Tytuł wystawy wydaje się nieść wiele znaczeń. Jaka jest jego historia?
Z Centrum Kultury Zamek współpracowałam już wcześniej - byłam zaangażowana w przygotowanie przynajmniej dwóch wystaw. Pierwsza była poświęcona twórczości Marii Sibylli Merian (niemiecko-holenderska entomolożka oraz malarka - przyp. red.), lecz do jej realizacji ostatecznie nie doszło. Drugi projekt, "Botaniczne poszukiwania", dotyczył współczesnej sztuki botanicznej. Rok czy dwa lata temu Zamek ponownie zwrócił się do mnie z propozycją przygotowania ekspozycji poświęconej szeroko rozumianej naturze. Temat ten doskonale wpisuje się w moje aktualne poszukiwania artystyczne i naukowe. Pamiętam, że z całą mocą pojawiły się one właśnie podczas pracy nad wystawą o twórczości Merian. Czytałam wówczas wiele o tempie wymierania gatunków i postępującej degradacji środowiska. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Właściwie jaki jest sens naszego rozwoju technologicznego, skoro nie potrafimy zapobiec wymieraniu gatunków? To przecież my doprowadziliśmy do tej sytuacji, a jednocześnie wciąż nie potrafimy znaleźć skutecznych mechanizmów, które mogłyby ten proces zatrzymać.
Początkowo wystawa miała nosić tytuł "Ludzie versus nieludzie". Zależało mi na tym, aby zbudować wystawę problemową, bo właśnie takie interesują mnie najbardziej. Chciałam pokazać pewne aspekty natury w sztuce od XVII wieku aż po współczesność. Punktem wyjścia jest fenomen zielnika, czyli zatrzymania natury. Zielnik jest miejscem, w którym naturę zabezpieczamy, przechowujemy, badamy i inwentaryzujemy. Dla wielu gatunków staje się ostatnim miejscem ich istnienia. W dawnych zielnikach znajdziemy staranne opisy i rysunki, dlatego są one swego rodzaju pamięcią wizualną i źródłem wiedzy o gatunkach, które często już zniknęły. Mam wrażenie, że dziś cały świat staje się takim zielnikiem - miejscem, które ma coraz mniej wspólnego z "naturalną naturą". Ten proces dokonuje się na naszych oczach i jest niezwykle niepokojący. Na szczęście tworzymy parki narodowe, dzięki którym wciąż możemy doświadczać natury dzikiej, prawdziwej, niezniszczonej, jeszcze niezadeptanej i niewyeksploatowanej przez człowieka.
Dobrym duchem wystawy jest wspomniana już Maria Sibylla Merian...
To kobieta, która absolutnie mnie fascynuje. Swoją postawą wyprzedziła epokę. Stworzyła własny interes, założyła sklep z farbami w Amsterdamie, publikowała i tworzyła. Co więcej, zrobiła coś, co w tamtych czasach było właściwie nie do pomyślenia - wyjechała do Surinamu wyłącznie z córką, bez towarzystwa mężczyzn, i prowadziła tam badania. Pod koniec XVII wieku odkryła czteroetapowy cykl rozwojowy owadów. Wcześniej obowiązywała arystotelesowska teoria i przekonanie, że owady powstają z gnijących części roślin, mięsa czy z ziemi. Co ciekawe, dopiero od 20-25 lat obserwujemy tak wyraźny wzrost zainteresowania jej twórczością i jej osobą. I bardzo dobrze - Merian przełamywała wszystkie schematy swojej epoki.
W marcu tego roku, podczas pracy nad inną moją wystawą w krakowskim Muzeum Manggha, poznałam niezwykłego kolekcjonera, profesora psychiatrii Krzysztofa Krajewskiego-Siudę, który gromadzi atlasy oraz karty botaniczne i entomologiczne. Jest to jedyny tego typu zbiór w Polsce - nie znam drugiej podobnej kolekcji. Profesor zgodził się wypożyczyć nam aż 35 prac, z czego blisko 20 stanowią miedzioryty Merian z jej trzech najsłynniejszych albumów.
