Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

TŁUMACZ SIĘ TŁUMACZY. Jeszcze będziemy czytać Finów z wypiekami na twarzy

- Są książki bardzo trudne dla tłumacza, bo poruszające głębokie emocje, a kiedy żyje się z nimi bardzo intensywnie przez kilka miesięcy, nie można się od nich tak do końca uwolnić jeszcze jakiś czas po skończeniu pracy - o pracy tłumacza literatury fińskiej opowiada Sebastian Musielak.

.
Sebastian Musielak (fot. archiwum prywatne)

Jak to się stało, że zajął się Pan tak rzadkim językiem jak fiński?

To był zbieg kilku szczęśliwych okoliczności. Kiedy kończyłem technikum, siostra mojego kolegi z klasy już studiowała fiński - dzięki niej w ogóle dowiedziałem się o istnieniu takiego języka. Rok później, kiedy skończyłem technikum i miałem już za sobą mało interesujący start na poznańskiej politechnice, wiedziałem, że to raczej humanistyka jest moją bajką. Wtedy właśnie pomyślałem o studiach na skandynawistyce na UAM i akurat tego roku był nabór na język fiński. Spróbowałem, dostałem się - i tam już zostałem. 

A dlaczego wybrał Pan przekład?

Przekładem zainteresowałem się na trzecim roku studiów, kiedy byłem stypendystą na uniwersytecie helsińskim. Zbierałem tam materiały do pracy magisterskiej z językoznawstwa, ale że miałem sporo czasu dla siebie, zacząłem czytać nową, niedostępną i nieznaną nawet nam, studentom filologii, literaturę fińską. Te powieści bardzo mnie zaciekawiły i wtedy do mnie dotarło, że nigdy do polskiego czytelnika nie trafią bez pośrednika. Tak zrodziła się myśl o tym, żeby takim pośrednikiem zostać.

I od razu się Pan do tego zabrał?

Nie, pierwsze moje przekłady były z języka angielskiego i nie miały charakteru literackiego; była to raczej proza popularna czy popularno-naukowa. Tłumaczyć literaturę piękną zacząłem w zasadzie dopiero na początku nowego stulecia, kiedy polscy wydawcy zaczęli się otwierać na mniejsze literatury, w tym także na literaturę fińską. Zdarzało mi się oczywiście już na studiach i jeszcze wiele lat później robić tłumaczenia użytkowe, ale nigdy mnie to nie pasjonowało. Wolę literaturę.

Gdzie najczęściej Pan pracuje?

Pracuję głównie w domu, choć zdarza się czasem, jak to w życiu freelancera, zabierać laptop na wakacje, kiedy terminy gonią.

Ile czasu zajmuje Panu praca nad przekładem?

To zależy od tego, ile książek mam na tapecie teraz i w najbliższej przyszłości. Czystej pracy, to jest produkowania na klawiaturze polskich wersji fińskich czy angielskich zdań albo szlifowania gotowego przekładu, uzbiera się dziennie ładnych parę godzin, należy jednak pamiętać, że tłumaczenie czy obróbka końcowa to tylko część roboty - reszta to wyszukiwanie informacji w internecie czy książkach papierowych (bo nie korzystamy wyłącznie ze słowników, lecz z wielu rozmaitych źródeł). Czasem trzeba się też konsultować ze specjalistami najróżniejszych dziedzin - na przykład przy ostatnim tłumaczeniu musiałem się spotkać ze stroicielem fortepianów i wychowawczynią dzieci niewidomych, teraz będę musiał szukać dobrego lekarza i psychologa. Freelancer, który utrzymuje się tylko z pracy przekładowej, rzadko może sobie pozwolić w roku na jeden urlop dłuższy od tygodnia, niewielu tłumaczy literatury ma też wolne weekendy, więc i dla mnie praca w soboty - a bywa, że i w niedziele - nie jest niczym wyjątkowym.

Które przełożone książki są dla Pana najważniejsze?

