Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Mam szczęście do ludzi

Kojący głos, niespotykana kultura słowa i ogromna wiedza. Od ponad sześciu dekad nie tylko opowiada o poznańskiej kulturze, ale i ją współtworzy. Grażyna Wrońska, od wielu lat publikująca w "IKS-ie", została wyróżniona tytułem "Zasłużony dla Miasta Poznania".

Starsza kobieta w okularach na balkonie budynku poznańskiej Arkadii. - grafika artykułu
Grażyna Wrońska, fot. Grzegorz Dembiński

Jak narodziła się Pani miłość do słowa?

Zawdzięczam ją mamie, która bardzo pilnowała, byśmy ja i moje rodzeństwo ładnie, wyraźnie mówili. Natomiast dykcja narodziła się chyba samoistnie. Wiem, że od małego lubiłam mówić wierszyki i nie czułam tremy. Tak było najpierw w przedszkolu sióstr elżbietanek - do dziś wspominam je z ogromną sympatią i wdzięcznością, a potem w szkole. W Lesznie, gdzie się wychowałam, byłam znana jako recytatorka na różnego typu uroczystościach, zarówno kościelnych, jak i szkolnych czy miejskich.

W 1948 roku wierszem witała Pani arcybiskupa Dymka...

Wystąpiłam wtedy dwukrotnie. Na rynku w Lesznie w stroju krakowskim, i potem w przedszkolu w białej sukience. Miałam wtedy pięć lat i ten moment często wspominano, nie tylko w rodzinie. Potem były konkursy recytatorskie. W latach licealnych dotarłam do ogólnopolskich zmagań i wtedy właśnie pierwszy raz przestąpiłam progi radia na Berwińskiego. Jadącym wówczas do Krakowa recytatorom z Poznańskiego pani reżyser Jadwiga Jasiewicz - z którą potem miałam przyjemność pracować - udzielała fachowych rad. Mnie np. zwróciła uwagę na zbytnie akcentowanie nosówek w wygłosie. Ale najważniejsze było wrażenie, jakie wywarł na mnie budynek radia. Ten zachwyt trwa do dziś i ci wszyscy, którzy go znają, nie dziwią się temu...

Wtedy narodziło się Pani marzenie o pracy w radiu?

To było jeszcze wcześniej, ale zetknięcie się z atmosferą secesyjnej willi zdecydowanie je wzmocniło. Potem były studia polonistyczne i szczęśliwie dotarłam do radia. Na dziennikarski etat - wtedy była to obowiązkowa procedura - musiałam prawie rok poczekać, ale zostałam zatrudniona w radiowej bibliotece, która mieściła się w innym, radiowo-telewizyjnym budynku na ul. Strusia. Nie żałuję tego czasu, zawsze lubiłam książki, a przy okazji poznałam trochę pracę bibliotekarki. Dziennikarstwo zaczęło się od redakcji wiejskiej. O wsi - oprócz tego, że na niej się urodziłam - niewiele wiedziałam, ale na szczęście nie wymagano ode mnie zgłębiania fachowej wiedzy rolniczej, miałam zajmować się kulturą wsi. I to było bardzo ciekawe. Do dziś pamiętam ludzi, których wtedy poznałam - np. rzeźbiarza Leona Dudka z Bukówca Górnego - wsi, która dziś słynie z pielęgnowania gwary, czy znakomitego gawędziarza z Włoszakowic Stefana Skorupińskiego. A także zakochanego w Biskupiźnie Jana z Domachowa Bzdęgę, który bardzo przyczynił się do utrwalenia tamtejszych bogatych tradycji. A gdy pod koniec życia zamieszkał w Gdyni, często jeździł do "swego" Domachowa, wstępując po drodze na Berwińskiego i informując mnie o wszystkich wydarzeniach, które inicjował. To od niego dowiedziałam się o zorganizowanej w Poznaniu - razem z etnografem Adamem Glapą - "Wieczornicy Biskupiańskiej" w samym środku okupacyjnej nocy. Cud prawdziwy, że Niemcy - których przecież w okolicy ul. Poznańskiej i w ogóle na Jeżycach było bardzo dużo - nie usłyszeli głośnej dudziarskiej kapeli przybyłej z Domachowa. Zachował się film i nagranie z tej wieczornicy.

