Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Spektakl na całe życie

- Jak go robiłem to pomyślałem, że chciałbym zostać już z nim do końca swoich dni. Klei mi się z moją osobą. Sprawy, które próbowałem w nim zawrzeć są ciągle ważne i aktualne - tak o swoim monodramie "Ecce homo" mówi Janusz Stolarski. Ten wyjątkowy spektakl będzie można zobaczyć w piątek w Teatrze Ósmego Dnia.

.
fot. P. Jarnuszkiewicz

"Ecce homo" to adaptacja autobiografii Fryderyka Nietzschego, którą filozof napisał w ostatnich tygodniach przytomności umysłu - nim choroba psychiczna sprawiła, iż stracił kontakt ze światem. W ten przesyconej manią wielkości, osobliwej książce podsuwa czytelnikom "filozoficzną mądrość", której by się po nim nie spodziewali. "Uogólniając własne doświadczenia, głosi uwarunkowanie wybitnej duchowości sprawną przemianą materii, geniusz - suchym, słonecznym klimatem" - pisze we wstępnie do wydania z 1996 roku Bogdan Baran, dodając: "Odrzuciwszy idealny nadświat Nietzsche osadza się w obrębie dolnego świata. Inaczej jednak niż typowi empiryści myśli i doświadcza w tym świecie. Jest on dlań najpierw dziedziną epifanii i natchnienia. Natchnione i uduchowione jest ciało".

Stolarski, po wielu wędrówkach po ukończeniu studiów - do Wrocławia, czy Jeleniej Góry - trafił ostatecznie do Poznania, do teatru repertuarowego. Uznał, że musi zrobić coś więcej. Sięgnął wówczas po "Ecce homo". - Był rok 1989. Zacząłem się zastanawiać, czy nie popełniłem błędu myśląc, że nic się nie może zmienić w naszej rzeczywistości. Wcześniej myślałem, że PRL to jest coś, co zostało nam dane raz na zawsze. Ale okazało się, że gdy kropla zaczyna drążyć skałę - to jest szansa na zmiany. W Nietzschem ujrzałem kogoś, kto potwierdził mi, że nigdy nie należy się poddawać, że zawsze trzeba szukać. I wszystko, co jest możliwe do rozbicia - rozbijać. Patrzeć, czy z tego ziarna coś będzie czy nie. Nikt nie może ci niczego zabronić oprócz jednej rzeczy - krzywdzenia drugiego człowieka. To, co możesz sobie wymyślić na swój temat, życia, twórczości - jest otwarte - mówi Stolarski.

"Ecce homo" to poruszające przedstawienie oparte o jego cielesność. Na scenie aktor umieszcza pięćdziesięciokilogramowy kufer, który jest zarazem jego teatrem. Ze skrzynki wydobywa wszelkie rekwizyty, a także - skrywa się w niej, by do nas przemawiać, krzyczeć.

Stolarski zrobił "Ecce homo" poza teatrami repertuarowymi w ramach Stowarzyszenia Teatralnego Antrakt, pracując nad nim po nocach wraz z Bogumiłem Gaudenem. Premiera miała miejsce wiosną 1991 roku. Gdy wygrał w Toruniu Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora, pod wpływem tego sukcesu dyrektor Teatru Polskiego Grzegorz Mrówczyński zaproponował mu, by włączyć ten monodram do repertuaru. Jednak gdy "Ecce homo" było grane w Malarni, przychodziły na nie dwie-trzy osoby. - Wystarczyło jednak, że ruszyłem się do Jarocina, Środy, czy Katowic - i nagle okazywało się, że jest tam duże zainteresowanie. Miałem też wrażenie, że ten spektakl potrzebuje ruchu. Zrozumiałem przez Nietzschego, że człowiek tworzy, szuka, myśli w ruchu. Myślę więc, że to konsekwencja tekstu. Jeśli będziemy myśleć o tym spektaklu w sposób stacjonarny, to będziemy go w ten sposób grzebać. On nie lubi być za długo w jednym miejscu - wyjaśnia aktor.

Te wyjazdy miały też swój specyficzny charakter. Stolarski nie miał samochodu, więc podróżował po Polsce koleją. Do kufra montował kółka - i jechał. Na dworcach kolejowych przechodził kontrolę bagażu, dźwigał skrzynię przejściami podziemnymi - i wtaszczał ją do wagonu. Nigdy nikt mu przy tym nie pomagał - ludzie widząc go z ciężkim ładunkiem wręcz nim gardzili. Te niesamowite operacje z kufrem można podziwiać w reportażu telewizyjnym Agnieszki Mazanek i Krzysztofa Landsberga z 1997 roku. Słyszymy na nim stwierdzenie Stolarskiego: "Jestem pewien, że aktorstwo to po prostu ciężka, fizyczna robota - i to jest coś, co musi wyjść z twojej ogromnej pracy".

I tak jak Stolarski wkładał całego siebie do "Ecce homo", tak i ono przynosiło coś w zamian. - Gdy my, monodramiści wygrywaliśmy jakiś festiwal w Polsce, to natychmiast okazywało się, że jest wiele ośrodków zainteresowanych naszym przedstawieniem. To były czasy, gdy ośrodki kultury miały środki na to, aby nas zapraszać. Jeździłem więc na festiwale. Później ludzie uznawali, że mogę też być jurorem, prowadzić warsztaty. Podobała się technika, którą wykorzystuję w tym spektaklu. A byłem w biedzie. "Ecce homo" pozwalało mi się utrzymać przy życiu z żoną i trójką dzieci. W teatrze pensja była słaba - kaprysy dyrektora, czy cię obsadzi czy nie. Przez ten spektakl mogłem się też uwolnić od teatru - myślenia, że muszę być aktorem w jakimś teatrze - przyznaje.

Od czasu do czasu ktoś sobie przypomina o "Ecce homo" i mówi do artysty: "Słuchaj, Janusz, widziałem go piętnaście lat temu - chętnie zobaczyłbym jeszcze raz". - Nie wiem, dlaczego ludzie tak chętnie oglądają "Ecce homo" i tak bardzo się im podoba. Ten spektakl ma dla mnie jedną, niesamowitą wartość i jakość. Nic nie zmieniam w jego strukturze, ale za każdym razem mam poczucie, że on staje się od nowa. Ludzie teatru opowiadają sobie: "Wiesz, trzeba to robić tak, jakby to było pierwszy i ostatni raz". A ja przy "Ecce homo" nie muszę o tym myśleć - mówi aktor.

Marek S. Bochniarz

  • "Ecce homo. Jak się staje, kim się jest"
  • reż. i wyk. Janusz Stolarski
  • współpraca: Bogumił Gauden, Renata Stolarska
  • produkcja: Stowarzyszenie Teatralne Antrakt
  • Teatr Ósmego Dnia
  • 6.12, g. 19
  • bilety: 20-25 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019