Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Renesans radosnej twórczości

"Chciałem ośmielić odbiorcę, także mojej wystawy, by nie bał się oceniać jej po swojemu" - mówi Krzysztof Kędzierski, wyróżniony przez redakcję "IKS. Kulturapoznan.pl" za pracę "Z tego (nie) wolno się śmiać" w 45. Konkursie im. Marii Dokowicz na Najlepszy Dyplom UAP.

Młoda kobieta wręcza prezent młodemu mężczyźnie. Oboje mają na głowach czapki w kształcie muchomorów. - grafika artykułu
Fot. z pracy dyplomowej Krzysztofa Kędzierskiego

Praca dyplomowa, którą wyróżniła redakcja IKS-a, nosi tytuł "Z tego (nie) wolno się śmiać". Sparodiował Pan w niej edukację uczelnianą i proces przygotowywania dyplomu. Zabawa to dla Pana poważna sprawa?

I tak i nie, finalnie może to być poważna sprawa, nie wszystkim się to podoba. Dla mnie jest ona na tyle poważna, że odciska swoje piętno w mojej twórczości i w życiu. Trudno mi funkcjonować w sztywnych ramach, nie chcę ulegać naciskowi, by na siłę odkrywać drugie, trzecie czy czwarte dno jakiegoś problemu. Ta zabawa stała się dla mnie na tyle poważna, że mogłem pokazać innym, jak z niej zaczerpnąć. 

Mimo pozornego chaosu w tym szaleństwie jest metoda. Osadził Pan swoje obiekty w strukturze pracy magisterskiej, ale wywracając "na lewą stronę" ów wzorzec poprzez zastosowanie parodii i humoru jako narzędzia twórczego. To był chaos kontrolowany?

Metoda musiała być, niestety magisterka rządzi się swoimi prawami. Nie można było całkiem spuścić konia z lejców. Wszystko jednak zależy od tego, z kim się współpracuje. Ja szczęśliwie trafiłem na profesora Zbigniewa Taszyckiego. Lubię, gdy ktoś nie jest nadęty, ale bardziej ludzki, wtedy jest prościej. Nasza współpraca również była prosta i przyjemna. Wracając do pani pytania: bez tego porządku, nad którym pan Zbigniew czuwał, nie udałoby się. Ale on mnie jednocześnie nie ograniczał, pozwolił iść we własnym, dziwnym kierunku.

Nie obawiał się Pan reakcji komisji przy obronie pracy magisterskiej na tę prowokację?

Zastanawialiśmy się z profesorem Taszyckim, co się z tym dyplomem stanie. W komisji byli tacy, którzy śmiać się nie umieli, ale na szczęście pozostała część była nieco weselsza, odczytała konwencję.

Wracając do szaleństwa i metody: mamy tu użycie terminu "obiekt", ale jego charakter jest sparodiowany na różne sposoby, np. poprzez odjęcie powagi sytuacji ekspozycyjnej ("Obiekt 5. Prace uczelniane rzucone w kąt galerii"). Jakie znaczenie miał dla Pana tutaj obiekt?

Dobre pytanie, bo termin obiekt pochodzi z żargonu naszego środowiska. Nazywanie wszystkiego obiektem sprawia, że to coś przestaje być moje. Namnożyłem tych "obiektów", by spotęgować wrażenie przeładowania -  bo im coś dłuższe, im tego więcej, tym bardziej męczące i mniej zachęcające. Dodałem tu swoje stare prace, robocze notatki i rysunki, które zazwyczaj lądują w śmietniku, i inne gadżety. Celowo naszpikowałem mój dyplom różnymi drobiazgami. Żeby komisja zrozumiała, o co chodzi, nagrałem też bardzo szybki film omawiający moją pracę, bo trzeba to było zmieścić w zaledwie 7 minutach. To smutne, że zawsze mamy jakieś ograniczenia, na przykład pokazać to wszystko mogłem jedynie w miniboksie o rozmiarze 2 na 3 metry. Nawet gwoździa nie można było nigdzie wbić.

Mieszał Pan także konteksty sytuacyjne. Wystawie pracy dyplomowej towarzyszyła prawdziwa pizza jako poczęstunek oraz loteria, podczas której można było wygrać elektryczny piec do pizzy. Lubi się Pan bawić kontekstem?

