Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Muzyka wiodąca ku nieskończoności

Dwaj współcześni artyści światowego formatu - Kirill Gerstein i Pietari Inkinen - spotkali się, aby zmierzyć się z muzyką Beethovena i Czajkowskiego.

Kirill Gerstein. Fot. M. Borggreve - grafika artykułu
Kirill Gerstein. Fot. M. Borggreve

Gdy na jednej scenie pojawiają się tak wyraziste osobowości - nie tylko utalentowane, ale i szczerze oddane swojej pasji - wydarzenie jest z góry skazane na sukces. Tak było i tym razem, gdy w piątkowy wieczór przestrzeń koncertową podzielili między siebie rosyjski pianista Kirill Gerstein, uważany przez krytyków za jednego z najbardziej intrygujących i wszechstronnych muzyków, oraz Pietari Inkinen, pochodzący z Finlandii dyrygent, od 2008 roku pełniący rolę dyrektora muzycznego New Zealand Symphony Orchestra.

Pod ostrzałem cesarza

Zamiłowanie do wynikających ze świadomości własnego geniuszu popisów, które miały stanowić niezaprzeczalny dowód jego mistrzostwa w grze na fortepianie, prowokowało Beethovena do tworzenia dzieł szalenie trudnych, niemal karkołomnych pod względem wykonawczym. Pozwalało mu to nie tylko konsekwentnie budować swoją legendę, ale i grać na nosie konkurentom - według relacji kompozytora - wystającym pod jego oknami z nadzieją, że uda im się przechwycić wymyślane przez niego frazy do własnych utworów.

Kirill Gerstain tym bardziej zasługuje zatem na podziw, skoro podjął się tego iście szaleńczego wyzwania, w dodatku radząc sobie z nim imponująco. Cesarskość "Koncertu fortepianowego nr 5 op. 73 Es-dur", do której odnosi się dodany już po śmierci kompozytora podtytuł, nawiązuje do majestatycznego charakteru tego dzieła, doskonale oddanego przez pianistę oraz poznańskich filharmoników, jak również do okoliczności, w których został napisany. Beethoven stworzył go, ukrywając się w piwnicy brata, gdy Wiedeń bronił się przed oblężeniem i ostrzałami wojsk napoleońskich.

Z szacunkiem dla klasyka

Zadziwiającą lekkość, zwinność i precyzję utalentowanego Rosjanina można było dostrzec już w solowych, kaskadowych motywach, następujących po pysznych, majestatycznych akordach otwierających koncert. Zresztą, któż inny mógłby z takim wdziękiem oddać niemal improwizowane, nowatorskie frazy - najlepiej świadczące o tym, że Beethoven zdołał prześcignąć swoją epokę - jeśli nie muzyk o klasycznej i jazzowej proweniencji? Lekcje gry na fortepianie jazzowym Gerstein pobierał w amerykańskiej Berklee College of Music w Bostonie.

Ogromna wrażliwość, pozwalająca mu z wielkim szacunkiem i głębokim zrozumieniem, a zarazem za pomocą własnego języka, odnosić się do całego spektrum emocji uwiecznionych przez Beethovena w tej kompozycji, zasługuje na najwyższą pochwałę. Jego gra pozwoliła nam na chwilę zajrzeć do bogatego, muzycznie doskonałego wszechświata, powołanego do życia przez ostatniego z klasyków wiedeńskich.

Kto gra pierwsze skrzypce?

Pisząc o koncercie fortepianowym Beethovena nie można pominąć pewnej istotnej kwestii, jaką jest podejście kompozytora do roli pianisty. W przeciwieństwie do koncertów mozartowskich, zmienił on układ sił w tej formie muzycznej na korzyść fortepianu, wynosząc go ponad orkiestrę. Być może miało to związek z jego miłością do tego instrumentu. Dzięki temu podczas koncertu gwiazda Gersteina świeciła podwójnym blaskiem, ponieważ jego wyższość została narzucona przez samego twórcę. Już od początku wiemy, kto tutaj rządzi, kto jest bohaterem.

