Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Grand Prix Polskiej Chóralistyki im. Stefana Stuligrosza, nazywane konkursem konkursów i najważniejszym wydarzeniem chóralnym w Polsce, wygrał Poznań Group Ensemble pod dyrekcją Michała Plichty. Z dyrygentem i jednocześnie wykładowcą poznańskiej Akademii Muzycznej rozmawia Przemysław Toboła.

Grupa chórzystów cieszy się ze zdobytej nagrody. - grafika artykułu
Poznań Group Ensemble, fot. Projekt Hamak

Przede wszystkim gratuluję Grand Prix. Warto dodać, że Wasz zespół zdobył też w konkursie nagrodę za najlepsze wykonanie utworu polskiego kompozytora urodzonego po 1950 roku, za utwór "Pón je widā i mòjim zbawienim" (muz. Marek Raczyński, sł. Ps 27, 1-3, tłum. na kaszubski Eugeniusz Gołąbek - przyp. red.). Obejrzałem występ chóru Poznań Group Ensemble ze wzruszeniem, bo jak głosi powiedzenie: "Kto śpiewa, dwa razy się modli". Jak wybrałeś te 15 osób, które tak  fantastycznie śpiewają?

Myślę, że wspólnie się wybraliśmy. Od ubiegłego roku, konkretnie od października, działamy w niezmiennym składzie. Gwoli ścisłości - na początku było to 14 osób, teraz jest 15 śpiewaków. Wybraliśmy się wzajemnie i staliśmy się grupą  przyjaciół. I to dobrych, bo przez ten miniony rok spędziliśmy ze sobą więcej czasu niż z własnymi rodzinami. A nasza współpraca zaowocowała kilkoma trasami i wieloma koncertami - i to z różnymi programami. To wspaniałe, że w tak szalenie krótkim czasie, dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji, udało nam się sięgnąć po mistrzowskie laury. W tej chwili naszym największym marzeniem jest utrzymanie tego poziomu, żeby wciąż się rozwijać. Po występie konkursowym usłyszeliśmy wiele pięknych słów uznania, ale dostaliśmy też wiele cennych wskazówek.

Powiedziałeś, że sami się wybraliście. Co to dokładnie znaczy? Wszyscy jesteście związani z Akademią Muzyczną w Poznaniu?

Nie jesteśmy tylko z Akademii Muzycznej w Poznaniu, choć rzeczywiście większość z nas owszem. Użyłem tego sformułowania, ponieważ wszyscy bardzo kochamy zespoły i chóry kameralne. Przy prowadzeniu takiego zespołu istnieje pewne ryzyko. Tworzy go 15, a właściwie - łącznie ze mną - 16 różnych osobowości. W praktyce oznacza to pokonywanie tras na koncerty małą liczbą aut czy noclegi na małej przestrzeni. To z kolei oznacza sporą możliwość konfliktów między nami, dużą ilość spięć, napięć, różnych emocji. Właśnie dlatego mówię, że sami się wybraliśmy - nie za to, jakimi jesteśmy muzykami, ale za to, jakimi jesteśmy ludźmi. Zdecydowało to, jakie mamy cele i ambicje w życiu, czy jesteśmy pracowici oraz to, czy jesteśmy w stanie zainwestować w zespół swój czas. To był nasz wzajemny wybór. Cieszę się, że wytrwaliśmy przez rok w tym składzie, a nawet dwie osoby dołączyły. Cieszę się też, że przez ten rok staliśmy się u grupą ogromnie szanujących się przyjaciół.

Taki sukces nie przychodzi sam, każdy ma swoich nauczycieli. Kto dla Ciebie jest największym mentorem?

Moim największym mentorem jest i zawsze będzie pani profesor Magdalena Wdowicka-Mackiewicz, dyrektor Instytutu Dyrygentury Akademii Muzycznej w Poznaniu. To u pani profesor od samego początku uczyłem się dyrygentury i ukończyłem studia, ale przede wszystkim zdobywałem praktykę. Nie tylko czynną - bo mam to szczęście być drugim dyrygentem, ale również bierną, obserwując, jakim pani profesor jest dyrygentem, jak prowadzi próby, zespół, jak planuje jego pracę. A przede wszystkim, jakim jest człowiekiem. Czyli to, jakie sama sobie wyznacza cele, jak ambitnie podchodzi do wielu spraw, nie tylko pod kątem muzycznym, ale - co wydaje mi się najważniejsze - pod kątem ludzkim. To esencja tego, czego mnie nauczyła, a właściwie uczy cały czas, bo jestem dość kiepskim uczniem. (śmiech)

Jest takie buddyjskie powiedzenie: "Kiedy uczeń jest gotowy, zjawia się mistrz".