Znamienne, że mówi Pani przede wszystkim o swoich rozmówcach.

Bo to jest w zasadzie kwintesencja mojej pracy. Dobry rozmówca jest najważniejszy: to ten, który potrafi dobrze, interesująco przedstawić swoją pracę, marzenia, problemy. Nieraz ma się szczęście szybko takiego odkryć, znacznie częściej trzeba szukać człowieka, który dany temat zrozumiale i oby atrakcyjnie dla słuchacza przedstawi. A już zadaniem dziennikarza jest skłonienie go do tego. Muszę przyznać, że na ogół mi się to udaje. Ale potrzebny jest jeszcze montaż, skróty etc. Ludzie radia dobrze wiedzą, jak to jest... Miałam bardzo wiele okazji do spotkań z ludźmi wybitnymi - naukowcami czy artystami. Wiele razy np. rozmawiałam z prof. Wiktorem Degą, i to nie tylko o problemach rehabilitacji. Opowiedział mi m.in. - w żartobliwym tonie - o swoim udziale w powstaniu wielkopolskim. Są te nagrania w naszym archiwum.

Swoim autorytetem wsparł Profesor swojego ucznia - dra Piotra Janaszka, który zorganizował w Mielnicy nad Gopłem pierwszy w Polsce letni obóz dla dzieci z niepełnosprawnościami. W tamtych latach to była zupełna rewelacja! Na obozie panowała niezwykła atmosfera, którą stwarzali tam harcerze, m.in. córki Piotra Janaszka. To one teraz, po przedwczesnej śmieci ojca, prowadzą w Koninie ze świetnymi rezultatami Fundację "Podaj dalej". Z doświadczeń mielnickich powstał reportaż "Doktor Piotr", do którego często wracam myślami. 

Jak zmieniło się radio od 1965 roku, gdy stawiała Pani pierwsze kroki w zawodzie?

Przeszło prawdziwą rewolucję! Nie było przecież kiedyś programów "na żywo", wszystkie audycje zatwierdzała cenzura, "na żywo" można było podać godzinę i tytuł audycji. Inny był też sposób wypowiedzi, spontaniczności było bardzo mało. Zmieniło się właściwie wszystko w końcu lat 80., z nadejściem najpierw Solidarności - tutaj radiowcy mieli swój udział, a potem istotnych zmian politycznych. Cenzura zniknęła 1 kwietnia 1990 roku, a miesiąc wcześniej powołano nowe władze rozgłośni z Piotrem Frydryszkiem i rozpoczęła się błyskotliwa kariera "Merkurego". Nie znaczy to, że zrezygnowano ze wszystkich audycji, które były wcześniej w programie, ale "nowe" dominowało. Odetchnęli zarówno słuchacze, jak i radiowcy. Do tamtego - sztucznego i pozbawionego żywego kontaktu ze słuchaczami - nie ma już powrotu.

Od lat prowadzi Pani audycje "Język na zakręcie". Niektóre z omawianych błędów są zabawne.

Ale znacznie więcej jest denerwujących. Zalewają nas anglicyzmy, zupełnie niepotrzebne, nadal pleni się nowomowa, język urzędniczy, ale jest też w języku sporo świeżości. Przypominamy - w krótkiej formie - również frazeologizmy, tłumaczymy je, sięgamy do gwary...

Przychodzi mi na myśl Kazimiera Iłłakowiczówna, która oburzała się, że Poznaniacy mówią "zakluczać".

