Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

W TO MI GRAJ. Gra planszowa z własnym logo

- Decydując się na wydanie pierwszego tytułu, wiedzieliśmy, że rzucamy się na głęboką wodę. Zawsze jednak z tyłu głowy tkwiło marzenie o własnej grze. Stwierdziliśmy więc, czemu nie - sprawdźmy się - opowiada Michał "Osti" Cyranek*, jeden z założycieli wydawnictwa Dice&Bones, które ma za sobą pierwszy sukces wydawniczy. Trwają prace nad kolejnymi projektami.

. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

Od klubu z planszówkami po własne wydawnictwo. Jak to się stało?

Michał "Osti" Cyranek: Może to zabrzmi zabawnie, ale przede wszystkim chcieliśmy, aby nasze logo znalazło się z przodu pudełka, a nie tylko z tyłu. A przecież jak przekonać do tego wydawnictwo? Nie pozostało nam nic innego, jak po prostu wziąć sprawy w swoje ręce i wydać własną grę! Tak poważnie, to na początku wszystko wyszło trochę z żartu, ale po dłuższych dyskusjach uznaliśmy, że fajnie będzie się sprawdzić w czymś nowym. Był to dla nas kolejny duży cel, wiele emocji i z pewnością spore ryzyko.

Tomek Skoracki**: Wydanie własnego tytułu wiąże się przede wszystkim ze sporą inwestycją finansową. I chociaż pieniądze nie są najważniejsze, to baliśmy się, że na kolejne lata wpędzimy się w kredyty. Na szczęście gracze pokazali nam wielkie wsparcie podczas kampanii.

No właśnie. Wydając swój pierwszy tytuł Tyci Akrobaci odnieśliście ogromny sukces na platformie wspieram.to. Emocje pewnie były spore?

M.C.: Oj tak. Nigdy nie zapomnę startu kampanii - specjalnie wziąłem dzień wolny i odświeżałem co chwilę stronę. Tak naprawdę 70% uzbieranej kwoty zdobyliśmy właśnie tego dnia. Działo się naprawdę sporo.

T.S.: Patrząc na nasze założenia, czyli główny cel (1111 zł), można było pomyśleć, że oszaleliśmy. Sam support z platformy pytał nas, czy jesteśmy pewni wskazanej kwoty. My stwierdziliśmy, że i tak wydamy ten tytuł, nieważne ile uzbieramy funduszy. Kwota, którą uzbieraliśmy sprawiła, że mogliśmy do środka dorzucić dodatkowe elementy i dać jeszcze więcej wspierającym, a przecież o to w tym chodzi. Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia - teraz myślimy nad kolejnymi tytułami. Warto jednak wspomnieć, że wiele zawdzięczamy recenzjom. Wysłaliśmy w świat pięć egzemplarzy, a po publikacji recenzji było widać skoki zakupowe. Takie kwestie są bardzo ważne

Dlaczego zdecydowaliście się właśnie na ten tytuł?

M.C.: Przede wszystkim dlatego, że jest on całkowicie uniwersalny. Nie trzeba w ogóle grać w planszówki, aby się przy tym świetnie bawić. Ze względu na ciekawe drewniane elementy może być również zabawką dla dziecka. No i jest to sprawdzony tytuł. Swego czasu przynieśliśmy do klubu jego większy odpowiednik - Meeple Circus - który był wielkim hiciorem, więc poniekąd mieliśmy nadzieję, że jego nowsza wersja też tak dobrze się przyjmie.

Udało Wam się stworzyć projekt, z którego jesteście dumni. Czy to był Wasz jedyny cel?

M.C.: Oczywiście, że nie. Przede wszystkim jako zupełnie nowe wydawnictwo chcieliśmy zaistnieć w świadomości ludzi. Nie ma lepszej reklamy niż zapowiedź tytułu, nad którym wszyscy zastanawiają się - kto to wyda? To była nasza próba, pod którą była "uszyta" cała zapowiedź naszego istnienia.