To trudne pytanie; w zasadzie każda powieść czy reportaż literacki ma w sobie coś wyjątkowego, co tłumacz dobrze i długo pamięta; z każdym nowym zleceniem wiążą się też pewne określone trudności: w warstwie słownictwa, stylu pisarza czy jego języka. Są też książki bardzo trudne dla tłumacza, bo poruszające głębokie emocje, a kiedy żyje się z nimi bardzo intensywnie przez kilka miesięcy, nie można się od nich tak do końca uwolnić jeszcze jakiś czas po skończeniu pracy; w tym sensie zawód tłumacza przypomina trochę zawód aktora. Siłą rzeczy trochę ważniejsze od innych będą książki pierwsze: Droga zen Alana Wattsa - mój pierwszy przekład z połowy lat dziewięćdziesiątych i Kobieta ze śniegu Leeny Lehtolainen - mój pierwszy przekład z języka fińskiego. Powodem do dumy są oczywiście wyróżnienia i dla mnie największym była nagroda miesięcznika "Literatura na Świecie" za przekład powieści Daniela Katza Kobieta pułkownika.

A które były najtrudniejsze?

Gdybym miał wyróżniać książki technicznie bardziej wymagające od innych, to na pewno wymieniłbym Nie przed zachodem słońca (we wznowieniu w naszej Oficynie Wolny Tor tytuł brzmi inaczej: Nim zajdzie słońce) Johanny Sinisalo. Ale szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Kraina chowańca - to przekład niewielkiego zbioru impresji fińskiego humorysty i mistrza prozy minimalistycznej Petriego Tamminena, który wydaliśmy w Wolnym Torze w ubiegłym roku. O wydaniu Petriego marzyłem od ponad dziesięciu lat i w końcu się udało. Uwielbiam też Ostatnich Żydów Kerali - wybitny reportaż literacki Edny Fernandes o ginącej społeczności żydowskiej w Indiach. Praca z tą książką była dla mnie ogromnym przeżyciem, to arcydzieło reportażu - fascynująca opowieść o konkrecie mająca walor opowieści ponadczasowej, archetypowej.

Jak się przyjmuje ta współczesna literatura fińska na polskim rynku?

Zainteresowanie literaturą fińską jest ciągle słabe i moglibyśmy wydawać w Polsce dużo więcej dobrych książek fińskich. Nawet, gdy wydawcy polscy kupią powieść naprawdę wybitną - jak było ostatnio z Czterema Drogami Tommiego Kinnunena - to nieszczególnie się kwapią, żeby ją dobrze zareklamować.

Założenie wydawnictwa poświęconego literaturze fińskiej było chyba ryzykowną decyzją?

Nasz projekt wydawniczy - bo raczej tak trzeba by mówić o Oficynie Wolny Tor - to trochę odrębna sprawa; sięgnęliśmy po książki niekomercyjne: niszowe, refleksyjne, zaliczane już do nowej klasyki, a więc niemłode. Wiedzieliśmy zatem od początku, że powodzenie naszego projektu zależy od grantów, których niestety nie udało nam się pozyskać w wystarczającej ilości, egzystujemy zatem praktycznie poza obiegiem informacji o książce. Szkoda, bo to literatura, która niektórych wyrobionych czytelników mogłaby bardzo pozytywnie zaskoczyć. Ale jestem dobrej myśli: jeśli sytuacja jest bardzo zła, to przyszłość może być tylko lepsza. Jeszcze będzie się w Polsce czytać literaturę fińską z wypiekami na twarzy. To tylko kwestia czasu.

Nad jakim przekładem pracuje Pan w tej chwili?

Właśnie szlifuję uhonorowaną trzy lata temu najważniejszą fińską nagrodą literacką powieść Laury Lindstedt Oneiron. Tłumaczenie jest już gotowe od pewnego czasu, teraz czytam je ponownie i nadaję mu ostateczną formę - na tym etapie pracy, rzecz jasna. Za parę tygodni przekład powędruje do redaktora. Oneiron to niezwykła opowieść o siedmiu kobietach z różnych krajów i kultur, które spotykają się w dziwnej przestrzeni między życiem a śmiercią i dzięki sile swoich opowieści i wzajemnej współpracy kończą to, czego nie zdążyły zakończyć na ziemi. Niesamowita, piękna książka.

rozmawiała Anna Tomczyk

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.