Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Na koncert Maksa Łapińskiego warto zabrać kapcie, koc albo poduszkę. Najbliższy odbędzie się już w ten piątek na Umultowie. Gdzie dokładnie? Jego lokalizację poznają tylko osoby, które wyślą wiadomość - w mieszkaniu zmieści się niewiele ponad trzydzieści osób. Zamiast sprawdzania biletów po pokoju krążyć będzie kapelusz, a gwiazda wieczoru usiądzie kilka metrów od publiczności z gitarą i pianinem. Melodyjny, nastrojowy pop Łapińskiego sprawi, że poczujemy się jak we własnym domu. Kim właściwie jest chłopak, który równie swobodnie odnajduje się w salonie, jak na festiwalowej scenie czy przed publicznością "The Voice of Poland"?

Mężczyzna rozkłada na polanie coś na kształt plenerowej sceny z niebieskim płótnem. Obok stoi gitara. - grafika artykułu
Maks Łapiński, fot. materiały prasowe

Maks Łapiński pochodzi z Bydgoszczy i wychował się w bardzo artystycznym domu. Jego ojciec malował, a jego obrazy trafiły później nawet do teledysku syna do piosenki "Lew". Tymczasem Maks pierwsze utwory pisał już jako dziewięciolatek. W liceum śpiewał w zespole o wdzięcznej nazwie Półtora Pomidora, którego repertuar obejmował między innymi uroczy kawałek o wyprawie do Oli z puszką Coca-Coli. Po szkole postanowił ruszyć z gitarą po Europie - pracował między innymi jako animator hotelowy na Rodos, grał we Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Norwegii i zawsze dawał się zapamiętać. Jak wtedy, gdy pod wieżą Eiffla rozstawił sprzęt i rozpoczął uliczny koncert, który po mniej więcej minucie zakończyła francuska żandarmeria. Na Rodos wykonał z kolei "I Love Rock 'N Roll", znając właściwie tylko refren i przez resztę utworu swobodnie improwizując tekst przed brytyjską publicznością, zachwyconą nie tylko jego głosem, ale talentem do spontanicznego tworzenia małych muzycznych cudów.

Najlepsza anegdota pochodzi jednak z Pragi. Podczas festiwalu Łapiński rozpoznał rodziców Dua Lipy, zagadał do nich, poszedł z nimi do pubu, a później wyprowadził ich w spokojniejszą uliczkę, żeby puścić im z telefonu własną piosenkę. Dostał od nich wizytówkę i zaproszenie na organizowany przez nich festiwal. Innym razem zagrał pod balkonem dziewczyny swojego znajomego, próbując... pomóc w ratowaniu ich związku. Podobnych historii z jego muzycznego szlaku można by wymieniać jeszcze wiele, ale ważniejsze jest to, że dziś jego działalność koncertowa, wciąż zachowująca spontaniczny i trochę uliczny rys, zyskała już znacznie bardziej profesjonalny wymiar. Jedno jednak wciąż pozostało niezmienne - jest piosenka, więc trzeba znaleźć człowieka, któremu można ją zagrać.

Szersza publiczność po raz pierwszy zobaczyła Maksa w 2018 roku w dziewiątej edycji telewizyjnego talent show "The Voice of Poland". Podczas przesłuchania w ciemno zaśpiewał "These Days" Rudimental i już po chwili odwróciły się wszystkie cztery fotele. Wybrał drużynę Patrycji Markowskiej i dotarł do ćwierćfinału. Był to jego pierwszy duży medialny sukces, choć sam po latach jako jeden z najważniejszych momentów programu wspominał chwilę tuż po przesłuchaniu - dostał wtedy możliwość zagrania własnego numeru, zupełnie nowego dla telewizyjnego bandu, choć pod koniec wykonania muzycy grali już razem z nim.

Po tym, jak w 2020 roku wspomniany wcześniej "Lew" zdobył Grand Prix Carpathia Festival w Rzeszowie, stało się jasne, że mamy do czynienia z singer-songwriterem, który ma własny pomysł na piosenkę i potrafi oprzeć ją na czymś więcej niż samej melodii. W konkursie wystąpiło piętnastu solistów z Polski, Ukrainy, Litwy i Słowacji, a właśnie Łapiński otrzymał statuetkę oraz czek na 15 tysięcy złotych. Zdobyte pieniądze planował przeznaczyć na kolejne nagrania. Akustyczne wykonanie "Lwa" wyróżniło później także Radio Nowy Świat w konkursie "Otwarty Mikrofon".

