Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

W TO MI GRAJ! Jak pasja przerodziła się w coś więcej

- Organizując pierwsze wydarzenie planszówkowe liczyliśmy na to, że postawimy parę stolików i kilka osób przyjdzie z nami pograć. Nie mieliśmy pojęcia, że odwiedzi nas wtedy ponad 60 osób. Co śmieszne, były to głównie rodziny z dziećmi, a my wtedy nie mieliśmy nawet aż tak dużego wyboru tytułów dla nich - opowiadają Michał "Osti" Cyranek* i Tomasz Skoracki**, jeden z założycieli Stowarzyszenia Miłośników Gier Planszowych "Kości", które prężnie działa na terenie Poznania i okolic.

. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

Skąd pomysł na stworzenie takiego miejsca dla graczy?

Michał "Osti" Cyranek: To wyszło dosyć naturalnie. Chodziliśmy grywać w różne miejsca w Poznaniu, jak i poza nim. Po pewnym czasie okazało się jednak, że praktycznie graliśmy ciągle w swoim kręgu. Brakowało nowych graczy, tego zapału poznawania tytułów, przeżywania rozgrywek. Stwierdziliśmy, że skoro nasza kolekcja liczy ok. 60 tytułów, to pójdziemy do biblioteki, zarezerwujemy pomieszczenie ze stolikami na 2-3 godziny i damy ogłoszenie, że organizujemy "Potwornie Dobre Granie". Chcieliśmy zebrać ludzi z okolic, którzy tak jak my siedzą w domu, bo nie mają z kim pograć i gdzie wyjść. W naszym przypadku od pomysłu do realizacji droga jest krótka i tak się wszystko zaczęło.

Tomasz Skoracki: Akurat tak wyszło, że sala, którą zaproponowała nam Biblioteka w Puszczykowie była świeżo oddana do użytku. Można więc powiedzieć, że jesteśmy tutaj od samego początku. Oczywiście wszystko musiało być zrobione oficjalnie, więc założyliśmy stowarzyszenie.

Ciężko rozpocząć taką działalność? Wydaje się, że wiele osób, które żyją planszówkami na co dzień myśli o podjęciu takich działań.

T. S.: Samo założenie Stowarzyszenia to jest 10-15 minut. Później pozostaje kwestia spisania regulaminu i złożenie papierów do powiatu czy miasta. Najwięcej czasu i trudności pojawia się później, kiedy przychodzą wszystkie rozliczenia, coroczne sprawozdania zarówno merytoryczne, jak i finansowe. Jeśli chce się korzystać z wszelkich dotacji i wsparcia, to trzeba liczyć się z dużą ilością papierkowej roboty. Wiele osób myśli, że zakładając stowarzyszenie po prostu będziemy spotykać się z ludźmi, a rzeczywistość jest troszkę inna.

A jak to wygląda od strony wydawnictw? Czy faktycznie jest się wspieranym w szerzeniu tego wspaniałego hobby?

M. C.: Tak, oczywiście. Tylko trzeba pamiętać o tym, że dla wielu firm, tak jak wszędzie, liczą się wyniki.

T. S.: Pierwsze wydarzenie które organizowaliśmy było całkowicie za darmo. Wzięliśmy swoje gry, zainwestowaliśmy pieniądze w nagrody i podstawowe przekąski. Nie mieliśmy nawet własnych koszulek z logo. Liczyliśmy, że przyjdzie około 20 osób, a tymczasem  frekwencja przekroczyła wszelkie oczekiwania. Po wydarzeniu, gdy zdjęcia trafiły do internetu, zaczęli się do nas odzywać wydawcy i faktycznie mogliśmy liczyć na wsparcie w dalszym działaniu. Sama koncepcja darmowych spotkań stała się naszą tradycją - u nas nie płaci się za nic.

Opowiadacie o wydarzeniach i spotkaniach w licznym gronie. Jak przetrwaliście czas pandemii?

T. S.: Dzięki pandemii na pewno rozwinął się nasz kanał na YouTubie. Trochę też odpoczęliśmy i zajęliśmy się ogródkiem. Żeby jednak całkowicie nie porzucać hobby z grania i wspólnego spędzania czasu, przenieśliśmy się na dwór organizując rozgrywki w Mölkky.

M. C.: Nasza długa przerwa wynikała również z tego, że nie działamy w żaden sposób prywatnie. Wszystko przechodzi przez miasto, bibliotekę czy ośrodki kultury, więc niestety nie do końca od nas zależało, kiedy będziemy mogli wystartować ponownie.