T.S.:  Dodatkowo zdobyliśmy wiele naprawdę świetnych kontaktów zagranicznych i otrzymaliśmy duże wsparcie od naszych kolegów po fachu.

Skąd wzięliście pomysł na nazwę? Różni się ona nieco od nazwy Waszego stowarzyszenia, a przecież wiążecie się z nią na długie lata.

M.C.: Tak jak wszystko u nas - trochę przypadku, trochę żartu, a trochę szaleństwa. Przeszliśmy przez wszystkie standardowe pomysły. Były meeple, były hexy, samych kostek na rynku też jest od groma. Padło więc na kości, ale to kojarzy się z kośćmi, a więc bones. No i tak powstało Dice&Bones. W szybkim tłumaczeniu "kości&kości" - ma to sens, prawda?

Kontrowersyjnie, ale na pewno chwytliwie! Gra słów jest teraz w cenie. No dobrze, a jak wyglądają Wasze plany na przyszłość po tak wielkim sukcesie?

M.C.: Jest tego kilka. Przede wszystkim chcieliśmy, żeby "Tyci Akrobaci" się zwrócili i wygenerowali trochę finansów na kolejne inwestycje. Dlatego była przedsprzedaż. Nie chcieliśmy i nie chcemy tworzyć piramidy wydawniczej, bo od tego jest prosta droga do porażki.

T.S.: Teraz mamy kilka tytułów na oku, ale prawda jest taka, że polski rynek jest trudny, jeśli o wydawanie gier planszowych chodzi. Często same zagraniczne wydawnictwa odradzają nam produkcję, bo wiedzą, że się to po prostu nie opłaca.

No właśnie. Wydaje nam się, że tak wiele osób gra w planszówki, a tak naprawdę to głównie nasi znajomi, konkretna grupa ludzi. Świadomość tego, ile tytułów w ogóle do nas nie trafia, jest przytłaczająca.

T.S.: Do Polski trafia może 1/3 gier zagranicznych. Widać to bardzo dobrze po np. takich targach w Essen. Problemem jest głównie cena gier, która u nas jest mocno zaniżona. Dodatkowo nie ma co ukrywać, jesteśmy wzrokowcami. Dużo łatwiej będzie nam wydać większą kwotę na tytuł, który ma duże i ciężkie pudełko, niż tyle samo na małą karciankę. Idąc tym tropem, można też zauważyć samą różnicę w grach, które są wydawane w Polsce. Często wydawnictwa decydują się same z siebie np. na większe pudełka

M.C.: Co z kolei często kończy się zaskoczeniem kupujących, gdy okazuje się, że w środku znajdziemy tylko kilka kart. Niestety mentalność graczy jest jeszcze na tyle niewykształcona, że ten zabieg jest konieczny, aby czasami w ogóle cokolwiek sprzedać, zanim skreślimy wszystkie tytuły na starcie.

Znam to uczucie. Sama kupuję wiele tytułów i z pewnością zwracam uwagę na aspekty wizualne. Może niekoniecznie testuję wagę pudełka, ale duże ilości figurek czy elementów potrafią przekonać niejednego niezdecydowanego kupującego.

M.C.: No i to jest właśnie ten nasz problem. Kupujemy duże tytuły, a później gramy w nie raz, bo albo nie mamy czasu, albo zasady za trudne i nie ma z kim usiąść do stołu. Często za wydaną kwotę możemy kupić kilka mniejszych gier albo nawet jedną prostszą, którą zdecydowanie częściej wyciągniemy. Sam zacząłem wychodzić z takiego założenia I to jest niestety problem Tyci Akrobatów. W naszych realiach ta gra powinna kosztować 120-130 zł, żeby można było mówić o opłacalności. Tylko że w Polsce ten tytuł za tyle by się nie sprzedał, dlatego musieliśmy dostosować cenę.

