Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

MALTA FESTIVAL. W samym środku teatralnej entropii

Empedokles, Friedrich Hölderlin, Mark Rothko, Edward Morgan, Romeo Castellucci. I koszmar, z którego nie można się obudzić.

fot. Christophe Raynaud de Lage / WikiSpectacle / materiały Malta Festival Poznań
fot. Christophe Raynaud de Lage / WikiSpectacle / materiały Malta Festival Poznań

Którą bramą wyjść z tego spektaklu? Jakim kluczem ją otworzyć? Gdzie znaleźć mapę? Czytać to przez opowieść o antycznym filozofie, który próbował opisać zmienność świata i znaleźć w tej zmienności harmonię? Przez niedokończoną tragedię szaleńczo zakochanego romantycznego niemieckiego pisarza, który napisał o śmierci antycznego filozofa cieszącego się miłością bogów i tracącego tę miłość, kiedy poczuł, że może być (jest) im równy? Przez biografię (a może raczej wrażliwość) amerykańskiego malarza z Łotwy, malującego obrazy-portale, którymi niektórzy przechodzili ponoć "na drugą stronę rzeczywistości". Przez dźwięki wydobywające się z czeluści największej w Drodze Mlecznej czarnej dziury, które słyszymy dzięki amerykańskiemu uczonemu Edwardowi Morganowi? Przez wyobraźnię włoskiego reżysera, który spotkał ich wszystkich w jednym czasie i jednym miejscu, a nas zaprosił na to spotkanie, dodając jeszcze "coś" od siebie. To "coś", to jego własny lęk przed nieskończonością i jego własna, wszechogarniająca tęsknota za nią.

Wszyscy oni - filozof, poeta, malarz, uczony, reżyser - przekraczają w jakiś sposób różne granice: rozsądku, racjonalności, wyobraźni, sztuki, ludzkiego prawa, które nakłada na człowieka nakazy i zakazy, mające nie tyle utrzymać świat w ryzach (jak zwykliśmy myśleć, łącząc to z poczuciem ograniczania wolności), ile chronić nas przed obłędem. W konsekwencji przekroczone zostają także granice samego obłędu. A on jawi się tu jako jedyna droga do człowieczeństwa - piękna i straszna, pociągająca i przerażająca.

Ten spektakl to koszmar. Jak się z niego obudzić? Albo jak go ogarnąć?

Co zrobić z obrazem dziesięciu kobiet odcinających sobie języki i psa, który te języki zjada? Jak uwierzyć, że czarna pulsująca otchłań to tylko chmura piór rozwiewanych teatralnym wiatrem? Na jaki język przetłumaczyć gesty aktorek odgrywających role antycznych mężczyzn? Dlaczego to są aktorki? Jak znaleźliśmy się w sali gimnastycznej? Co zrobić z ciałem martwego konia? Gdzie wyznaczyć granicę między grafomanią a metafizyką? Między wzruszeniem a kiczem? Ktoś się odważy? A może porozmawiamy o sztuce?

Można pewnie mieć do Castellucciego pretensje o namnożenie symboli przyprawiających o zawrót głowy i karmienie nas złudzeniem, że się to wszystko układa w spójną całość, choć się przecież ułożyć nie może, więc na końcu tej zagadki-rebusu musi nas czekać wyłącznie rozczarowanie. Ale co z tego? Złościć się, że jego spektakl może puchnąć w nieskończoność i w nieskończoność się kurczyć? Że wsysa nas i wypluwa? Że reżyser włożył w jego wnętrze "wszystko" i tego "wszystkiego" jest za dużo, więc może nas zaprowadzić wyłącznie donikąd, do punktu wyjścia czyli do nas samych. Przecież on nie udaje demiurga, choć jest mistrzem teatralnego efektu totalnego. Równie dobrze możemy się więc wściekać na siebie, że "siejemy" - z pokolenia na pokolenie - i lęk przed bezkresem, i tęsknotę za rozpłynięciem się w nieskończoności. A one sprzęgają się wzajemnie i napędzają. Nie jak maszyna, ale jak maszynka do mielenia nas.

Empedokles, od którego się ta sceniczna historia zaczyna, wyznawał istnienie czterech żywiołów i dwóch afektów: miłości i waśni. Jego kosmogonia wydaje się prosta, za prosta, ale czy w gruncie rzeczy wykroczyliśmy choć o krok poza nią, mnożąc teorie, religie, ideologie i prądy artystyczne? Nie wiemy więcej. Nie boimy się mniej. I wciąż wierzymy w dwa afekty: ten, który niszczy i ten, który ocala. Niezależnie od tego czy kochamy boga w człowieku, czy człowieka w bogu. Psa w człowieku, czy człowieka w psie. Konia w koniu. Niezależnie od tego, jak bardzo się boimy człowieka w sobie.

Czytajmy więc ten spektakl przez wszystkie nasze własne "nie odchodź": wypowiedziane, usłyszane, przemilczane. Czytajmy go przez chęć odcięcia sobie języka, żeby już nigdy nie móc tego powiedzieć. My: mężczyźni i kobiety. Ci którzy zaglądali do czarnej dziury i ci, którzy omijają ją dużym łukiem. Castellucci boleśnie przypomina i sobie, i nam o tym, że jesteśmy ludźmi. Tylko.

Ewa Obrębowska-Piasecka

  • "The Four Seasons Restaurant" Societas Raffaello Sanzio
  • spektakl będzie jeszcze grany 25 i 26.06, g. 21