Tak, pani profesor uczyła mnie, jak być dobrym człowiekiem. I to jest myślę piękne. Ale warto też wspomnieć, że przez pewien krótki moment, bo ostatecznie nie ukończyłem ich, uczyłem się również na studiach magisterskich u pana profesora Adama Urbanka - zagadnień dyrygentury symfonicznej oraz u pana profesora Bassema Akiki - zagadnień dyrygentury operowej.

Masz jakiś sekret jako dyrygent, skoro Poznań Group Ensemble udało się w tak krótkim czasie osiągnąć tak wiele w polskiej chóralistyce?

To nie jest mój sekret, ale ważne jest dla mnie starać się być autentycznym przez muzykę i tą autentycznością zarażać swój chór. Ta piętnastka śpiewaków to wulkany pełne emocji, uczuć i szalonej młodości. Łącznie ze mną, mam przecież 26 lat. Postaraliśmy się okiełznać tę młodość i znaleźć w sobie dojrzałość, która potrzebna była do wykonywania utworów. Staraliśmy się być autentyczni. To może nie jest sekret, a bardziej idea, jakiś mój sposób rozumienia muzyki, o którym zawsze mówię tej piętnastce: "Nie starajcie się interpretować utworu pod względem tekstu, muzyki czy warstwy melodycznej albo harmonicznej. Postarajcie się go zrozumieć. Czym jest dla was i dla waszego życia w danej chwili".

Śpiewaliśmy np. utwór "Crucifixus" (muz. Stéphan Nicolay, sł. z chrześcijańskiego wyznania wiary "Credo" - przyp. red.), mówiący o śmierci Jezusa na krzyżu. Mimo że jestem osobą wierzącą, jest to dla mnie tragiczna chwila. Namawiałem swoich śpiewaków, żeby poczuli, że to ukrzyżowanie i śmierć odbywa się tu i teraz, że ona jest obecna w naszym życiu, jest obecna w Palestynie, w Ukrainie i na wielu innych frontach. Nie wiem, czy jest to sekret, czy może sposób, ale z pewnością jest to idea, którą pielęgnuję w sobie - żeby muzyka, niezależnie od tego, czy jest to muzyka sacrum, czy profanum, oddziaływała na nasze życie tu i teraz, żeby miała odzwierciedlenie w naszym życiu.

Niedawno przeczytałem w "Tygodniku Powszechnym" tekst o tym, czym jest chorał gregoriański i dlaczego właśnie teraz przeżywa renesans. Gdy oglądałem Wasz konkursowy występ, pomyślałem, że Poznań Group Ensemble to idealny wykonawca chorału. Nie planujecie nagrać płyty ze śpiewami gregoriańskimi? Wasza pierwsza płyta "Słuńce sã zacmiło", prawykonania siedmiu utworów chóralnych Michała Sołtysika, daje taką nadzieję.

Też czytałem ten tekst. To zabawne, co mówisz, ponieważ już za trzy miesiące rzeczywiście planujemy nagrać naszą drugą płytę z podobnymi kompozycjami. Nie chcę za dużo zdradzać, ale na pewno znajdą się na niej odniesienia do chorału gregoriańskiego. Nie wiem, skąd masz przeciek. (śmiech)

Jacy są Twoi ulubieni kompozytorzy? Jak wygląda Twoja prywatna playlista?

Na pewno Claudio Monteverdi, którego kompozycję "Voi pur da me partite", do której słowa napisał Giovanni Battista Guarini, śpiewaliśmy w trakcie przesłuchania konkursowego Grand Prix Polskiej Chóralistyki im. Stefana Stuligrosza. Następnie Thomas Tallis, a ze współczesnych kompozytorów wyjątkowo bliski jest mi Krzysztof Penderecki. No i oczywiście Marek Raczyński, którego znam z poznańskiej Akademii Muzycznej, a który skomponował muzykę do psalmu po kaszubsku, za który otrzymaliśmy nagrodę.

Na pamiątkowych zdjęciach z ogłoszenia werdyktu zwycięską statuetkę Grand Prix podnosisz razem z zespołem niczym puchar do muzyki hymnu Ligii Mistrzów. Wiem, że jesteś kibicem piłkarskim. Real czy Barcelona?

Od lat Barcelona.

Rozmawiał Przemysław Toboła

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026