Mówicie, że "Listy są ciągle w drodze". To dobrze pasuje zarówno do Waszej historii - wciąż przecież młodego zespołu - jak i do "Dolecz się", debiutanckiej, dopiero co wydanej płyty, zaczynającej się od "Wjazdu" i prowadzącej przez miasto, sen, jesień, samotność... Co pojawiło się jako pierwsze: potrzeba założenia zespołu, Twoje teksty czy wyobrażenie tej podróży, która z czasem zaczęła łączyć poszczególne utwory?
Zaczęło się od założenia zespołu. Na początku nie mieliśmy wyznaczonego żadnego kierunku. Cyprian nie miał dźwięków, ja nie miałem słów. Nasze pierwsze spotkania miały bardziej charakter edukacyjny niż twórczy. Nigdy nie pisałem piosenek po polsku, więc musiałem się przemóc, by coś z siebie wykrzesać. W końcu kliknęło. Powstała piosenka "Listy", od której wzięła się nazwa naszego zespołu, a wraz z nią - zarys fabuły, która spaja naszą płytę. Potem pojawiło się, tak jak wspominasz, wyobrażenie podróży i jej poszczególnych przystanków. Każdy zwrot w tej historii jest piosenką na naszym debiucie.
Podobno Wasze "Listy" narodziły się przede wszystkim z próby przełożenia poezji na język muzyki, a ich pierwszą formą były enigmatyczne teksty otoczone surowym noise'em. Jak wyglądało dochodzenie od tego pierwotnego, bardziej intuicyjnego pomysłu do zespołu, który opowiada już konkretną historię i świadomie porusza się pomiędzy balladą, punkiem, folkiem, melorecytacją oraz hałasem?
Zaczynaliśmy od noise'u i lo-fi, bo uznaliśmy, że tak będzie prościej. Chyba obaj mieliśmy wtedy zajawkę na muzykę z tego nurtu. Z czasem wyszła na jaw potrzeba konceptualizacji wszystkiego. Niełatwo było nam opowiadać historię za pomocą ciężkich szumów i niezrozumiałych tekstów. Skład też się zmieniał. Na początku miało być nas tylko dwóch, jednak kiedy skończyliśmy pracę nad płytą, udaliśmy się do Jakuba Gruszki i Mateusza Pogonowskiego, prosząc ich o pomoc w przełożeniu naszego materiału na formę koncertową. W ten sposób staliśmy się "poprawnym" zespołem. Na dobre i na złe.
Mówicie, że inspirujecie się polską liryką, ale jednocześnie "obdzieracie ją z klasycznych brzmień". Od czego właściwie chcecie ją uwolnić - od przyzwyczajeń związanych z poezją śpiewaną, od dekoracyjności, od zbyt nabożnego traktowania słowa? I jacy autorzy albo jakie tradycje literackie rzeczywiście stoją za tekstowym światem Listów?
Każdy poważny człowiek musi mieć swoją poważną opinię. Ja uważam, że poezja została pożarta przez muzykę, a poezja śpiewana jest nie wiadomo czym dla nie wiadomo kogo. Kuflem piwa dla Świetlickiego i kolejną wypłatą dla Grzegorza Turnaua. Nie wymyślamy koła na nowo, nie obdzieramy polskiej liryki z niczego poza jej nieustanną ciągotą do bycia zaszufladkowaną w konkretnej epoce literackiej. Dalej można pięknie mówić w rytm kapeli, będąc ubranym w garnitur, by potem kulturalnie się obrzygać. Dalej można tworzyć underground, pisząc popowe piosenki o miłości. Wyzwolić się należy nie tylko z mainstreamu i sztampy, ale także z próby bycia wyjątkowym i niszowym na siłę. Poezja śpiewana umarła, niech żyje poezja śpiewana.
Na "Dolecz się" tęsknota tworzy postaci, miejsca i całą opowieść. Album prowadzi do sennego miasta, pokazuje jego mieszkańców i szuka sposobu, aby je opuścić. To przestrzeń realna czy całkowicie wewnętrzna - zbudowana z pamięci, doświadczeń i rzeczy, które człowiek zabiera ze sobą nawet wtedy, gdy fizycznie już wyjechał?
Miasto znajduje się poza realną mapą Polski, jednak istnieje jak najbardziej fizycznie. W pewnym sensie jest to zarówno przestrzeń realna, jak i zupełnie wewnętrzna. To miejsce, w którym człowiek musi stanąć twarzą w twarz ze swoim brakiem, tęsknotą, niepewnością, złością, by ostatecznie podjąć decyzję: wyjeżdżam czy zostaję tu już na zawsze? Dla mnie ideą opuszczenia tego miejsca było zebranie całego bagażu emocjonalnego, jego dokładna inwentaryzacja i analiza. Nie można stąd wyjechać, nie rozprawiwszy się w całości ze swoim problemem. Jeżeli czegoś zapomnisz w mieście tęsknoty, będziesz musiał kiedyś po to wrócić.