Historia tej piosenki dobrze pokazuje zresztą jego metodę pisania. Łapiński siada do pianina albo bierze gitarę, gra akordy i szuka linii wokalu, śpiewając coś w rodzaju fonetycznej angielszczyzny, w której brzmienie wyprzedza znaczenie. Najpierw pojawiają się melodia, rytm słów i emocjonalny kierunek, a dopiero później właściwy tekst. Przy "Lwie" podczas takiej improwizacji pojawiła się fraza "little lion in the cave". Lew stał się metaforą wolności oraz trudności w budowaniu głębokiej relacji. Studyjna wersja utworu trafiła do sieci dopiero w 2022 roku, prawie półtora roku po Carpathii. Muzykę współtworzyli Steve Nash i Sławek "Kosa" Kosiński.

"Lew" pokazuje zresztą to, co wciąż najbardziej charakterystyczne w twórczości Maksa: popową melodyjność, osobisty tekst i ciągłe napięcie między potrzebą bliskości a potrzebą wolności. Słychać to również w późniejszych singlach - "Na serio", napisanym z Leonem Krześniakiem i powstałym z wakacyjnego impulsu, z tekstem napisanym nad chorwackim morzem, czy "Chciałbym", w którym pojawiły się elektroniczne brzmienia producenckiego duetu Foothills. Ten drugi utwór zebrał już grubo ponad milion odtworzeń na YouTube. Potem przyszedł czas na anglojęzyczne "Cold", w którym Łapiński ze swoim charakterystycznym wdziękiem wrócił do emocjonalnego chłodu i trudności z wejściem w relację.

Z każdą taką piosenką rósł koncertowy kilometraż Łapińskiego. Great September, Next Fest, Salt Wave czy Edison Festival sprawdziły go w festiwalowo-showcase'owym boju, ale to house gigi stały się jego prawdziwą wizytówką. Już w 2021 roku miał na koncie ponad pięćdziesiąt takich koncertów, z których większość zrealizował we współpracy z Borówka Music. Grał w mieszkaniach, zawsze według podobnych zasad - kilkudziesięcioosobowa publiczność, akustyczne instrumenty i całkowicie domowy klimat. Równolegle jednak rozwijał działalność wydawniczą i w połowie 2025 roku ponownie związał się z Magic Records - wytwórnią, w której katalogu znajdziemy takich artystów jak sanah, Paula Biskup, TYNSKY, Wiktoria Zwolińska czy Mateusz Gędek. Pierwszym singlem po powrocie był "Ostatni raz", mocniej wpisujący Łapińskiego w międzynarodowy, sesyjny model współczesnego popu. Zachował przy tym swój sposób opowiadania - prostą sytuację, kilka konkretnych obrazów i refren skupiony wokół jednej emocji.

Od tego momentu tempo kolejnych premier wyraźnie wzrosło. W 2025 roku ukazało się "Przed czym uciekasz?", napisane z Radosławem Bieńkuńskim i TYNSKY'm, z kolacją, świecami, starym filmem i rozmową z osobą, która emocjonalnie odpływa. Potem przyszedł czas na "Łzy i tusz" - balladę o doświadczeniu straty bliskiej osoby i długo tłumionych emocjach, przy której produkcji pracował Piotr Królikowski. W styczniu tego roku ukazał się "Sen", później "List" z Tomem Martinem oraz "Wszystko mam", gdzie Łapiński jeszcze mocniej przesunął akcent w stronę drobnych, codziennych sygnałów bliskości. Ten etap domykają najnowsze "Śpiące motyle" - lekka, energetyczna piosenka o wewnętrznych barierach pozostawionych przez wcześniejsze doświadczenia i trudnościach z ponownym otwarciem się na drugą osobę. Łapiński wraca w niej więc do tematu, który towarzyszy mu właściwie od "Lwa".

Czas na album? Ciekawe, że na jego pełnoprawny debiut czekamy już tak długo - o gotowym materiale na płytę piosenkarz wspominał przecież cztery lata temu. Przez ten czas zebrał repertuar, sprawdził kilka producenckich kierunków i ograł swoje piosenki przed bardzo różną publicznością. Być może właśnie w mieszkaniu na Umultowie będzie można usłyszeć utwory, które w końcu trafią na ten długo wyczekiwany debiut.

Sebastian Gabryel

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Powiązane wydarzenia

Logo Organizatora.
Logo Organizatora.
Poznań - Umultowo - koncert w mieszkaniu