Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

"Don Giovanni" (nie)kameralnie

Teatr Wielki, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem sezonu artystycznego 2021/2022, zaproponował widzom spektakl Don Giovanni w reżyserii Rana Arthura Brauna. Wprawdzie słowa i muzyka były w całości materiałem autorstwa W.A. Mozarta i Lorenzo da Ponte, jednak poznańska wersja intensywnie zaingerowała w kształt opery jaki dotychczas znaliśmy.

, - grafika artykułu
fot. materiały Teatru Wielkiego

Taki był zresztą zamysł twórców - spektakl nie miał być kolejną prezentacją historii, którą dobrze znają wszyscy zainteresowani operą. Zresztą które dzieła tak wdzięcznie poddają się próbom reinterpretacji i poszukiwaniu nowych rozwiązań, jak właśnie nie dogłębnie poznane już klasyki? W założeniu miała to być podróż w głąb osobowości głównego bohatera, przez którego pamięć przewijają się strzępy wspomnień brawurowych przeżyć - i rzeczywiście forma premierowej realizacji Teatru Wielkiego była bardzo poszarpana. Z partytury wycięta została większość numerów, pozostałe zostały niekiedy skrócone tak, że z prawie trzygodzinnego dzieła zostało około 80 minut materiału. Spore cięcia materiału muzycznego jak i aparatu wykonawczego (opera wykonana była z fortepianowym towarzyszeniem odpowiedzialnej za kierownictwo muzyczne Oleny Skrok), były poniekąd wymuszone przez remont głównej sceny Teatru Wielkiego i potrzebę korzystania z innych przestrzeni Poznania - w tym przypadku należący od niedawna do Akademii Muzycznej budynek dawnego kina Olimpia.

Sama inscenizacja nie miała już jednak znamion kameralności. Na scenie przez cały czas trwania spektaklu znajdowała się spora liczba dekoracji i rekwizytów: wielkie maski karnawałowe, manekiny pokryte imionami byłych kochanek, szpady, pistolety, siekiery, młot pneumatyczny, maska złotego jednorożca, a nawet rolka papieru toaletowego i odświeżacz powietrza w sprayu. Działań scenicznych również było co nie miara - głównej akcji w tle często towarzyszyły inne, opowiadające równoległe wydarzenia, chociaż bliższym określeniem byłoby raczej słowo "gagi". A co można było zobaczyć? Leporella zabijającego ojca Donny Anny; Don Giovanniego przerywającego Là ci darem la mano by zażyć viagrę, a kilka scen później idącego eksplicytnie do WC za głębszą potrzebą; pompowanie manekina na drugim planie w celu wyciśnięcia do szklanki z różnych części ciała jakiegoś soku w celach spożywczych; Dona Ottavio śpiewającego o pocieszeniu, podczas gdy gestem każe Donnie Annie zabierać walizki i się wynosić; niezliczoną ilość bójek, w tym ciosów w krocze; machanie wszelaką bronią i koniec końców zbiorową śmierć wszystkich postaci.

Szokujących pomysłów było sporo, ale mogłyby być one interesujące gdyby nie to, że ostatecznie nie zostały rozwinięte. Wprawdzie forma miała trochę przypominać przewijanie filmu, lecz brak pociągnięcia jakiegoś motywu przewodniego raczej wprowadził chaos w odbiorze niż przybliżył postaci opery współczesnemu odbiorcy. Kopnięcie w krocze nie staje się przecież samo w sobie środkiem wyrazu - pozostaje tylko jednym z wielu kopnięć w krocze. Również sam pomysł przedstawiony w zapowiedziach spektaklu, czyli ukazanie Don Giovanniego jako archetypu ludzkich zachowań i pasji, mógłby być szalenie inspirujący, lecz ta propozycja nie wybrzmiała wystarczająco klarownie w spektaklu.

Inną szumnie zapowiadaną cechą przedstawienia miało być połączenie stylów muzyki klasycznej, rocka oraz rapu. Strzałem w dziesiątkę okazało się zaangażowanie Andrzeja Łysowa, który dodał ognia do serenady Deh, vieni alla finestra zastępując mandolinę gitarą elektryczną. W ten sam sposób ożywiona została scena balu u Don Giovanniego, gdzie do fortepianu i gitary dołączyły jeszcze dwie skrzypaczki i dwóch kontrabasistów, w udany sposób podkreślając unikatowy zabieg Mozarta, czyli równoczesne zagranie trzech różnych tańców dla trzech różnych klas społecznych. Udział rapu miał być najbardziej charakterystycznym elementem spektaklu i często to właśnie ten temat pojawiał się podczas akcji promocyjnych Don Giovanniego. Na potrzeby tego spektaklu w lutym odbyła się na scenie Teatru Wielkiego bitwa na rap, której zwycięzca miał być zaangażowany w powstawanie dzieła. Tutaj niestety przedstawienie rozczarowało najbardziej - nie dość, że obecność rapu ograniczyła się do kilku krótkich wstawek pomiędzy numerami opery, to jeszcze zwycięzca bitwy (Kornel "Koro" Regel) nie był obecny na scenie in personam, lecz tylko w formie nagrania.

Jakkolwiek próby ingerowania w dzieło, choć kontrowersyjne, mogą prowadzić do ciekawych rezultatów, tak obecność środków wyrazu bez rozwiniętego celu ich użycia nie wnoszą za dużo do sztuki. W końcu sama kontrowersyjność i niesztampowość jest już od dłuższego czasu obecna na scenach, tak więc sama w sobie przestaje być czymś nadzwyczajnym, a wręcz staje się przewidywalna. Mimo wszystko nie sposób odmówić spektaklowi pewnego rodzaju widowiskowości - kolory, ruch oraz połączenie światła i dymu niewątpliwie przyciągały oko. Niemniej jednak, kiedy światła zgasną, muzyka ucichnie, a emocje po spektaklu opadną, to czy zostanie coś jeszcze? Na to pytanie odpowiedzieć sobie będzie musiał już sam widz, obserwowany ze sceny przez trzy wielkie, ironicznie uśmiechające się maski.

Kamil Zofiński

  • W.A. Mozart, Don Giovanni
  • reż. Ran Arthur Braun
  • kier. muzyczny Olena Skrok
  • Akademicki Teatr Muzyczny Olimpia
  • 11.09

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021