14 marca 2026 roku na deskach Teatru Muzycznego w Poznaniu miała miejsce premiera głośnego spektaklu osadzonego w realiach Poznańskiego Czerwca 1956. Opowiada on o skomplikowanych poznańskich losach w latach 50. i karmi się przebojami zespołu Maanam, które stały się "nie tyle tłem, co komentatorem opowieści o buncie, opresji, miłości i walce o chleb". Co znamienne, przywołany spektakl, oprócz wysokich walorów artystycznych oraz istotnego kontekstu rocznicowego, za sprawą swego mocnego tytułu siłą rzeczy zabrał głos w terminologicznej dyskusji, która toczy się wokół Czerwca 1956 od kilkudziesięciu lat. Ów spór dla jednego z najważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach Polski ma znaczenie fundamentalne. Pozwala bowiem na utrwalenie w przestrzeni publicznej jednoznacznie antysystemowego oblicza Poznańskiego Czerwca 1956 oraz zbudowanie wokół niego emocji kształtujących poznańską tożsamość i dumę. Wszystko to, choć na pozór oczywiste, przez kilka dekad tak proste bynajmniej nie było. O pamięć Czerwca 1956, a tym samym o jego dobre imię, zwłaszcza do 1989 roku, trwała bezpardonowa walka, w ramach której ścierały się dwie strony: komunistyczne władze i społeczeństwo.
Dla sprawującej dyktatorską władzę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej "Poznań" od początku był śmiertelnym zagrożeniem, które należało jak najszybciej zneutralizować. Wojskowa pacyfikacja miasta, masowe zatrzymania i aresztowania, brutalne przesłuchania oraz planowane procesy to jednak nie wszystko. Gra, której areną były poznańskie ulice, miała zdecydowanie wyższą stawkę. Była nią legitymizacja władzy, którą partia mieniąca się "robotniczą" 28 czerwca 1956 roku w widowiskowy sposób straciła. To właśnie z tej przyczyny w ślad za czołgami pacyfikującymi Poznań uruchomiono jeszcze jedną machinę, tym razem tę propagandową. Miała ona przekonać społeczeństwo PRL, że w Poznaniu nie doszło do strajku, buntu czy też robotniczej rewolty. Przeciwnie. W świetle "Listu do wszystkich komitetów PZPR", czyli de facto pierwszej partyjnej wykładni Poznańskiego Czerwca 1956, stolica Wielkopolski stała się "terenem krwawych zajść" sprowokowanych przez "wrogów władzy ludowej żerujących na niezadowoleniu niektórych grup ludności". W kolejnych fragmentach cytowanego dokumentu do "zajść" dołączyły "zamieszki", "prowokacja", "kontrrewolucyjna awantura", wreszcie "wroga dywersja". Z kolei uczestnicy Czerwca zostali zidentyfikowani na jego łamach jako "wrogowie władzy ludowej", "dywersanci" oraz "imperialistyczni agenci". Wydaje się, że tę wielką obawę przed utratą twarzy i władzy przez PZPR i jej ludzi błyskotliwie rozpoznał Albert Camus będący m.in. pod negatywnym wrażeniem radiowego przemówienia premiera Józefa Cyrankiewicza, w którym ten ostatni groził odrąbaniem ręki każdemu, kto ponownie zapragnąłby podnieść ją na "ludową władzę". Wielki francuski intelektualista w swej słynnej mowie pt. Poznań, odczytanej w lipcu 1956 roku w paryskiej Salle Wagram, pisał: "Ogień polskiego powstania oświetlił wszystkim upadek i nędzę skorumpowanej rewolucji. W obliczu tego upadku nie można już dzisiaj mówić o ślepcach czy naiwnych. Pozostali jedynie - wspólnicy".
W ten oto sposób w przestrzeni publicznej wolnego świata pojawił się w odniesieniu do Poznańskiego Czerwca 1956 zakazany w PRL termin: "powstanie". W prasie zachodnioniemieckiej oraz angielskiej był on zresztą wykorzystywany po wielekroć. Nad Wisłą i Wartą jego bieżącą eliminacją zajmowała się cenzura prewencyjna, co nie oznacza, że nie funkcjonował on w sferze prywatnej nawiązującej w prostej linii do atmosfery panującej 28 czerwca 1956 roku na poznańskiej ulicy. W partyjnych oraz ubeckich raportach spisanych tuż po Czerwcu, w których wskazywano na nastroje społeczne towarzyszące "poznańskiej prowokacji", powstańczych odniesień znajdziemy zresztą bardzo dużo. Weźmy dla przykładu jednego z demonstrantów komentującego na gorąco, "że powstanie jest w całym kraju, że już wszędzie padła komunistyczna władza, że w Warszawie cały rząd został rozstrzelany i UB rozbite", toteż po zdobyciu gmachu WUdsBP w Poznaniu (Wojewódzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Publicznego - przyp. red.) "już cała Polska będzie wolna". Ranny w Poznańskim Czerwcu 1956 literat Egon Naganowski pisał tak: "Zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie zadziwiająco szybko zjawiły się dwie dziewczyny, które przedstawiły się jako »powstańcza służba sanitarna« (zupełnie jakby przyfrunęły z dni powstania warszawskiego), ściągnęły mi marynarkę i założyły prowizoryczny opatrunek, a potem dwaj mężczyźni zanieśli mnie - choć chciałem iść o własnych siłach - przez jakieś mieszkanie na inną klatkę schodową, wychodzącą na ul. Dąbrowskiego". Z kolei w przechwyconych przez bezpiekę prywatnych listach znajdziemy sporo fragmentów takich jak ten: "Bardzo bym chciała, by takie powstanie ogarnęło cały kraj i żebyśmy się uwolnili wreszcie od tych ruskich sobak i w ogóle zmienili ustrój. Szkoda mi tylko tych ludzi, którzy tam niepotrzebnie zginęli".