Jest to o tyle ciekawe, że wiedeński kompozytor sam lubił zasiadać za fortepianem podczas premierowych wykonań swoich utworów (w tamtych czasach była to rzecz zupełnie naturalna - twórcy sami prezentowali swoje kompozycje spragnionej nowości publiczności), a "Koncert nr 5" jest jedynym, z którym, przez wzgląd na postępującą głuchotę, Beethoven już nie zdołał się zmierzyć.

Fatum rosyjskiego romantyka

Drugą gwiazdą wieczoru, również związaną z londyńskimi Koncertami Promenadowymi, był młody dyrygent, Pietari Inkinen. O jego muzyce pisał magazyn "Gramophon": "Frazy są dobrze ukształtowane, faktury są skrupulatne i z wyobraźnią wycyzelowane. Jego interpretacje charakteryzują się swobodną zręcznością i trafnym ujęciem tematu". Nie pozostaje mi nic innego, jak potwierdzić słuszność tej oceny.

Swój niezaprzeczalny talent Inkinen ujawnił przede wszystkim w drugiej części koncertu, wykonując wraz z orkiestrą ostatnią symfonię Czajkowskiego zwaną "Patetyczną". Utwór pochodzi z 1893 roku. "Daję ci słowo honoru, że nigdy, przez całe moje życie, nie byłem równie usatysfakcjonowany, równie dumny i szczęśliwy, ze świadomością, że napisałem dobry utwór" - pisał kompozytor do swojego wydawcy. Początkowo Czajkowski planował nadać jej tytuł "Symfonia Programowa", jednak za namową brata Modesta ostatecznie zdecydował się nazwać ją "Patetyczną", jednoznacznie nawiązując do jednej z najsłynniejszych sonat w historii muzyki, która wyszły spod ręki starszego o 70 lat Beethovena.

Inkinen zdołał bezbłędnie przeprowadzić poznańskich filharmoników przez meandry kompozycji rosyjskiego romantyka, który w tym dziele dotyka istoty ludzkiego życia. Jakże różni się jednak jego postawa w stosunku do ostatniego klasyka wiedeńskiego, którego twórczość opierała się na oświeceniowym humanizmie, kulcie jednostki, dążeniu do doskonałości. U Czajkowskiego pojawia się głęboki pesymizm, a życie człowieka jawi się jako z góry skazana na porażkę walka z krążącym nad nim fatum.

Muzyczny absolut

Orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod batutą fińskiego dyrygenta zdołała w pełni oddać głęboką rozpacz, cierpienie, znużenie światem i zwątpienie, wynikające z osobistego dramatu rosyjskiego kompozytora. W 1893 roku Czajkowski zawarł dwuznaczną znajomość z 18-letnim szlachcicem, bratankiem bliskiego przyjaciela cara. Pełen oburzenia list jego wuja trafił do rąk prawnika, Nikołaja Jacobiego, który tak się przejął, że skandal zaszkodzi dobremu imieniu ukończonej zarówno przez niego, jak i Czajkowskiego szkoły, że zwołał sąd honorowy. Kompozytor został postawiony wobec konieczności podjęcia decyzji - albo odbierze sobie życie albo list trafi do cara. Wygląda na to, że decydując się w dobie szalejącej w Rosji cholery na wypicie nieprzegotowanej wody, mistrz romantyzmu wybrał pierwsze rozwiązanie. Pisząc "Symfonię nr 6 op. 74 h-moll Patetyczną" był już świadomy zbliżającego się końca. Nie dziwi zatem, że dzieło to jest określane mianem requiem, które Czajkowski zadedykował sobie samemu. Wywołujące dreszcz zakończenie stanowi chyba najbardziej trafną metaforę nieskończoności, kiedy to piano pianissimo rozpływa się powoli w absolucie - wszechogarniającej ciszy...

Karolina Gumienna

  • Koncert nadzwyczajny Filharmonii Poznańskiej - "Gwiazdy BBC Proms"
  • Aula UAM, ul. Wieniawskiego 1
  • 24.01, g. 19