Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

TŁUMACZ SIĘ TŁUMACZY. Przekład jest uważną lekturą

- Tłumacz nigdy nie śpi, zawsze słucha - mówi Krzysztof Majer, adiunkt w Zakładzie Literatury Amerykańskiej na Uniwersytecie Łódzkim, tłumacz literacki z języka angielskiego.

.
Krzysztof Majer, fot. archiwum prywatne

Jak to się stało, że zainteresował się Pan przekładem literackim? Co jest dla Pana istotą przekładu?

Mój przypadek nie jest chyba całkiem typowy, ponieważ do przekładu przyszedłem przez pracę na uczelni, a konkretniej przez literaturoznawstwo. Z literaturą stykam się tam właściwie bez przerwy, ogromną przyjemność sprawia mi rozbieranie jej na kawałki, wielokrotne czytanie tych samych tekstów, by lepiej zobaczyć, co sprawia, że tak dobrze (lub tak źle) działają. A przekład jest dla mnie właśnie czymś takim: przede wszystkim uważną lekturą, rozkładaniem tekstu jak mechanizmu na czynniki pierwsze, by potem znów go złożyć, ale już w obudowie innego języka - i najlepiej, żeby na podłodze czy na biurku nie zostało zbyt wiele części. Jeszcze ważniejsze jednak, żeby ten nowy mechanizm działał, chodził, zachowywał się tak jak tamten. Albo lepiej: żeby żył. To nieco frankensteinowska metafora, ale niech tak zostanie. Wciąż trzeba rozwiązywać jakieś problemy i trwać w wiecznej niepewności, czy dane rozwiązanie jest optymalne, czy na pewno wystarczy. Albo może się okazać, że wystarczy na teraz, chwilowo, ale kiedy już podłączy się gotową maszynę do prądu, coś się przepali i trzeba będzie wrócić do tego miejsca, poszperać, pogmerać, bo nagle okaże się, że jakiś czasownik, z którego tak się przed chwilą cieszyliśmy, powoduje zwarcie. I tak w kółko: robota trwa do ostatniej chwili, póki wydawca nie wyrwie nam tekstu z rąk. Zresztą ta niepewność wcale nie mija wraz z oddaniem tekstu, może nawet jeszcze się nasila, a po paru latach może nam się nawet wydawać, że powinniśmy ten tekst przełożyć od nowa... Albo że ktoś inny zrobiłby to lepiej. Oczywiście różne są tempa pracy, różna wydajność, ale zasadniczo jest to robota koronkowa, delikatna, dla cierpliwych i wytrwałych. A przede wszystkim dla tych, którzy naprawdę lubią czytać, bo dobry przekład, jak sądzę, bierze się z umiejętnego, uważnego czytania, i sam też - nieco to paradoksalne, ale chyba tak właśnie jest - wyostrza czytelnicze umiejętności. Mało kto czyta tekst tak wnikliwie jak tłumacz, bo też nie ma innego wyjścia, jeśli chce zrobić dobrą robotę.

Gdzie najbardziej lubi Pan tłumaczyć?

Najlepiej pracuje mi się w domu, przy własnym biurku. Z różnych przyczyn rzadko mam tyle czasu na przekład, żeby sobie pracę dozować. A że część tygodnia poświęcam pracy na Uniwersytecie Łódzkim, to staram się jak najpełniej wykorzystać dni "przekładowe". Więc choć najbardziej lubię pracę po południu, od 16 do - powiedzmy - 22, to siadam rano. Staram się pracować w kilkugodzinnych ciągach, z minimum przerw, albo z przerwami bardzo krótkimi. Zdarza mi się siedzieć długo w noc... tak, wiem, że tak się nie powinno. Ale wielu tłumaczy mówi, a ja potwierdzam, że wtedy, nieładnie rzecz ujmując, świat się od nas odczepia. Nikt nie dzwoni, nie hałasuje, nie przychodzi listonosz: wreszcie można skupić się na pracy.

A co pomaga Panu w pracy?