Wszystkie przywołane relacje miały charakter prywatny, narracyjny i nie skupiały się na wskazywaniu konkretnych elementów Czerwca 1956 spełniających kryteria definicji powstania. Ich autorom szło raczej o szeroką gamę indywidualnych odczuć, atmosferę walczącej ulicy, które warunkował w znacznym stopniu przebieg gwałtownie zmieniających się wydarzeń. Nieporównywalnie większy kaliber miała jednak sytuacja, gdy po powstańczą terminologię sięgali polscy uczeni. Jednym z nich był wybitny socjolog prof. Józef Chałasiński (jesienią 1956 r. zasłynął, występując w roli biegłego w procesach poznańskich), który we wrześniu 1959 roku wziął udział w odbywającym się we Włoszech Światowym Kongresie Socjologicznym. Wygłosił tam odważny referat pt. "Socjologia i mitologia społeczna w powojennej Polsce", w którym podkreślał, że to "powstanie poznańskie w czerwcu 1956 roku przerwało mit o socjalistycznym narodzie", zaś "klasy pracujące zaprotestowały przeciwko tworzeniu mitów". Reakcja władz była błyskawiczna. W listopadzie 1959 roku sekretarz KC PZPR Edward Ochab przygotował projekt uchwały Rady Ministrów w sprawie odwołania prof. Chałasińskiego ze stanowiska zastępcy sekretarza naukowego PAN z powodu "niewłaściwego i nielojalnego zachowania się" uczonego we Włoszech. Wnioskowane odwołanie szybko stało się faktem, a w parze z nim poszły kolejne restrykcje: pozbawienie katedry na Uniwersytecie Łódzkim oraz uchylenie mandatu delegata PRL w UNESCO. Nie trzeba chyba dodawać, że tak obcesowe potraktowanie czołowego polskiego uczonego miało pełnić dyscyplinującą rolę wobec tych przedstawicieli świata nauki, którzy w przyszłości pragnęliby sięgać w swoich badaniach po jakiekolwiek Czerwcowe odniesienia, nie posiadając przyzwolenia władz.
Swoją drogą przyzwolenie władz miało zupełnie odwrotny charakter, by przywołać tylko literackie dokonania Bogusława Koguta, które trudno nazywać inaczej niźli tylko utrwalaniem "złej pamięci" o Czerwcu. Główny bohater jego powieści z 1967 roku pt. "Jeszcze miłość" trafił na ulice zrewoltowanego Poznania, gdzie spotyka przechodnia określającego mianem "powstańców" tych, którzy właśnie rozbili więzienie oraz Studium Wojskowe. Na takie dictum wszystko się w bohaterze Koguta buntuje. Jest wyraźnie oburzony: "Słowa powstańcy, powstanie - nie pasowały do niczego, to były słowa ważne i poważne, słowa do podręcznika i na jubileusz", potem zaś kpi: "Powstaniec spod kurewskiej gwiazdy. Dno". W parze z usłużną literaturą szła historiografia PRL, która regularnie deprecjonowała Czerwiec 1956, sprowadzając go do roli "tragicznych wypadków", "zajść", "wystąpień", "zaburzeń" etc. W latach 60. i 70. wyraźną kontrą wobec owego niesprawiedliwego obrazu były programy Radia Wolna Europa, na falach którego regularnie pojawiała się czytelna tendencja do definiowania Czerwca 1956 jako powstania.
Kluczową cezurą w nazewniczej dyskusji toczącej się wokół Czerwca 1956 w PRL pozostaje jednak rocznicowy rok 1981. W czasie sesji naukowej pt. "Poznański Czerwiec 1956 w świetle nauk społecznych", odbywającej się 27 czerwca 1981 roku w Collegium Minus UAM, prof. Lech Trzeciakowski, sięgając po dziewiętnastowieczne analogie (m.in. powstanie tkaczy lyońskich w 1831 r.), zaproponował bowiem, aby wydarzenia będące przedmiotem sesji określać odtąd mianem "Powstania Poznańskiego 1956", co spotkało się z owacyjnym przyjęciem ze strony publiczności. Stan wojenny zamknął oczywiście tę dyskusję, która na nowo rozgorzała już w III RP, zwłaszcza w okolicach 50. rocznicy Czerwcowego zrywu Poznaniaków. Jej trwałym śladem pozostaje nazwa Muzeum Powstania Poznańskiego - Czerwiec 1956 w Poznaniu.
Piotr Grzelczak
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026