Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

ZA PARTYTURĄ. Imperatyw tworzenia

- U Lidii Zielińskiej nigdy w żaden sposób nie zostałam jako osobowość muzyczna przymuszona do czegokolwiek. Zawsze odsłaniała coś przede mną, ale to ja wybierałam. To najlepsze, co można zrobić - obserwować, podpowiadać, ale nie egzekwować podobieństwa do swoich wyborów - mówi Katarzyna Tamborowska*, poznańska kompozytorka i skrzypaczka.

.
fot. archiwum prywatne

Pochodzi Pani z Krakowa, gdzie odbywa się wiele festiwali muzyki współczesnej. Na pewno więcej niż w Poznaniu. Nie było Pani szkoda zostawiać tego miasta?

Jak przyjechałam do Poznania, to nie miałam pojęcia, że zostanę tu na dłużej. Między innymi dlatego, że nie dostałam się na studia kompozytorskie w Krakowie, przyjechałam do tego miasta. Poznań był bardzo przyjazny dla studentów, dla młodych ludzi. Przyciągnął mnie zupełnie inną, swobodniejszą atmosferą. Czasem jest mi oczywiście szkoda, że opuściłam Kraków, miałam bardzo długi czas ogromnej tęsknoty za tym miastem, ale uporałam się z tym.

W Krakowie przez dwa lata uczyła się Pani u profesora Bogusława Schaeffera.

Z egzaminu na kompozycję, którego nie zdałam, wyszłam bardzo zrezygnowana. Padały tam stwierdzenia, że jako kobieta będę zajmować się domem i dziećmi, więc może nie warto studiować kompozycji. Mimo że nie zdałam egzaminu, profesor Schaeffer chciał ze mną porozmawiać i zaproponował mi lekcje indywidualne. Jeśli profesor podejmował pracę nad kimś, to były to lekcje nieodpłatne. To było ogromne zobowiązanie, żeby na każdą lekcję przychodzić przygotowanym. A był bardzo wymagający, często nieprzewidywalny. Kilka razy spotkały mnie zaskakujące stwierdzenia z jego strony, zupełnie skrajne, od bardzo dobrych recenzji tego, co zrobiłam, do fatalnych. Jak tylko coś w utworze było minimalnie niedopracowane, to w oczach profesora było beznadziejne.

To profesor Schaeffer skierował Panią do Poznania?

Padły dwie propozycje: "Mozarteum w Salzburgu albo jedź dziecko do Poznania, tam jest Lidia Zielińska". Nie byłam wtedy gotowa do wyjazdu za granicę.

Jak wspomina Pani studia w Poznaniu?

Wspaniale! Jeszcze bardziej doceniam je z perspektywy czasu. Porównując różne metody, jakimi byliśmy prowadzeni na studiach, u Lidii Zielińskiej nigdy w żaden sposób nie zostałam jako osobowość muzyczna przymuszona do czegokolwiek. Zawsze odsłaniała coś przede mną, ale to ja wybierałam. To najlepsze, co można zrobić - obserwować, podpowiadać, ale nie egzekwować podobieństwa do swoich wyborów.

Podobnie jak profesor Lidia Zielińska jest Pani skrzypaczką. I podobnie jak ona interesuje się Pani muzyką elektroakustyczną. Skąd ten zwrot?

Zawsze szukałam czegoś nowego. Ale też bardzo serio traktowałam wykonawstwo tradycyjne, nie byłam zrażona do tego, że muszę grać Wieniawskiego czy Paganiniego. Te utwory dzisiaj mnie nie interesują, ale mam do nich respekt. Oczywiście za mało wciąż wychodzimy poza ten klasyczny repertuar, na każdym poziomie. Nie ma okazji do improwizacji, poszukiwań.

Elektronika w Pani twórczości pojawiła się dopiero na studiach?

Tak, ale jako słuchacz byłam już zaprawiona, uczęszczałam na festiwale w Krakowie. Natomiast jak faktycznie działać z elektroniką, uczyłam się w Poznaniu.

Na jakim sprzęcie Pani tworzyła?

To były pecety, chociaż w studiu było jeszcze jakieś stare atari. Nadal jednak mówimy o sprzęcie o pojemności 1,5 G. I ta nauka była naprawdę podstawowa, ale pamiętam, że miałam ogromny zapał. Pamiętam też mój pierwszy utwór stworzony na tym sprzęcie. Był to Ping Violin Tape Pong na skrzypce i elektronikę.