To jest akurat bardzo dobry przykład na słowo, w którym zawarta jest pełna treść - jest krótkie i precyzyjne. Regionalizmy mają pełne prawo istnieć w języku, podobnie jak gwara. Dziś podejście do tych zagadnień jest zupełnie inne niż kiedyś. Miało i ma to odbicie również w naszych programach: dzięki takim osobowościom jak Jacek Hałasik czy Juliusz Kubel, którzy przez lata brylowali na antenie, gwara zyskała wielką popularność i nie jest już - jak kiedyś - spychana do kąta. Audycje o języku pojawiły się u nas w latach 90. - rad udzielał wówczas mój mąż, prof. Bogdan Walczak, któremu zawdzięczam bardzo mi pomocne kontakty ze środowiskiem uniwersyteckim, a od lat 2000. - prof. Jarosław Liberek. I trzymamy się nieźle, słuchacze lubią nasze krótkie rozmówki i "słuchajom" (tak, tak niestety mówią w Wielkopolsce również ludzie wykształceni - zamiast "słuchają") nas chętnie.

Dlaczego właśnie Wielkopolska stała się dla Pani tak ważnym tematem?

Tutaj się wychowałam i tutaj żyję, odkrywam wciąż mnóstwo ciekawych ludzi i problemów, które chcę przybliżyć Wielkopolanom. Wiele dobrego zrobiono w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat, przypominając choćby niesłychanie ważny czas "najdłuższej wojny nowoczesnej Europy". Najpierw film, a potem wiele innych inicjatyw przyczyniło się do zbudowania w naszej świadomości prawdziwego obrazu tamtych trudnych i przez lata niedocenianych czasów. Przygotowując - wspólnie z Małgorzatą Jańczak - cykl słuchowisk o bohaterach tamtego czasu, przyczyniłyśmy się również do innego postrzegania okresu zaborów w Wielkopolsce. Dziś trudno uwierzyć, ale w latach 80. o Dezyderym Chłapowskim było głucho. Nie zgadzano się nawet na nadanie jego imienia szkołom w rejonie Kościana. W naszych słuchowiskach brali udział wybitni historycy - np. Witold Jakóbczyk, Jarosław Maciejewski, Lech Słowiński, a także znani aktorzy. Sięgałyśmy do tekstów z epoki, odwiedzałyśmy miejsca związane z życiem naszych bohaterów, a całość pomagali nam stworzyć niezapomniani mistrzowie dźwięku. Najczęściej pracowałyśmy z Ireną Goszczyńską, ale pamiętam i o innych realizatorach. Mam nadzieję, że teraz, gdy przygotowujemy się do setnej rocznicy powstania radia w Poznaniu, oddamy im należną porcję uznania. Nawiasem mówiąc, dziś znacznie skróciłabym te słuchowiska, zrezygnowała z niektórych partii, bo po prostu zmienił się sposób słuchania radia, wszystko szybciej się toczy, odbiorcy chcą bezpośredniego kontaktu z autorami.

Ale - za namową wspomnianej już Małgorzaty - sięgnęłam po inny, nieradiowy przekaz wiadomości o "bohaterach najdłuższej wojny": napisałam książkę pt. "Śladami ks. Piotra Wawrzyniaka" i kolejną o innych zasłużonych ludziach tamtej wspaniałej epoki pt. "...do niepodległości". Obie - ale to już nie moja zasługa, a Małgorzaty - mają bardzo bogatą szatę graficzną - mnóstwo archiwalnych, ale i współczesnych ilustracji.

Skoro o książkach mowa - jest Pani jurorką w dwóch konkursach - "Posnaniana" im. Józefa Łukaszewicza oraz "Bursztynowego Motyla".

