Ci, którzy byli na Męskim Graniu w ubiegłych latach, pewnie zdziwili się na widok znacznych zmian w krajobrazie. Dwie główne sceny, czyli "najgłówniejsza" i Scena Ż tym razem nie znajdowały się naprzeciw siebie w odległości kilkuset metrów, lecz zaraz obok siebie. To z pewnością rozwiązanie wygodne - festiwalowicze, którzy stali w strefie bezalkoholowej mogli oglądać występy na dwóch scenach (odbywały się na nich naprzemiennie) bez konieczności odbywania spaceru. Wady takiego rozwiązania mogli z kolei odczuć radiowcy z Radia 357, których scena zepchnięta została na bok, z dala od głównych wydarzeń. Nawet w swojej niszy musiała rywalizować z inną małą sceną - po raz pierwszy na Męskim Graniu przestrzeń dla siebie zdobył Spotify Radar promujący nowe talenty. Ważną zmianą w krajobrazie były w końcu akcje sponsorskie w tym "orlenizacja". Dzięki niej mogliśmy na Cytadeli, oprócz Żabki, w końcu zobaczyć paczkomat. Inna ciekawostka - obok punktu jednego z sushi barów, w anturażu przaśnej egzotyzacji, odbywały się pokazy judo bardzo utalentowanych zawodników z Akademii Judo w Poznaniu obojga płci, w tym Agaty Szafran.
To jednak szczegóły. Co działo się muzycznie? Mimo całej eklektyczności festiwalu wyczułem wyraźny podział gatunkowy - dnia pierwszego, który zamykał koncert Kultu (który moim zdaniem nie był szczególną atrakcją, gdyż Kult gra w Poznaniu, mogłoby się zdawać, co parę tygodni) można było posłuchać wyjątkowo dużo rapu. W formie byli bracia Kacperczyk, którzy dwa tygodnie temu świętowali złotą płytę na Malcie. Podobny repertuar, ta sama energia, równie dobra zabawa młodzieży w koszulkach "wszyscy jesteśmy Kacperczyk". Zaraz jednak atmosferę ostudził i zasiał nieco nostalgii kolejny braterski duet, Fisz i Emade, dysponujący zupełnie innym rodzajem energii niż skaczący po scenie Maciej Kacperczyk. Autorzy kultowego "F3" i kilku innych płyt, które wspinały się na szczyty OLiS, czerpali ze swojego bogatego dorobku, koncentrowali się jednak na nadchodzącym albumie promowanym przez ciepło przyjęty singiel "14 piętro". Pozostając w temacie rodzeństwa i w rapowych okolicach, dobry koncert dały Sistars, czyli siostry Przybysz debiutujące ponad 20 lat temu w "Wielkiej Joł" Tedego. Po prawdzie jednak do obecności Natalii na Męskim Graniu (ale też np. na Letnich Brzmieniach) mogliśmy przywyknąć. Odgrzewany kotlet, ale smaczny, bo "Sutra" nadal buja jak przed dwoma dekadami.
Najciekawszym wydarzeniem piątkowego wieczoru okazał się dla mnie koncert PRO8L3M-u w ramach Projektu Męskie Granie, w którym muzycy biorą na warsztat muzykę innych muzyków. Oskar i Steez zaprezentowali (oprócz kilku starszych numerów) swoje rapowe wariacje na temat "Taty dilera", "Artystów" czy "Arahji" (z fatalnym śpiewem Oskara!). Ogółem było to świeże, dobrze zarapowane i rozgrywające się na tle przyciągających uwagę wizualizacji przedstawiających m.in. fragmenty wywiadów z Kazikiem z lat 90. czy fenomenalny monolog-odpowiedź Jana Englerta na wykorzystanie przez Kazika jego wizerunku w utworze "Artyści". A także zarzuty dotyczące prostytucji. Boli mnie jednak, że występ rapowej kapeli tak jednoznacznie przedstawiony był nawet nie tyle jako tribute, ile intro, wstęp do koncertu Kultu. Narrację tę podkręcali konferansjerzy: Piotr Stelmach (który przy okazji pogrążył się we wspomnieniach o pierwszym poznańskim koncercie na dachu Starego Browar) i jego towarzysz. Wielka szkoda, bo ten projekt zasługuje na większe uznanie jako samodzielny byt - PRO8L3M, mimo krótszego stażu, sam przecież zbliża się do statusu legendy (w rapie uzyskuje się go nieco szybciej). Szkoda też, że Kazik nie mógł dołączyć do hip-hopowców na scenie, bo połączenie ich utworów, oryginału i nawiązania, mogłoby przynieść zaskakujące efekty. Niemniej jednak oryginalne kazikowe "Arahja" czy "Jestem z Polski", których mogliśmy posłuchać nieco później, niezmiennie robi piorunujące wrażenie.
