Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

ZA PARTYTURĄ. Pół metra nad ziemią

- Nas kompozytorów uczy się od samego początku, że Świętym Graalem tej profesji jest wykształcenie indywidualnego, jedynego w swoim rodzaju języka muzycznego. Tak żeby z zamkniętymi oczami, po czterech taktach naszej kompozycji, ktoś za dwieście lat mógł powiedzieć: "To Klimek!" - mówi Piotr Klimek*, kompozytor, dyrektor Teatru Animacji.

Piotr Klimek fot. Grzegorz Gajos
Piotr Klimek, fot. Grzegorz Gajos

Znajduje Pan czas na komponowanie?

Muszę. W dalszym ciągu utrzymuję się głównie z tego, że jestem aktywnie działającym kompozytorem i abstrahując od samego aspektu finansowego, to jest po prostu niezwykła frajda. Nie mógłbym sobie tego odpuścić.

Jest Pan w ciągłej podróży między Szczecinem a Poznaniem. Gdzie Pan tworzy?

W tej chwili są trzy miejsca, w których uwielbiam tworzyć. Jest to studio, prysznic i mój samochód w czasie podróży.

Niestandardowo!

Pewnie możemy zadać sobie pytanie, co uważamy za proces tworzenia. Dla mnie niejednokrotnie pomysł, idea kompozycji jest tym sześćdziesięcioprocentowym sukcesem powstania dzieła. Dopisanie nutek czy zrobienie ostatecznej aranżacji dzieła to są już technikalia. Proces samego tworzenia koncepcji jest najistotniejszy.

Pana twórczość trudno sklasyfikować. Chyba szybko się Pan nudzi...?

Tak! I zdaję sobie sprawę, że jest to spory zarzut, zwłaszcza w akademickim podejściu. Nas kompozytorów uczy się od samego początku, że Świętym Graalem tej profesji jest wykształcenie indywidualnego, jedynego w swoim rodzaju języka muzycznego. Tak żeby z zamkniętymi oczami, po czterech taktach naszej kompozycji, ktoś za dwieście lat mógł powiedzieć: "To Klimek!". Ja mam z tym problem, bo bardzo szybko się nudzę jedną skostniałą konwencją. Moim ratunkiem jest muzyka teatralna. Ona daje pretekst do zanurkowania w różnych estetykach, językach muzycznych innych kompozytorów, eksperymentowania ze stylami, na które normalnie nie byłoby miejsca, bo obciach, bo to już było. W ogóle uważam, że to nie fair, że skoro coś już było zrobione, to ja nie mogę się już wypowiedzieć w tym języku! Ten imperatyw, który panuje na scenie muzyki współczesnej, ciągła potrzeba nowości, nie jest dla mnie do końca zrozumiały.

Dystansuje się Pan od tej sceny.

Przeszkadza mi jej jednorazowość. Mam wrażenie, że ciągle wracamy do fetyszyzowania muzyki jako celu samego w sobie. Mamy pisać muzykę coraz to nowszą, żeby stale zaskakiwać słuchacza. Fantastycznie, że kompozytorzy odkrywają nowe narzędzia, ale myślę o nich jak o inżynierach i lutnikach, którzy budują nowe instrumenty. Bo co by było, gdyby potraktować ich pracę z takim samym założeniem jak pracę kompozytorów? "O, fajna ta gitara, no ale to już było, proszę zbudować nową". No nie! Jest instrument, który ma tysiąc możliwości, jest syntezator, który ma takie brzmienia, że przez pięć lat można na nim komponować nowe utwory. Może też moje poczucie bierze się z tego, że nie mam potrzeby bycia pionierem. Dla mnie idea odkrywczego używania starych pomysłów jest fajniejsza niż idea odkrywania ciągle nowych lądów.

Czy mógłby Pan znaleźć jakiś ogólny, wspólny mianownik Pana utworów?