Oczywiście. A przy okazji trzeba zachęcić ludzi, by chcieli pojawić się na takim wernisażu. Narzekamy, że ludzie nie przychodzą na wystawy, ale nie chcemy ich do tego zmotywować.  Działałem trochę jak biznesmen. Czy to źle, że ktoś przyjdzie na wystawę, żeby się najeść i może przy okazji wygrać piec do pizzy? Na moim wernisażu i tak musiał na to poczekać przez jakieś półtorej godziny i - nawet nie chcąc - obcował z moją sztuką, więc siłą rzeczy był jakiś odbiór. Żyjemy w świecie, w którym nadal dzieli się sztukę na wyższą i niższą. Nie szkodzi złamać konwenanse. Czy to źle dla sztuki, kiedy jest przyjemnie? Myślę, że nie.

Prześmiewa Pan także żargon naukowy. Pudełko z tłustą plamą po pizzy to dla Pana "Onto-kulinarna semiotyka lepkości: tłuszcz jako hipermaterialna matryca nieobecności w kartonowej topologii postspożywczej egzystencji".  

Strasznie nie lubię tego akademickiego żargonu. Denerwuje mnie również nadużywanie przez światek artystyczny słowa "inkluzywny". Sztuka ma być niby otwarta dla wszystkich, ale tak naprawdę często jest zamknięta, przeznaczona dla wąskiego grona, robimy to sami dla siebie. A ten nadęty żargon jest po to, by sprawiać wrażenie, że stoi za tym jakaś wiedza teoretyczna. Dlaczego na uczelni nie możemy używać prostych słów, skoro mówi się, że sztuka ma być dla każdego? W galeriach lubię czytać teksty pisane tak zwanym językiem dostępnym, który jest dosłowny. Ludzie nie chcą ujawniać, że czegoś nie rozumieją, że sztuka do nich nie trafia. Dlatego odbiorcy próbują udawać, że się na tym znają i że podziwiają dzieło sztuki.

Pan podał widzom koło ratunkowe, przygotowując "Zestaw dzielnego odbiorcy sztuki"  - naklejki z gotowymi napisami typu: "Totalnie tego nie rozumiem", "Brzydkie", "Dziecko by lepiej zrobiło". Potrafi Pan wejść w skórę odbiorcy?

Trzeba być wobec niego fair, przecież każdy z nas bywa w takiej roli. Magistrowie sztuki czy nie, mimo różnych ukrytych w pracach znaczeń, w rezultacie oceniamy je zgodnie z tym, czy nam się one podobają. Chciałem ośmielić odbiorcę, także mojej wystawy, by nie bał się oceniać jej po swojemu. Stąd tytuł mojej pracy - "Z tego (nie) wolno się śmiać". I  dlatego na zdjęciu z mojej wystawy widnieje naklejka "Brzydkie", którą ktoś tam umieścił. Ma prawo.

Czy studia artystyczne przeszkodziły, czy paradoksalnie pomogły, stały się swego rodzaju trampoliną do tego, by móc zanegować reguły?

Paradoksalnie chyba faktycznie pomogły. Te studia nauczyły mnie, czego nie chcę i czego nie lubię. Lubię ten śmieszny tytuł magistra, nawet machnąłem sobie kiedyś taką pieczątkę (chociaż do niczego się nie przydała): "Niezależna analiza artystyczna", która pozwala wprost ocenić - to jest ładne, to brzydkie. Dlatego do mojej pracy dyplomowej dołączyłem naklejki "Magister... (tu wpisujemy imię)". Możemy sobie taką naklejkę przyczepić i już mamy prawo do krytykowania sztuki.

Czym jest dla Pana radosna twórczość własna? Obecnie uczy Pan w szkole - czy udaje się Panu motywować uczniów do tej radosnej twórczości?

Szczerze? Nie wiem. Staram się, żeby na zajęciach było fajnie. Czy dyplom studiów artystycznych pomaga mi w tym? Raczej nie. Na lekcjach dążę po prostu do tego, żeby ktokolwiek się czymś zainteresował. Jeśli uczeń chce iść w jakimś kierunku, to z nim idę, a jeśli nie, to nie przymuszam do niczego, idziemy dalej.

Powtórzmy: zabawa to poważna sprawa? Wolno się śmiać i nie lubić?

Oczywiście. A można, jak najbardziej, jeszcze jak!

Rozmawiała Barbara Kowalewska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026