T.S.: Z pewnością łatwiej mają te wydawnictwa, które mają własne drukarnie, jak np. Nasza Księgarnia. Dla nich koszt produkcji takiego tytułu jest zdecydowanie niższy i mogą sobie na więcej pozwolić. My nie jesteśmy w stanie dobić do ich cen, co sprowadza się ostatecznie do tego, że wiele zagranicznych wydawnictw odmawia współpracy, bo znają nasz rynek.

Pozostaje nam jedynie trzymać kciuki, że z czasem się to zmieni. Wróćmy jeszcze na chwilę do samej kampanii na platformie wspieram.to. Czy trudno jest wystartować z takim projektem? Dużo przy tym pracy?

M.C.: Musimy przyznać, że nie było łatwo. Dość późno zdecydowaliśmy się w ogóle na tę konkretną platformę, bo dopiero tydzień przed kampanią. Przygotowanie całej treści czy szaty graficznej też nam chwilę zajęło. Poza tym nie ma co ukrywać, że często borykaliśmy się z takimi problemami, jak znikająca treść na platformie czy błędy przy zapisywaniu zdjęć. Na pewno trzeba mieć dużo cierpliwości.

T.S.: Na szczęście mieliśmy ogromne wsparcie ze strony samej platformy. Odpowiadali na wszystkie nasze pytania i byli dla nas cały czas dostępni.

Wszystko o czym mówicie brzmi trochę jak szalone marzenie, a jednak stało się prawdą. Czy macie jakieś rady dla innych ambitnych osób, które też chciałyby założyć wydawnictwo?

M.C.: My podjęliśmy decyzję tak naprawdę z dnia na dzień. Uznaliśmy, że chcemy wydać tytuł, zasięgnęliśmy opinii różnych osób i wydawnictw, które słysząc o naszym szaleństwie życzyły nam powodzenia i tak ruszyliśmy z tematem. Z pewnością nie jest to coś dla osób o słabych nerwach. Można też wpędzić się w finansowe problemy. Ale oczywiście nic nie może się równać z radością po osiągnięciu sukcesu. Dlatego, jeśli macie wolną gotówkę, to co Was powstrzymuje?

T.S: U nas nigdy nie chodziło o duży sukces. Chodziło o spełnienie marzeń, o realizację pasji. Myśl o wydawnictwie zawsze gdzieś za nami kroczyła, a jakiś czas temu stała się po prostu prawdą.

Dziękuje Wam bardzo za ponowny wywiad i życzę dalszych sukcesów! Z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły, a Ci z Was drodzy czytelnicy, którzy jeszcze nie kupili gry Tyci Akrobaci mogą szukać przedsprzedaży na stronie Dice&Bones.

Rozmawiała Katarzyna Dzierżęga

*Michał "Osti" Cyranek - Planszówkoholik, maniak gier wszelakich, grafik DTP, który lubi dobre imprezy i spotkania z ludźmi. Dlatego też wspaniale odnajduje się w planszówkowym świecie, prowadzeniu klubu, czy imprez około growych. Lubi nowe wyzwania i stawiać sobie cele Współzałożyciel SMGP Kości i wydawnictwa Dice&Bones. W niewielu wolnych chwilach lubi składać modele Gundamów (Gunpla), obejrzeć dobry film, a latem śmigać za rybkami uprawiając Snorkling.

**Tomasz Skoracki - Planszówkoholik, ojciec dwójki dzieci, urzędnik państwowy, fan sportów wszelakich (ostatnio niestety tylko pozostało oglądanie w TV). Poza grami planszowymi zarządza papierkami stowarzyszenia, prowadzi drużynę Mölkky Puszczyków i jednocześnie gra w Mölkky. Jeśli jeszcze znajdzie czas to chętnie spaceruje z dziećmi czy dłubie przy stronach internetowych.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021