Czyje prace zobaczymy ponadto?
Kolejną istotną postacią jest Elisabeth Blackwell - pokażemy jej słynny zielnik, wypożyczony z Muzeum Farmacji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Aby zarobić na życie, utrzymać dzieci i wydostać z więzienia swojego męża, stworzyła publikację o praktycznym charakterze. Znalazły się w niej rośliny lecznicze i użytkowe. Zielnik publikowała w odcinkach, niczym XIX-wieczną powieść. W efekcie stał się bestsellerem XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii.
Przypominam także Henrykę Marię Beyer, która w pierwszej połowie XIX wieku, po śmierci męża, musiała utrzymać trzech synów. Dlatego też założyła w Warszawie szkołę dla dziewcząt, gdzie uczyła malarstwa, przede wszystkim kompozycji kwiatowych oraz przedstawień owadów, ptaków i roślin. Dzięki temu przez wiele lat z powodzeniem utrzymywała siebie i rodzinę.
Na wystawie pojawią się również inne kobiety, które wyróżniały się nie tylko wybitnym talentem, lecz także przedsiębiorczością oraz niezwykle praktycznym podejściem do życia. Interesujący dialog z ich twórczością podejmuje współczesna artystka, Katarzyna Makieła-Organisty, tworząc temperą żółtkową wyrafinowane kompozycje, będące także odległym echem japońskich kompozycji typu "tanzaku". Jeszcze inaczej ten dialog rozumie Kaja Mucha, malując mural.
Jakie wątki poprowadzą nas przez tę wystawę?
Zebrane materiały i sposób, w jaki o niej myślałam, złożyły się na cztery fenomeny. Pierwszy z nich to wspomniany już zielnik, który będzie de facto zwieńczeniem wystawy. Pokażemy między innymi najstarsze karty zielnikowe z XVII i XVIII wieku. Nie zabraknie również malarstwa holenderskiego - znakomitego przykładu fascynacji zjawiskiem tulipanomanii. Pojawią się także karty z zielnika Stanisława Wyspiańskiego, wypożyczone dzięki życzliwości Muzeum Narodowego w Krakowie.
Na wystawie zaprezentujemy również przedstawienia roślin i zwierząt wypożyczone z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. To studia kwiatów i zwierząt, które na początku XIX wieku służyły jako pomoc dydaktyczna. Pokażemy także prace z około 1900 roku z Dolnego Śląska, tworzone przez Józefa Langera dla jego uczniów. Mówię o tych zjawiskach, ponieważ wszystkie splatają się ze sobą i wzajemnie się dopełniają.
A jaką rolę w tej opowieści odgrywa sztuka japońska?
Zajmuję się dawną sztuką japońską oraz procesami transkulturowymi zachodzącymi pomiędzy Japonią i Europą. Na ekspozycji będzie można zobaczyć znakomite przykłady drzeworytów, a także malowidło typu "kachō-ga", czyli przedstawienie kwiatów i ptaków. To szczególny gatunek malarstwa, obecny w Japonii nie tylko w drzeworytach "ukiyo-e", lecz także w rzemiośle artystycznym. Najważniejsze są jednak przykłady tego, w jaki sposób Japończycy przedstawiali naturę. Szczególną postacią jest Watanabe Seitei - wybitny malarz i grafik, pierwszy artysta z Japonii, który przyjechał do Europy i przez rok lub dwa lata poznawał europejską sztukę.
Z Krakowa przywozimy również wyjątkowe malowidło "kakemono", czyli pionowy zwój z motywem kwiatów i ptaków - prawdziwe arcydzieło malarstwa - oraz drzeworyty tego artysty. To ważny punkt odniesienia, ponieważ sztuka japońska od lat 70. XIX wieku bardzo silnie oddziaływała na twórców europejskich. Patrząc na obrazy powstałe około 1900 roku, wyraźnie dostrzeżemy te inspiracje.