Kiedy zakładaliście Wasze Stowarzyszenie/Klub, to spodziewaliście się takiego momentu, że będziecie rozpoznawalni w całym Poznaniu?

M. C.: Zupełnie na to nie liczyliśmy. Zakładaliśmy, że zainteresowanie będzie niewielkie, a już szczególnie zdziwiła nas liczba rodzin z dziećmi, która zaczęła pojawiać się na naszych spotkaniach. Musimy jednak przyznać, że to w jaką stronę wszystko poszło jest naprawdę niesamowite i motywujące do dalszego działania.

Opowiadacie o rodzinach z dziećmi. Czy to jedyni adresaci Waszych działań? Czy macie też bardziej zaawansowanych graczy wśród stałych bywalców?

M. C.: W klubie widać, że jest podział. Są osoby, które grają we wszystko - widzą coś lekkiego i siadają do stołu zadowoleni, że pograją w coś nowego, nawet szybkiego. Ale mamy też graczy "twardzieli", którzy siedzą przy jednym tytule po kilka godzin. Z racji tego, że oprócz klubu w Puszczykowie organizujemy różne wydarzenia i spotkania, raczej nie wystawiamy bardzo długich i ciężkich tytułów. Ale zawsze jest możliwość spotkać się i umówić na konkretną pozycję.

Jedną z rzeczy, która mnie najbardziej zaskoczyła w Waszym klubie, to różnorodność oferowanych tytułów - szczególnie tych zagranicznych i mniej znanych. Skąd takie upodobania?

M. C.: Nie wiem czy powinienem to mówić, ale ogólnie mam problem z typowymi klasykami. Wybierając tytuły chcemy, by można było poznać coś zupełnie innego, coś co przyciąga wzrok i wydaje się ciekawe i innowacyjne, a nie w kółko pokazywać to samo. Wiadomo, że każdy z nas jest wzrokowcem i tym właśnie się sugerujemy. Wiemy, że gra musi przykuwać wzrok, żeby uczestnicy po nią sięgnęli. Oczywiście zanim zabierzemy ją do klubu ogrywamy ją w domu, żeby poznać dobrze zasady, móc je wytłumaczyć, ale również nie przynieść czegoś słabego.

Bardzo podoba mi się to podejście. Dzięki temu wiem, że przychodząc do Was znajdę tytuły, których często nie spotkam nigdzie indziej w Poznaniu czy nawet w Polsce. Nawiązując do rynku planszówek właśnie tutaj: jak myślicie - czy na przestrzeni czasu coś się zmieniło, inaczej ukształtowała się świadomość graczy?

T. S.: Na początku mieliśmy wrażenie, że świadomość graczy w Polsce jest naprawdę wysoka. Jednak za każdym razem, kiedy idziemy do marketu, widzimy ludzi stojących nad tymi samymi gierkami, które - umówmy się - odbiegają od tego, czym dzisiaj jest prawdziwa gra planszowa i jakie daje możliwości. Wtedy dochodzimy do wniosku, że przed nami jeszcze długa droga.

M. C.: Problem jest w tym, że my otaczamy się ludźmi którzy grają, sami też gramy, i wydaje nam się to mega popularne. A prawda jest taka, że jesteśmy naprawdę niewielkim promilem ludzi, którzy faktycznie coś o tym wiedzą i jakoś się na tym znają. Wynikają z tego często śmieszne sytuacje, gdy podchodzimy do ludzi w sklepie i pomagamy im wybrać tytuł. Kto wie, może właśnie dzięki temu rozpoczyna się ich prawdziwa droga w świat planszówek.

Znam takie sytuacje. Nie raz zdarzyło mi się doradzać innym przy zakupie planszówki. Wróćmy jeszcze na chwilkę do Waszych działań - gdzie dokładnie można Was znaleźć? W ostatnim czasie jest chyba sporo takich miejsc?

T. S.: Oj w bardzo wielu. Zaczynaliśmy od Puszczykowa i Potwornie Dobrego Grania, które przerodziło się w cykliczne spotkania. Działamy też na terenie Lubonia, wcześniej można było pograć też w Kocimiętce w Poznaniu przez cały rok, ale chwilowo pandemia nas zastopowała. Można nas również znaleźć na różnych targach, wydarzeniach i festynach.

Planujecie rozszerzać swoje działania o dodatkowe miejsca?