Pracuję zawsze przy muzyce, koniecznie instrumentalnej. Może być muzyka poważna, jazz, ambient, instrumentalny rock, post-metal, byleby bez wokalu, bo zawsze się na nim skupiam, choćby był w nieznanym języku: uwaga lepi się do słów. A tak, przy muzyce instrumentalnej, mam wrażenie, że obie półkule doskonale współpracują. Od lat świetnie sprawdzają mi się niektóre utwory Steve'a Reicha czy Johna Adamsa, ambientowe albumy Tima Heckera czy Loscila, elektroniczne krajobrazy Boards of Canada, Autechre czy Aphex Twina, gitarowe przestrzenie Godspeed You! Black Emperor (których niedługo będziemy mogli usłyszeć na żywo w Poznaniu) albo Labradford, a nawet przesterowa groza takiego, na przykład, Sunn O))). Nie słucham tylko wówczas, kiedy czytam ostateczną wersję tekstu, często na głos; wtedy muszę słyszeć wszystko i rozpraszają mnie najdrobniejsze rzeczy. No i oczywiście musi być kawa, herbata, jakieś ciepło w kubku, bez tego ani rusz.

Czy zdarzało się Panu tłumaczyć literaturę z polskiego na angielski?

Dla mnie osobiście, z oczywistych względów, przekład na angielski stanowi dużo większe wyzwanie. Angielski nie jest moim językiem ojczystym, więc już zawsze będzie zapośredniczony, wtórny, niepełny. Właściwie nie tłumaczę literatury na angielski, zrobiłem to dosłownie parę razy, na potrzeby konkursów literackich. Zdarzyło mi się przekładać listy pisarzy z polskiego na angielski, a więc materiały dokumentalne; tłumaczyłem też teksty krytyczne i teoretyczne. Chciałbym zająć się szerzej przekładem literatury polskiej na angielski, ale to chyba jednak sfera marzeń, bo ze słusznych powodów pole to obstawili naturalni użytkownicy języka angielskiego z wtórną albo równoległą znajomością polskiego. Tak jest chyba bezpieczniej.

Skąd tłumacz czerpie język swoich przekładów - z życia czy z literatury?

Zewsząd. Z wiadomości telewizyjnych, z rozmowy zasłyszanej w tramwaju, z wyliczanek zapamiętanych ze szkolnego podwórka, z monitu ze spółdzielni. Wszystko jest materiałem językowym, wszędzie może pojawić się aktualnie potrzebne słowo, właśnie w tym rejestrze językowym, w którym akurat pracujemy. By oddać złożoność świata, pisarz, a co za tym idzie i tłumacz, skleja przecież swój tekst z wielości różnych języków: typowych narracji literackich i kolokwializmów, ale i innych "dyskursów", np. medycznego, przyrodniczego czy urzędniczego. Dlatego tłumacz nigdy nie śpi, zawsze słucha. Powinien fascynować się językiem, jego różnorodnością - natychmiast wychwytywać różnice w jego zabarwieniu, widzieć miejsca, w których jakiś dyskurs przełamany jest innym: śmieszny zwrot, który wśliznął się do dętego urzędniczego pisma albo odwrotnie, zbyt sformalizowany fragment zwykłej towarzyskiej rozmowy. Ale nasz własny język, nasza własna pamięć, nie wystarcza - w końcu nasze doświadczenie świata jest ograniczone. Trzeba więc pytać innych, którzy znają się na tym, na czym my się nie znamy: "Tak byś powiedział? Tak jest naturalnie?"

Nad jaką książką Pan teraz pracuje?

Przygotowuję teraz dla Wydawnictwa W.A.B przekład Telegraph Avenue, dużej, panoramicznej powieści Michaela Chabona, znanego u nas m.in. ze Związku żydowskich policjantów (w przekładzie Barbary Kopeć-Umiastowskiej) i z Cudownych chłopców (w tłumaczeniu Andrzeja Jankowskiego). Rzecz dzieje się w Kalifornii, a dotyczy dwóch facetów w średnim wieku, którzy prowadzą sklep z używanymi winylami, specjalizując się w jazzie. Obaj mają sporo kłopotów rodzinnych, które w ciekawy sposób zazębiają się z kryzysem w pracy (na horyzoncie majaczy duża korporacja ze swoim salonem multimedialnym). Jak to u Chabona, jest dużo nostalgii, humoru, nieoczekiwanych zwrotów akcji jak z powieści przygodowej i barwnego języka, pełnego nawarstwionych, ryzykownych metafor. A najwięcej chyba jest muzyki, co dodatkowo przekonało mnie do tego, żeby się tym tekstem zająć. Zwłaszcza po ostatnim przekładzie, czyli przygnębiających, wojennych Depeszach Michaela Herra, czułem, że muszę popracować nad czymś lżejszym.

rozmawiała Anna Tomczyk

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018