Hasłem, o które wykłócałem się od początku moich studiów, była emocja. Jestem głęboko przekonany, że muzyka nie jest celem. Jest jedynie narzędziem do uzyskania jakiegoś efektu w głowie, w sercu odbiorcy. Jeśli miałbym więc znaleźć wspólny element łączący moją twórczość teatralną, filmową oraz klasyczną, to będzie to posługiwanie się figurą emocji w muzyce. Lubię myśl, którą przekazał mi mój profesor, Gilius van Bergeijk. Mówił, że zadaniem kompozytora jest złapanie słuchacza za rękę i zaprowadzenie go w takie miejsce, w którym wcześniej nie był. On to oczywiście mówił, mając na myśli konieczność ciągłego bycia w awangardzie i eksperymentowania, a ja to sprytnie przeinterpretowałem na własną korzyść, myśląc o tym, że chcę złapać tego słuchacza i zaprowadzić go w takie miejsce, w którym on się uniesie pół metra nad ziemię i zapomni o rzeczywistości. Najtrudniejszym zadaniem w tym procesie jest zdobycie zaufania słuchacza. Żeby on mi tę rękę dał i potem za mną te kilka kroków wykonał. Często, kiedy zderzam się z muzyką współczesną, pomimo mojego wykształcenia, doświadczenia i oczytania w literaturze, nie daję ręki kompozytorowi. Jestem wgnieciony w fotel i nie potrafię za nim ruszyć.

Kompozytorzy powinni tłumaczyć swoją muzykę?

Nie wiem... Jeżeli muszę się wytłumaczyć ze swojego utworu, to chyba coś z nim jest nie tak. Utwór powinien sam się tłumaczyć. Istnieje jednak jeden element, który jest niezawiniony przez kompozytorów, a który musimy brać pod uwagę - jesteśmy społeczeństwem niewyedukowanym muzycznie. Moi nauczyciele w liceum i w Akademii Muzycznej nie potrafili wytłumaczyć mi całej muzyki XX wieku. Musiałem sam ją sobie rozgrzebać i ułożyć w głowie. Jeżeli my, branżowcy, nie mamy tych kompetencji, to tym bardziej nie ma ich meloman. W związku z tym możemy bardzo narzekać na tę sytuację, ale nie mamy prawa wręczać naszym odbiorcom nowej muzyki bez klucza do niej.

Pan nie poprzestał na narzekaniu i wziął sprawy w swoje ręce za pomocą edukacji.

To jest jedna z frajd w życiu, które mnie spotykają. Nauczanie jest przede wszystkim eliksirem młodości. Studenci zawsze będą weryfikować wiedzę, zawsze będą stawiać pod znakiem zapytania kompetencje. Ta konieczność spinania pośladków, kiedy spotyka się z młodzieżą, to jest cudowny test, który trzyma mózg na etapie ciągłej młodości. Jest takie słynne sformułowanie Zbyszka Cybulskiego, które jest potrzebne kompozytorom - konieczność "wąchania czasu". Nie chodzi tu o to, żeby być modnym, tylko żeby rozumieć, co się dzieje w otaczającej rzeczywistości. Spotykanie ze studentami jest najlepszą formą wąchania czasu.

Odbiorcami Pana muzyki są często dzieci. Jak się pisze muzykę dla nich?

To jest tworzenie dla drugiego człowieka, który jest o wiele bardziej krytyczny w stosunku do kompozytora niż człowiek dorosły, ponieważ nie jest uwikłany w żadne konwenanse czy konteksty sali koncertowej. W muzyce dla dzieci nie ma miejsca na ściemę. Tworzenie dla nich jest trudniejsze niż napisanie skomplikowanego intelektualnie utworu atonalnego, który wykonamy dla snobistycznej publiczności. Mało którego dorosłego stać na szczerą recenzję.

Czuje się Pan częścią społeczności kompozytorów?

W każdym środowisku jestem trochę obok. W teatrze jestem kompozytorem, a w środowisku muzycznym jestem tym facetem, co robi muzykę teatralną. Niby mam papiery, no ale... Wszędzie jestem nie u siebie, ale nigdy nie sprawia mi to dyskomfortu. Może ma to związek z tym, że jestem ciągle w podróży?

Dlaczego Pan komponuje?

Bo trochę potrafię? A chyba powinno się robić wyłącznie to, co się umie. Ja nie umiem, na przykład, sprzedawać. Po studiach pracowałem trzy miesiące w sklepie muzycznym i sprzedałem jedną harmonijkę ustną, ale tylko dlatego, że facet się uparł.

rozmawiała Aleksandra Kujawiak

*Piotr Klimek - kompozytor, wykładowca, producent muzyczny. Jest absolwentem Akademii Muzycznej w Poznaniu oraz Królewskiego Konserwatorium w Hadze. Od 2017 roku dyrektor Teatru Animacji.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020