Lineup sobotni celował, zdaje mi się, w słuchacza nieco starszego. Ważnym punktem programu był tribute dla zmarłego niedawno Stanisława Soyki (Przybysz, Smolik, Anna Maria Jopek). Gwiazdą tego wieczoru była Coma - można było się o tym przekonać jeszcze przed wejściem na teren parku, na widok strumieni wspinających się po schodach fanów w koszulkach zespołu. "Jeśli mam mieć jakieś marzenia czy plany związane z Męskim Graniem, to przysięgam wam, chciałbym kiedyś żeby to się stało, żeby móc z tej sceny powiedzieć: dzisiaj premierowo singiel tej kapeli" - zdradził Piotr Stelmach, zapowiadając występ Roguckiego i spółki. Zamaskowany rockman, wpadając na scenę niczym jak Zorro, grał nie tylko swój nieśmiertelny, mroczny repertuar (w którym oczywiście znalazło się też miejsce na perełki typu "Skaczemy"), ale też covery jak "Killing in the name" Rage Against Machine. Do tego bardzo dobrze dopasowane wizualizacje, po raz kolejny ukłon w stronę ekipy od oprawy.
Ukłonem organizatorów w stronę kultury masowej był z kolei koncert Igo, który tego roku zajął miejsce Mroza. Będę uszczypliwy, ale wydaje mi się, że "Supermoce", hymn sprzed paru lat, wywołało większe poruszenie niż hymn tegoroczny. Nie zabrakło czegoś dla tych, którzy na Męskie Granie udali się wiedzeni serca bitem - po zmroku na Scenie Ż wystąpił popularny Lordofon, który swoją studenckością jednocześnie dobrze i źle wpisuje się w festiwal. Dobrze, bo to muzyka środka, i źle, bo jednak studentów było niewielu, chyba że zaocznych, z przyczyn obiektywnych.
Finałem drugiego dnia festiwalu był oczywiście występ tegorocznej Orkiestry Męskiego Grania. Tym razem tworzyli ją Vito Bambino, Igor Herbut i Zalia, debiutantka. Zaczęło się od "Słodkiego miłego życia", a potem zrobilo się gorzko, bo trzeba była "pić za lepszy świat", jak to w zwyczaju miały Wilki. Pierwsze skrzypce tego wieczora zdecydowanie grał Bambino. W duchu śmiałem się, że wyglądał jak Eminem, gdy w białym podkoszulku śpiewał "Mój przyjacielu" Krawczyka, ale do śmiechu już mi tak nie było, gdy niespodziewanie zaczął rapować. Nie do końca czułem taneczną część repertuaru Orkiestry - "Tańcz głupia, tańcz" Lady Pank czy "Monalizę" Papa Dance. Dionizyjski żywioł równoważyły utwory jak "Tyle słońca w całym mieście" Anny Jantar i "Ten stan" Varius Manx w wykonaniu Zalii czy "Ale wkoło jest wesoło" Perfectu. Choć tegoroczne utwory promujące Męskie Granie spotkały się z dużą krytyką ze strony fanów "prawdziwego męskiego grania" "Nareszcie" przegoniło już na YouTube zeszłoroczne "To takie ziemskie", a znajomość tekstu wśród publiki udowadnia, że ta typowa radiówka wryła się w mózgi. Nastrojowym zwieńczeniem koncertu było natomiast "Czy warto było" formacji O.N.A. Nocne zejście schodami od Pomnika Bohaterów do zastawionej przez policję i straż miejską, skąpanej w niebieskiej poświacie ich sygnałów ul. Armii Poznań jak zawsze miało w sobie coś magicznego.
Męskie Granie potwierdza, że jest w formie (akustycznie jak zazwyczaj - bardzo dobrze, może nieco zgrzytało na grande finale), ale organizatorzy próbują wprowadzać zmiany, żeby przedłużyć żywotność projektu. Te były przede wszystkim kosmetyczne i sponsorskie, choć wprowadzenie większej ilości rapu z pewnością stanowi znak szerszego otwarcia się na inną odnogę mainstreamu. Co prawda już w pierwszej edycji grał Abradab, a później mieliśmy m.in. Bedoesa czy powracającego Miuosha, jednak tym razem wyższe stężenie hip-hopu mogło chociaż częściowo zrekompensować deficyty Poznaniaków, którzy po raz pierwszy od wielu lat nie otrzymają w tym roku żadnego festiwalu hip-hipowego!
Jacek Adamiec
- Męskie Granie Poznań
- Cytadela
- 11-12.07
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026