Pani utwory były grane na wszystkich najważniejszych festiwalach. W Polsce w tamtych czasach wciąż chyba najbardziej prestiżowa była Warszawska Jesień. Jak wspomina Pani debiut na tym festiwalu?

To było miłe, ale nigdy nie celuję z utworami w te wielkie wydarzenia. Nie umiem się w tym poruszać, nie umiem o to zadbać. To, że ten debiut się zdarzył, było po prostu jakimś splotem przypadków. Tak samo interesuje mnie zagranie w klubie, jak na festiwalu.

Często w swojej twórczości odnosi się Pani do innych sztuk.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jest we mnie imperatyw tworzenia czegoś. Jeśli moje życie nie potoczyłoby się w kierunku muzyki, to pewnie odnalazłabym się w sztukach plastycznych.

Proszę opowiedzieć o swoich inspiracjach.

Ostatnio fascynuje mnie dział akustyki, który się nazywa cymatyka. Jest to bardzo ładne zjawisko przenoszenia fal dźwiękowych na stronę wizualną. Ta wymierność dźwięku wydaje mi się niesamowita i na różne sposoby dająca się przełożyć na formę utworu, na kształt dźwięków. Fascynuje mnie także stworzenie takiego mikrotonowego fraktalu - mikrotonowego w najdrobniejszym znaczeniu, w najdosłowniejszym. Każdy dźwięk ma swoją częstotliwość w hercach, lecz my używamy jakiegoś wycinka tych dźwięków. Marzy mi się wykorzystanie każdej częstotliwości.

Od czego zaczyna Pani pracę nad utworem?

Od pomysłu. Zupełnie odwrotnie niż dwadzieścia lat temu, kiedy pisałam dźwięki, a potem szukałam tytułu. Teraz, zanim zasiądę do partytury, mam ideę, wymyślam tytuł i piszę na temat. Tworzę ogólny zarys energetyczny utworu. Rozrysowuję taki szkic wizualny. Potem zastanawiam się nad doborem instrumentów.

A czy komponując, myśli Pani o słuchaczach?

Oczywiście! Nigdy nie miałam - a wiem, że są takie postawy - żadnej chęci, żeby słuchacza nauczyć tego, że utwór może trwać strasznie długo albo że może być na granicy wytrzymałości percepcyjnej. Uważam, że słuchanie muzyki powinno być dla słuchacza doświadczeniem w sferze przyjemności albo stworzyć u niego jakieś intelektualne przeżycie.

Proszę opowiedzieć o swojej pracy w Akademii Muzycznej. Czy dzisiejsi studenci są inni, niż była Pani w ich wieku?

To bardzo inspirująca praca, bo każdy ze studentów jest inną osobowością. Prowadziłam szereg zajęć grupowych, a od jakiegoś czasu mam swoją klasę kompozycji. Muszę przyznać, że o ile z zajęć w większym składzie można było wyjść i odpuścić pieczę nad grupą do następnego spotkania, o tyle lekcje indywidualne są dużo większą odpowiedzialnością. Ale to bardzo ciekawe zajęcia, wymieniamy się ze studentami obserwacjami, przyjaźnimy się i pozostajemy w kontakcie muzycznym. Nie chcę roztaczać wizji, że kiedyś było lepiej. Potrafię znaleźć wspólny mianownik między dzisiejszymi studentami a mną z przeszłości. Nie są to ludzie z innej krwi. Z drugiej strony mają kompletnie inne możliwości, łatwy dostęp do wszystkiego. Ja miałam problem ze znajdywaniem materiałów, wyjazdami na festiwale - oni mają to w zasięgu kliknięcia, ale w takim nadmiarze, że ich zadaniem jest selekcja. Z tą samą łatwością klikają największe dzieło i najsłabszą podróbę. Muszą dawać sobie radę z tym, żeby odróżnić jedno od drugiego.

rozmawiała Aleksandra Kujawiak 

*Katarzyna Taborowska - kompozytorka i skrzypaczka. Uczyła się u Bogusława Schaeffera oraz Lidii Zielińskiej. Jej utwory były wykonywane na wielu festiwalach muzyki współczesnej. Pracuje w poznańskiej Akademii Muzycznej.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020