Kennedy od dekad wymyka się prostym (i jakimkolwiek innym) klasyfikacjom. Studiował pod kierunkiem Yehudiego Menuhina, współpracował z jazzmanem Stéphane'em Grappellim, a światową popularność przyniosło mu nagranie "Czterech pór roku" Antonio Vivaldiego. Album sprzedał się w milionach egzemplarzy i stał się dowodem na to, że muzyka klasyczna może trafić do publiczności daleko wykraczającej poza grono stałych bywalców filharmonii. Kennedy nigdy nie zamierzał jednak poprzestać na klasyce: łączy ją z jazzem, improwizuje i konsekwentnie podważa przyzwyczajenia dotyczące tego, jak powinno się interpretować muzykę. W jego przypadku wirtuozeria idzie w parze z potrzebą artystycznej niezależności, która stała się jednym z jego znaków rozpoznawczych.
W sobotę mogliśmy się przekonać, że niezależność Kennedy'ego nie kończy się na sposobie gry. Wiedząc, że po drugiej stronie ulicy trwa Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego, artysta pozwolił sobie na komentarz, w którym nie zostawił wiele miejsca na dyplomację. Podkreślił, że dla niego muzyka to "spiritual connection" - duchowe połączenie, a nie dyscyplina sportowa, w której o wartości wykonania rozstrzyga siedząca za jurorskim stołem komisja. Rozumiem ten punkt widzenia. Muzyka wyjęta z ram punktacji, wyścigu i pogoni za doskonałością (czymkolwiek miałaby ona być i ktokolwiek miałby o niej decydować) staje się zupełnie innym doświadczeniem. Nie oznacza to jednak, że automatycznie lepszym - raczej inaczej rozkładają się w nim akcenty.
"Virtuoso" - projekt prezentowany w ramach cyklu Ikony Jazzu, zapowiadano jako spotkanie muzyki klasycznej, jazzu i autorskich kompozycji Kennedy'ego. W programie znalazły się utwory Krzysztofa Komedy i Ryuichiego Sakamoto, inspiracje Django Reinhardtem oraz muzyka Johanna Sebastiana Bacha, którego skrzypek uważa za prekursora improwizacji. Wszystko to w formule smyczkowego trio, dlatego też na scenie Teatru Wielkiego obok Kennedy'ego pojawili się wiolonczelista Peter Adams i kontrabasista Alec Dankworth - fantastyczni muzycy, doskonale rozumiejący, że w trio liczy się nie tylko samo granie, ale przede wszystkim współgranie.
Łyżka dziegciu? W żadnych materiałach promocyjnych dotyczących poznańskiego koncertu nie znalazłam informacji o fortepianie, przy którym zasiadł również Kennedy, a to właśnie ten instrument stał się równoważnym elementem sobotniego wieczoru. Można by powiedzieć, że przecież to artysta, który lubi zaskakiwać, należałoby więc dać mu wolną rękę. Mam jednak poczucie, że czym innym jest nieprzewidywalność interpretacji i konstruowanie repertuaru ponad podziałami, a czym innym kształt wydarzenia, na które kupujemy bilet. Fortepian nie pojawił się na chwilę, jako ciekawostka czy spontaniczny dodatek - wracał regularnie, istotnie wpływając na proporcje całego wieczoru.
Na szczęście były też skrzypce. I był Bach.
Dźwięk instrumentu Kennedy'ego był głęboki, miękki, niemal czuły. W solowym wykonaniu Bacha te cechy nabrały szczególnej mocy. Gra skrzypka rozpościerała się między skrajnościami, płynnie przechodziła od jednej do drugiej, zahaczając po drodze o niemal wszystkie odcienie barw. W tym fragmencie zobaczyłam pełnię możliwości Kennedy'ego: technikę, wyobraźnię i umiejętność prowadzenia muzycznej opowieści, która wciąga bez reszty. Nie potrzebował dodatkowych instrumentów ani efektownych zabiegów, nie trzymał się partytury jak ostatniej deski ratunku, a mimo to wszystko miało swój sens i wewnętrzną logikę. Nawet (irytująco głośno) bucząca klimatyzacja na trzecim balkonie Teatru Wielkiego na chwilę przestała mieć znaczenie. Nigel Kennedy to swoboda, która nie jest pustym gestem, ale wynika z doskonałego opanowania instrumentu i stworzenia własnego języka muzycznego. To również przypomnienie, że interpretacja może być osobistą wypowiedzią, a nie tylko próbą sprostania oczekiwaniom.
Z fortepianem miałam już jednak znacznie większy problem. Kennedy bez wątpienia czerpał z gry ogromną przyjemność - było to widać i trudno mieć mu to za złe. Jego fortepian był przede wszystkim perkusyjny, oparty na rytmie i powtarzalnych akordach. Zdarzały się ciekawe przesunięcia akcentów, pojawiały się też muzyczne wycieczki w stronę Chopina i Beethovena, ale to jednak za mało, by całość uznać za przekonującą. Melodycznie te partie nie miały wiele do zaoferowania, a zestawione z miękkim, śpiewnym brzmieniem skrzypiec wypadały jeszcze słabiej. Kontrast między instrumentami był wyraźny, ale nie prowadził do twórczego napięcia, na które można by liczyć w tej sytuacji.
Były też kompozycje samego Kennedy'ego, w tym utwory, które - jak zdradził artysta - napisał zaledwie przed dwoma dniami. Jeden z nich, melodyjny, z wyraźnie folkowym zacięciem, szczególnie zapadł mi w pamięć. Chętnie usłyszałabym go w wersji orkiestrowej. W takich momentach wracała nadzieja, że nieprzewidywalność Kennedy'ego może przynieść coś naprawdę świeżego. Szkoda jednak, że nie wszystkie jego muzyczne poszukiwania prowadziły równie ciekawymi ścieżkami.
Owacje bywały entuzjastyczne, choć mojej uwadze nie umknęły również osoby opuszczające salę, szczególnie w drugiej części. Nie wiem oczywiście co kierowało wychodzącymi, wiem natomiast, że sama kilkakrotnie przechodziłam od zachwytu do znużenia. W partiach skrzypcowych dostałam to, na co liczyłam: muzyczną wolność, odwagę interpretacyjną i momenty prawdziwego zachwytu. Chciałam jednak spędzić wieczór z wybitnym skrzypkiem, którego gra wymyka się kanonowi i otwiera na nowe doznania, zamiast tego mniej więcej połowę koncertu zajęło mi słuchanie fortepianu, który (mimo - podkreślę to raz jeszcze - wyraźnej przyjemności gry i świetnego towarzyszenia smyczków) nie przekonał mnie ani jakością wykonania, ani muzyczną koncepcją.
Nie zmienia to mojego stosunku do Kennedy'ego. Nadal widzę w nim artystę, który nie boi się szukać i który potrafi wydobyć ze skrzypiec opowieści niezwykłe. Wolność twórcza nie oznacza jednak, że każda decyzja musi okazać się trafiona. Dlaczego gwiazdy tańczą na lodzie? Bo mogą. A ja - jako słuchaczka - mogę za to nadal chcieć oglądać je w ich naturalnym środowisku - tam, gdzie nie mają sobie równych. Z sobotniego wieczoru zabieram więc przede wszystkim skrzypce, Bacha i tę nieuchwytną chwilę, w której muzyka staje się czymś więcej niż dźwiękiem.
Marta Szostak
- Nigel Kennedy, "Virtuoso Tour"
- Teatr Wielki
- recenzja z 17.10
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026