darzę jakimś sentymentem, które były dla mnie ważne przez te 43 lata grania". W ten sposób powstała idea pożegnalnej trasy koncertowej Lecha Janerki, która będzie miała też swój poznański akcent. Oczywiście niektórzy słuchacze i obserwatorzy sceny muzycznej wątpią w to, czy rzecz nie jest tylko marketingowym chwytem. Janerka zapewnia jednak, że to ostateczna decyzja. Że nie chciałby się stać własną karykaturą oraz koncertować na siłę. W dodatku z uwagi na problemy z kręgosłupem grywa ostatnio głównie na siedząco (doświadczyła tego niedawno m.in. publiczność pożegnalnego koncertu w Jarocinie), co też jest dla niego niemałym dyskomfortem. Wygląda więc na to, że przed nami naprawdę historyczne chwile - i (być może) ostatni koncert w Poznaniu jednego z najważniejszych twórców w historii polskiego rocka. Jakimś promykiem nadziei jest fakt, że możemy liczyć na nowe nagrania studyjne, ale czy na pewno zostaną wydane - czas pokaże.
Gdyby chcieć w symbolicznym ujęciu ukazać znaczenie Janerki dla polskiej sceny muzycznej, wystarczyłoby wspomnieć, że jego pierwszy album nagrany w 1984 roku z własnym zespołem Klaus Mitffoch - i tak też zatytułowany - znajdował się (i do dziś znajduje) w ścisłej czołówce licznych plebiscytów na najlepsze płyty w dziejach polskiego rocka. Nie mniej doceniany był opublikowany dwa lata później, czyli dokładnie 40 lat temu, krążek "Historia podwodna" - pierwsze solowe dzieło Janerki. Symboliczną klamrą tej historii są niezwykłe sukcesy, jakie przyniosła mu ostatnia (póki co), wydana w 2023 roku płyta "Gipsowy odlew falsyfikatu". Opublikowana 18 lat (!) po poprzednim krążku, została rewelacyjnie przyjęta, przynosząc autorowi m.in. pięć nagród Fryderyka oraz tytuł krążka roku zdaniem wielu mediów zajmujących się muzyką rockową. Znaczenie Janerki dla polskiej sceny muzycznej to jednak nie tylko symboliczne czy spektakularne sukcesy. To przede wszystkim jedyna w swoim rodzaju autorska formuła, na którą składają się znakomite teksty - inteligentne, wyrafinowane, często będące wyrazem zabawy słowem, oraz bardzo oryginalna konwencja muzyczna - i kompozytorska, i wykonawcza, która mając swe źródło gdzieś w stylistyce nowofalowej, na nowo ją uaktualnia, wzbogacając elementami innych nurtów. Swą wyrazistość buduje ona głównie na współbrzmieniu świetnej gitary basowej lidera z elektryczną wiolonczelą, na której gra jego żona Bożena. Co być może najważniejsze: to wzorcowy przykład artysty (tak, wiem, sam Janerka nie lubi tego słowa, ale jest ono odpowiednie) niepokornego, niezależnego, lekceważącego mody, trendy i zasady obowiązujące w polskim "szołbiznesie". I być może również dlatego tak ważnego dla wielu innych twórców i słuchaczy.
Lech Janerka mówi o 43 latach na scenie. Nie bierze więc pod uwagę wcześniejszych występów z żoną na festiwalach piosenki studenckiej (były takie). Za właściwy początek historii uważa wspólne dokonania z Klausem Mitffochem. Pierwszym znaczącym sukcesem grupy był udział w ówczesnym Ogólnopolskim Turnieju Młodych Talentów. W rozmowie, którą przed laty miałem okazję (wspólnie z Ewą Obrębowską-Piasecką) z nim przeprowadzić dla "Czasu Kultury", mówił o tym doświadczeniu z typowym dla siebie dystansem: "Pojechaliśmy tam, bo można było instrumenty wygrać. Śmieję się, że jestem winny piwo Dezerterowi, bo dzięki temu, że oni nie przyjechali [na finałowy koncert - przyp. red.], my wygraliśmy". Odrobina kokieterii potwierdzająca fakt, że Klaus Mitffoch wspólnie z grupą Azyl P. (kto dziś pamięta ten zespół?) został laureatem konkursu i... wkrótce usłyszał o nim cały kraj.
Ta historia mogła się jednak nie wydarzyć, gdyby nie stan wojenny. Klaus Mitffoch działał amatorsko od końca lat 70., ale jego lider - pracujący na co dzień jako fotograf - postanowił w grudniu 1981 roku wyjechać na stałe do Stanów Zjednoczonych. We wspomnianej rozmowie dla "Czasu Kultury" opowiadał o tym tak: "Mój brat się żenił 12 grudnia. Mówi do mnie: »Może się już nie zobaczymy, przełóż wyjazd o tydzień«. No i przełożyłem. I zostaliśmy z wyprzedanymi meblami... Po jakimś miesiącu przyszedł któryś z ludzi z Klausa i mówi: »Słuchaj, i tak się nic nie dzieje, grajmy przynajmniej«". I tak, dzięki nieprzewidzianym kaprysom losu, narodził się jeden z najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka. Jego historia była krótka, za to niezapomniana. A tuż po rozwiązaniu Klausa jego lider rozpoczął jeszcze ważniejszą, jeszcze świetniejszą, solową karierę.
Wybitną intelektualną i muzyczną formę potwierdzały kolejne nagrywane przez niego płyty: te nieco lżejsze - jak "Piosenki", rockowo bezkompromisowe - jak "Bruhaha" czy niosące mniej optymistyczne przesłania, mniej łagodne brzmieniowo - "Ur" oraz "Dobranoc". Gdy na początku tego wieku wydał fantastyczne, wielobarwne, skrzące się pomysłami muzycznymi i tekstowymi "Fiu fiu", a trzy lata później słynne "Plagiaty" z nie mniej słynnym "Rowerem", nikt się chyba nie spodziewał, że na kolejny krążek trzeba będzie czekać tak długo. Było warto, bo "Gipsowy odlew falsyfikatu" to album wybitny. W tak zwanym międzyczasie spotkała nas - jak to u tego twórcy - kolejna przygoda niebanalna. Znakomici rockowi basiści, Małgorzata Tekiel oraz Piotr Pawłowski, wymyślili i zrealizowali niezwykły album "Janerka na basy i głosy", na którym hołd artyście (zgodnie z tytułem z użyciem wyłącznie gitary basowej i głosu) składali m.in. Marcin Świetlicki, Wojciech Waglewski, Katarzyna Nosowska, Pablopavo. A potem nastąpił, jakże oczekiwany i bez dwóch zdań wybitny, "Gipsowy odlew falsyfikatu"...
We wspominanej już rozmowie opublikowanej w "Czasie Kultury" w roku 1997 Lech Janerka, odnosząc się do własnego krążka "Dobranoc", mówił: "Puentą płyty jest dwuwiersz: »Apatia to żaden grzech / gdy wszystko zmienia się w kesz«. Ja jestem zniechęcony. Skończyły się w Polsce takie czasy, że ludzie starali się nagrywać płyty, które coś więcej znaczą. (...) W tej chwili zaczęło się mizdrzenie do publiczności na dużą skalę". Cóż moglibyśmy odpowiedzieć na to wyznanie blisko trzy dekady później?
Tomasz Janas
- Lech Janerka, ostatni koncert w Poznaniu
- 5.09, g. 19.30
- Dziedziniec Zamkowy
- bilety
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026