To trudna, ale bardzo satysfakcjonująca praca. Cieszy bardzo duża liczba powstających co roku pozycji o Poznaniu - około setki! - bardzo różnorodnych - od prac naukowych po książki dziecięce. Oczywiście nie można przeczytać wszystkich, ale role są podzielone pośród członków jury, toczą się dyskusje. To samo dotyczy "Bursztynowego Motyla". Cieszę się, że oba konkursy świetnie się mają, że przyczyniają się do lepszego poznawania przeszłości i teraźniejszości - nie tylko, jak w przypadku "Motyla", naszego kraju... Muszę w tym miejscu wspomnieć o kilku choćby osobach, którym zawdzięczam szczególne zainteresowanie poznańską i wielkopolską tematyką - z pewnością Janusz Pazder, Dorota Matyaszczyk, prof. Jacek Wiesiołowski, Magdalena Mrugalska-Banaszak, Wojciech Spaleniak, wielu polonistów, historyków i historyków sztuki, a także takie osobowości jak Ignacy Moś... Litania nazwisk jest bardzo długa, tych niewymienionych przepraszam, ale - zapewniam - wszystkich z wdzięcznością zachowuję w moim sercu... Jest jeszcze kolejny bardzo istotny rozdział w mojej pracy, a nazywa się "Książka dla dzieci i młodzieży" i tu oczywiście pada nazwisko Olchy Sikorskiej, ważnej persony w Polskim Towarzystwie Wydawców Książek, która wymyśliła i zrealizowała Targi Książki dla Dzieci i Młodzieży. To wielki sukces, jej i Poznania. Wystarczy zobaczyć, co dzieje się każdego roku na terenach targowych.

Miała też Pani telewizyjną przygodę.

To było kolejne ważne doświadczenie w mojej pracy. Z inicjatywy radiowej koleżanki, która kierowała ośrodkiem Telewizji Poznańskiej, Agaty Ławniczak, otrzymałam propozycję, by razem z Piotrem Libickim przygotować cykl filmów o Wielkopolsce. Nosił tytuł "Poza horyzontem" i był dla mnie lekcją innej niż w radiu pracy. Na pierwszym planie musiał być obraz, a słowo na dalszej pozycji. Niełatwo mi było dostosować się do tego, ale cierpliwie odrabiałam lekcje i kiedy już po latach - tym razem ze Zbysławem Kaczmarkiem - pracowałam nad "Kobietami Powstania Wielkopolskiego", czerpałam z poprzednich doświadczeń. Poznałam kolejne wspaniałe historie! Na przykład kultywowana w niezwykły sposób pamięć o tym wydarzeniu w rodzinie Marianny Pohl z Kórnika, która na powstanie wysłała pięciu synów, a i córki walczyły, ale w inny sposób. Będę chciała jeszcze wrócić do tamtych tematów, a także - właśnie sobie przypomniałam - o niedokończonym filmie o fenomenie Księgarni i Drukarni Świętego Wojciecha...

Potrafi Pani pięknie marzyć i realizować swoje marzenia.

Mam szczęście do ludzi, którzy pozwalają mi moje plany realizować. To szefowie - także wielu instytucji spoza radia, znajomi i przyjaciele, których spotkałam na swojej długiej dziennikarskiej drodze i wobec których mam wielki dług wdzięczności za pomysły, dotarcie do konkretnych osób, za nieustanną życzliwość.

A dzisiaj o czym Pani marzy?

Żeby udało mi się dokończyć rozpoczęte już prace, żeby doba miała więcej godzin, bo - proszę - piękna przyroda, ogród czeka, umówione spotkania, a ja nie jestem mistrzynią punktualności... Na ogół robię wszystko na ostatnią chwilę, rzutem na taśmę, a tu jeszcze wymyślam sobie kolejne zadania. Chciałabym napisać krótką historię mojej rodziny, zebrać wśród krewnych najciekawsze relacje, zdając sobie sprawę, że nie będzie to nawet "leżało" koło świetnej rodzinnej opowieści Małgorzaty Musierowicz, z którą - nawiasem mówiąc - jestem od dawnych radiowych lat zaprzyjaźniona. Ponadto przygotowuję materiały na stulecie naszego radia i na jeszcze dostojniejszy jubileusz Biblioteki Raczyńskich... Proszę mi życzyć choć trochę dłuższej doby!

Rozmawiała Mirella Kryś

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026