T. S.: Wstępnie dogadaliśmy się już z Galerią Malta i o ile się nic znowu nie pozamyka, to myśleliśmy o takim prawdziwym klubie właśnie tam. Jest naprawdę dużo możliwości. Całe pierwsze piętro stało się tam przestrzenią kulturalną, a że byliśmy już tam kilka razy na różnych spotkaniach, to wydaje się, że będzie to długa i owocna współpraca.

Bardzo przyjemnie się Was słucha, ale nie mogę odeprzeć wrażenia, że robicie bardzo dużo rzeczy. Macie ogrom pomysłów i sumiennie je realizujecie. Czy nie jest trochę tak, że Wasza pasja stała się Waszym drugim etatem?

M. C.: To prawda. Naszym problemem jest to, że mamy bardzo dużo pomysłów, a że są one częścią naszej ambicji często nie potrafimy się zatrzymać. Nagle pojawia się w głowie taki pomysł: wydajmy własną grę planszową - i po prostu to robimy. Co nas powstrzymuje?

T. S.: W każdym dniu coś się u nas dzieje. Zdarza się, że w ciągu tygodnia nie mamy ani jednego dnia wolnego. Nawet będąc zaproszeni na ślub prowadziliśmy granie w Mölkky na dworze, aż Dj się dziwił, dlaczego na sali nikt nie tańczy.

Na koniec troszkę inne pytanie - patrząc na wszystko co robicie, na liczne grupy odbiorców i bardzo duży odzew graczy - jaka grupa odbiorców jest Waszą największą, a jaka jest najbardziej problematyczna?

T. S.: Spotkania czy wydarzenia które organizujemy kierujemy tak naprawdę do każdego. Obecnie mamy tak duży wachlarz gier, że zawsze jesteśmy w stanie dopasować tytuł, który się spodoba. Trzeba po prostu przyjść i spróbować swoich sił.

M. C.: Patrząc na to co się dzieje, wbrew pozorom najtrudniej pozyskać i ściągnąć młodzież, co dla nas osobiście jest bardzo szokujące. Pamiętam jak sam byłem młody i za czasów liceum łupałem w RPG-i. Niestety dzisiaj wygrywa komputer i telefony. Czasami są sytuacje, że przychodzą rodzice z dzieciakami i kończy się tak, że dorośli grają, a dziecko patrzy w telefon gdzieś obok.

Jak myślicie, co składa się na sukces, który osiągnęliście działając jako Stowarzyszenie Miłośników Gier Planszowych "Kości"?

M. C.: Ludzie przyjeżdżają do nas z naprawdę dużych odległości - z Wolsztyna, Śremu itd. Myślę, że głównie chodzi o to, że my w przeciwieństwie do typowych klubów, które muszą się utrzymać, opłacić pracowników itd. po prostu żyjemy tymi planszówkami. Nie musimy się martwić, że jak nie sprzedamy wystarczającej liczby dodatków, jak np. ciastko czy piwko, to nie będzie nas stać na dalsze działania. To co robimy robimy po pracy i chociaż zajmuje nam to większość wolnego czasu, po prostu to kochamy i przy tym odpoczywamy. Do nas po prostu przychodzisz, przynosisz własne jedzenie lub nie, wybierasz tytuł i grasz. A dodatkowo możesz liczyć na to, że zawsze wytłumaczymy zasady i znajdzie się jakaś chętna ekipa do wspólnej zabawy.

Rozmawiała Katarzyna Dzierżęga

*Michał "Osti" Cyranek - planszówkoholik, maniak gier wszelakich, grafik DTP, który lubi dobre imprezy i spotkania z ludźmi, dlatego też wspaniale odnajduje się w planszówkowym świecie, prowadzeniu klubu czy imprez okołogrowych. Lubi nowe wyzwania i cele. Współzałożyciel SMGP Kości i wydawnictwa Dice&Bones. W niewielu wolnych chwilach lubi składać modele Gundamów (Gunpla), obejrzeć dobry film, a latem śmigać za rybkami uprawiając Snorkling.

**Tomasz Skoracki - planszówkoholik, ojciec dwójki dzieci, urzędnik państwowy, fan sportów wszelakich (ostatnio niestety tylko w TV). Poza grami planszowymi zarządza papierkami stowarzyszenia, prowadzi drużynę Mölkky Puszczyków i jednocześnie gra w Mölkky. Jeśli jeszcze znajdzie czas to chętnie spaceruje z dziećmi czy dłubie przy stronach internetowych.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021