Ślady fascynacji kulturą japońską odnajdziemy też w sztuce polskiej.
Tak, trzecim fenomenem jest młodopolski krajobraz - młodopolskie spojrzenie na pejzaż i naturę. Każdy z artystów, których pokazujemy, pozostawał pod wpływem sztuki japońskiej. Dlatego zobaczymy między innymi pejzaże tatrzańskie Władysława Ślewińskiego i Leona Wyczółkowskiego, śnieżne, japonizujące kompozycje Leona Fałata oraz znakomity zespół prac Jana Stanisławskiego. Jego obecność na wystawie nie jest przypadkowa - pokażemy bowiem również krajobrazy Ukrainy.
Dawne dzieła spotkają się zatem z pracami współczesnych twórców. Dlaczego zależało Pani na takim zestawieniu?
Interesują mnie różne spojrzenia na naturę i różne sposoby jej przedstawiania. Do moich wystaw problemowych zawsze zapraszam współczesnych artystów. Nie wypożyczam gotowych prac - zachęcam ich do stworzenia dzieł specjalnie na potrzeby danej ekspozycji. Tym razem zobaczymy ponad dziesięć nowych realizacji, z których dwie wciąż powstają.
Pejzaże Jana Stanisławskiego zostaną zestawione z obrazami Adama Brinckena, przygotowanymi specjalnie na tę wystawę. To cykl ukazujący krajobraz zniszczony wojną w Ukrainie. Minimalistyczne, syntetyczne kompozycje Stanisławskiego w niezwykły sposób współgrają z dramatycznymi, abstrakcyjnymi obrazami współczesnego pejzażu naznaczonego bombardowaniami i zniszczeniem. W ten dialog wpisują się również kompozycje Michała Zawady i jego ptaki nad górami, które podejmują podobne problemy. To, co jest dla mnie najważniejsze w tego rodzaju wystawach, to fakt, że zawsze muszą być o czymś. Powinny dotykać tego, co dzieje się wokół nas, co jest na wyciągnięcie ręki i stanowi naszą rzeczywistość, nawet jeśli często staramy się o tym nie myśleć.
I w ten sposób dochodzimy do czwartego fenomenu, który...
...otwiera wystawę. Przewrotnie rozpoczynamy ją od rzeczywistości tu i teraz - od ciemnej przestrzeni, w której prace Wojciecha Sobczyka, Wojciecha Kopcia i kilku innych współczesnych artystów odnoszą się do zdegradowanego i zawłaszczonego świata natury, nieodwracalnie przekształconego przez człowieka.
Takich dialogów między sztuką współczesną a dziełami historycznymi jest znacznie więcej. Marcin Janusz maluje "Herbarium mirabile", Natalia Buchta odnosi się do podróży i zdobyczy kolonialnych. Prace te zostaną zestawione z kompozycjami Merian powstałymi podczas jej pobytu w Surinamie. Niezwykle przejmujące obrazy stworzył także Krzysztof Gil, artysta romskiego pochodzenia, który pracuje z pamięcią. Odwołuje się do wspomnień z dzieciństwa spędzonego w Nowym Targu - wypraw z babcią do lasu, zbierania jagód i wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie. W kulturze romskiej, która nie opiera się na piśmie, pamięć odgrywa szczególną rolę. To dzięki niej przekazywana jest wiedza o roślinach i ich znaczeniu.
Już przy wejściu na wystawę, na poziomie zero, gdzie znajdują się kasy i punkt informacyjny, widzów przywita przewrotna praca Mirosława Sikorskiego. Będzie ona swoistym komentarzem do wszystkiego, co zobaczymy dalej. Ale niech to pozostanie niespodzianką.
Rozmawiała Klaudia Strzyżewska
- "Świat jak zielnik"
- otwarcie: 5.09, czynna do 6.12
- CK Zamek
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026