Listy to Gorzów Wielkopolski, ale także Poznań. Obaj tutaj mieszkacie. Czym jest dla Was to miasto: najbliższym większym obiegiem, drugim artystycznym domem, a może właśnie tym miejscem ucieczki z albumowego miasta?
Długo żyłem w schemacie ucieczki. Każdy kierunek, który obierałem, nie był związany z celem, który chciałem osiągnąć, tylko z tym, od czego chciałem uciec. Tak też było z Poznaniem. Był czas, kiedy uciekałem do Poznania, i był czas, kiedy musiałem z niego uciekać. Gorzów w tym momencie jest ludźmi, którzy tam zostali, i ludźmi, którzy wracają tam na specjalne okazje. Diaspora gorzowska w Poznaniu jest bardzo duża. Gdziekolwiek spojrzę, widzę swoich i daje mi to duży komfort. Poznań z kolei to bardziej skomplikowana sprawa. Wiem, że w najbliższych latach to właśnie tutaj czekają mnie rozwój, praca i relacje. Jednak nie wiążę z nim swojej przyszłości. To dla mnie miasto umiarkowanego komfortu: na tyle spokojne, bym nie oszalał do cna, ale też na tyle wymagające, by cały czas w jakimś stopniu pozostawać aktywnym.
Jesteście poszukiwaczami "sentymentów, którymi żyje nasz kraj". To bardzo szeroka deklaracja. Jakich konkretnie polskich sentymentów szukacie: przywiązania do przegranych historii, a może pewnej narodowej skłonności do pielęgnowania ran zamiast ich leczenia?
Psychogeografia Polski jest dla mnie rzeczą bardzo ciekawą. Definiują nas niedawno odzyskana niepodległość, PRL, a także bycie ekonomicznie skolonizowanymi przez Zachód i Stany Zjednoczone. Potrafimy żyć bardzo szybko, nie brzydzimy się konsumpcją i pędem, a jednocześnie romantyzujemy wartości naszych przodków, tych bliższych i tych dalszych. Patrzymy w przeszłość z nostalgią, jakby było tam coś bardziej prawdziwego niż to, co realnie mamy przed sobą. Na ten moment sięgnąłem po motyw bardzo prosty: tęsknotę. Rzecz wszechobecną, czczoną niczym bożyszcze w romantyzmie. Co będzie następne? Nie wiem. Myślę, że coś bardziej skomplikowanego.
Sam tytuł "Dolecz się" brzmi jednocześnie jak wyraz troski, polecenie, diagnoza i zniecierpliwione odrzucenie kogoś, kto nadal nie potrafi sobie poradzić. Dlaczego interesował Was właśnie ten proces "doleczania", a nie bardziej jednoznaczna obietnica całkowitego wyleczenia?
Przyznam, że w tym momencie dalej jestem w procesie doleczania, a dokładniej - doleczania się z zapalenia oskrzeli. Jestem osobą, która perpetualnie znajduje się w stanie chorobowym. Jeżeli jakiś lekarz czy inny konował to czyta, to proszę o pomoc. Kolokwialnie mówiąc, tęsknota na naszej płycie traktowana jest niczym choroba. Doleczanie zakłada, że proces leczenia już się rozpoczął, albo nawet się skończył, niestety jednak z marnym skutkiem. Człowiek dolecza się po chorobie, kiedy nie wyleczył jej poprawnie. Kiedy myślał, że wszystko już jest okej. Kiedy tydzień po chorobie, z lekkim kaszlem, idzie wypić osiem piw, a potem budzi się z kaszlem i cały proces musi zaczynać od nowa. Kiedy, cytując Osiecką, "Prawie już o tobie nie myślę", ale potem dzwonisz do mnie w nieważnej sprawie, a ja cały proces niemyślenia o tobie muszę zaczynać od nowa. Doleczanie się to proces ciągły, nie istnieje jednoznaczna obietnica całkowitego wyleczenia.
Jeszcze przed premierą określiliście "Dolecz się" jako pierwszą część podróży. Dokąd Listy chciałyby teraz dotrzeć, żeby zarazem nie przestać być zespołem pozostającym w drodze?
Objawiło mi się w snach, wizjach i marach barowych, że następne miejsce bohaterowie Listów odwiedzą z własnej woli, na własnych zasadach. Będą ćwiczyć sprawczość, zachłysną się nią, poczują wszystkie jej konsekwencje. Myślę, że przede wszystkim będą się dobrze bawić.
Rozmawiał Sebastian Gabryel
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026